Przez południe Ameryki Południowej – Monika Węgrzyn

Monika Węgrzyn

Czas trwania podróży: 10 I do 16 III 2006 r.

Uczestnicy: Argentyna – 3 osoby, Chile, Boliwia – 4 osoby, E Boliwia, N Argentyna, Urugwaj – 1 osoba.

Zwiedzone kraje: Argentyna, Chile z Wyspą Wielkanocną, Boliwia, Urugwaj

Trasa

Warszawa – Buenos Aires – Puerto de Iguazu – Misiones – Buenos Aires – El Calafate – Esquel – Bariloche – Mendoza – Santiago de Chile – Wyspa Wielkanocna – Santiago – San Pedro de Atacama – Uyuni – Potosi – La Paz – Oruro – La Paz – Santa Cruz – Yacuiba – Resistencia – Corrientes – Santa Fe – Montevideo – Punta del Este + okolice – Colonia de Sacramento – Buenos Aires

Pełny koszt: 2 822 USD + 3 900 zł (bilet Lufthansy Warszawa – Buenos Aires – Warszawa)

Klimat

Wybraliśmy się latem, co miało swoje plusy i minusy. Wspaniała pogoda, ale i okres wakacji. Czasem były problemy z transportem lub zakwaterowaniem. Oczywiście w wysokich Andach było zimno i w czasie naszej przeprawy padał śnieg, ale w pozostałych regionach było ciepło, a nawet bardzo ciepło. Tylko kilka razy padało, a i to krótko.

Zdrowie

To była moja kolejna wizyta w Ameryce S. Na wszelki wypadek, już poprzednio zaszczepiłam się na wszystko. Nowicjuszom polecam szczepienia przeciwtężcowe, na żółtaczkę A i B oraz dur brzuszny. W opisywanych rejonach nie występują ogniska żółtej febry, ani malarii, ale warto mieć ze sobą dobry repelent i tabletki.

Kuchnia

W Urugwaju, Argentynie i Chile kuchnia jest bardzo urozmaicona – mięsa i ryby na wiele sposobów i mnóstwo sałatek warzywnych. Polecam tzw. parilladę, tzn. mięso z grila podawane na ruszcie. Towarzyszy mu wiele przystawek i doskonałe wina. Porcje są przeogromne. W Iguazu, za parilladę – na ruszcie było mięso wołowe, wieprzowe, kurczak, kiełbaski, rodzaj kaszanki + 5 sałatek, marynowane ozorki, duszone warzywa i butelka wina , a na koniec kawa, ciasto i owoce – zapłaciliśmy 40 USD. Było nas troje i nie daliśmy rady całości. Poza tym wszędzie można kupić empanady – pierożki z półkruchego ciasta nadziewane różnościami i serwowane na gorąco. W Boliwii jest wiele restauracji i barów serwujących dania międzynarodowe. Komu nie odpowiada łykowata lama podawana z podstygniętym ryżem może wybrać pieczonego kurczaka. No i dla tych, którzy mają problemy z wysokością polecam herbatę z koki i ograniczenie alkoholi i mięsa.

Waluta

Argentyna – peso (1USD = 3,05 peso). Chile też ma peso, ale 1 USD = 523 p. Boliwia ma peso boliviano, 1 USD = 8 pbv. Urugwaj – 1USD = 23,6 peso.W dużych miastach można płacić kartą kredytową. W małych miejscowościach są z tym problemy. Brak jest także bankomatów, a banki nie wszystkie chcą wypłacać gotówkę. Dobrze jest mieć ze sobą kilkaset dolarów. Euro ma niższy kurs niż u nas.

Informacja

Na ogół wszędzie działa bez zarzutu. Można dostać darmowe plany miejscowości, dowiedzieć się o rozkład jazdy i ceny przejazdów oraz o tanich noclegach. Dodatkowym źródłem informacji są bardzo liczne agencje turystyczne. Wizy nie są wymagane.

Elektryczność

Około 220 wolt, ale gniazdka mają mniejsze otworki i trochę węziej rozstawione niż u nas. Najlepiej zaopatrzyć się w uniwersalny reduktor.

Telefony i internet są tanie i powszechne (tylko na Wyspie Wielkanocnej godz. w internecie kosztowała 5 USD)

Hotele Korzystaliśmy (w miarę możności ) z tanich hoteli i pensjonatów. W Argentynie było trochę drożej z powodu wakacji. Poza sezonem ceny spadają o 30%. Wszędzie było czysto i mieliśmy bieżącą, gorącą wodę. Ceny pokoi będę podawała przy miejscowościach.

Transport

Korzystaliśmy z autobusów dalekobieżnych, które w Argentynie są bardzo tanie i nadzwyczaj wygodne, w Chile bardzo dobre, a w Boliwii i tak lepsze niż nasze międzynarodowe. Bilety najlepiej kupować z wyprzedzeniem. Dworce przeważnie służą wielu przedsiębiorstwom przewozowym. Dobrze jest przejść się i sprawdzić cenę, trasę i jakość pojazdu. Różnice bywają znaczne. Wszędzie też można sobie obejrzeć plan autobusu i wybrać miejsce. W Boliwii bagaże wozi się często na dachu, dobrze jest więc ochronić plecak workiem. Uniknie się prania. Poza tym dwukrotnie (w Argentynie) korzystaliśmy z samolotów. Łącznie, na kontynencie pokonaliśmy 17 000 km. Oczywiście na Wyspę też polecieliśmy samolotem i to był najpoważniejszy wydatek w naszej podróży. W Argentynie można kupić bilet powrotny na określony dzień, co zapewnia miejsce w autobusie.

Bezpieczeństwo

Wszystkie te kraje należą do bezpiecznych. Oczywiście, jak wszędzie, szczególnie w dużych metropoliach grasują złodzieje i są dzielnice, gdzie lepiej nie chodzić po nocy. Na wszelki wypadek lepiej nie nosić biżuterii, a pieniądze i dokumenty starannie ukryć. Nam się nie przydarzyło nic niemiłego.

Dziennik podróży

Bilet lotniczy do Buenos Aires i z powrotem nabyłam w Polsce. Lecieliśmy samolotem Lufthansy. W Polsce też zarezerwowałam przelot samolotem LADE z Buenos do El Calafate (vuelosregulares@lade.com.ar). Urzędniczka tych linii wynegocjowała nam w LANCHILE możliwie tani przelot na Wyspę Wielkanocną.

10 stycznia – 11 stycznia

Odlot z Okęcia o 18,15. Mamy przesiadkę we Frankfurcie i o 21,40 lecimy do Ameryki. Rano zatrzymujemy się na godzinę w Sao Paulo, ale nie można wysiadać. Prawie punktualnie o 7 rano jesteśmy w Buenos. Do miasta można pojechać autobusem miejskim (2 godziny, 0,85 USD), taksówką za 13 USD (od osoby!) lub omnibusem (za 9 USD), który nas dowozi w pobliże dworca kolejowego i autobusowego oraz stacji metra Uwaga! Metro nazywa się tu SUBTE! Z przewodnika wybraliśmy sobie hotel „Brisas del Mar” na ul. Humberto I , 826, w pobliżu stacji metra (San Juan, linia C , bilet kosztuje 0,20 USD), na starym mieście, w dzielnicy San Telmo. Pokój trzyosobowy, z telewizorem i łazienką po sąsiedzku kosztuje 35 peso (ok. 4 USD od osoby) . Możliwość korzystania z kuchni. Dają ręczniki i papier toaletowy.

Resztę dnia spędzamy na poznawaniu miasta i wykupieniu biletów samolotowych (Lade, róg Chile i Independencia)do Calafate (80 USD) oraz, w siedzibie LANCHILE (Cerrito 866) z Santiago na Wyspę i z powrotem (921 USD). Kupujemy też bilety na autobus do Iguazu na centralnym dworcu autobusowym, ( przewoźnik: El Tigre de Iguazu, 33 USD). Wybieramy autobus sypialny (cama). Ma rozkładane prawie płasko fotele z podnóżkami. Podróżni dostają koc i poduszkę, gorące posiłki i wszelkiego rodzaju napoje zimne i gorące w dowolnych ilościach. Nawet wino. Prawie 1700 km pokonujemy w 18 godzin.

12 stycznia

Od rana leje albo pada. Mimo to wyruszamy na zwiedzanie. Najpierw okolice pałacu prezydenckiego (Casa Rosada, Plac 2 Maja i monumentalne śródmieście). Po obiedzie przechadzka po naszej, zabytkowej dzielnicy San Telmo. Zabudowa XIX w., nastrojowe placyki, sporo zieleni, sklepy z antykami, imponujący pomnik Canto del Trabajo i kościół NS de Belen, gdzie są relikwie San Telmo. Casa Rosada to pałac prezydencki. Z boku wejście do muzeum (pon. – piątek, 10,00 – 18,00; niedziela 14,00 – 18,00; wstęp 0,35 usd). Bilet wstępu należy nabyć wcześniej, podobnie jak do Capitolu. Cena wstępu 0,30 usd.

13 stycznia

Najpierw zwiedzanie w Casa Rosada wystawy poświęconej prezydentom Argentyny. Potem Capitol. W katedrze trafiamy na zmianę warty przy grobie Jose de San Martin, który wyzwolił Argentynę, Chile i część Peru spod panowania Hiszpanii. W Muzeum katedralnym oglądamy film o historii świątyni. Kolejnym etapem jest dawne nabrzeże portowe. Stare magazyny odrestaurowano. Czerwone gmachy mieszczące dziesiątki sklepików, kawiarni i restauracji toną w kwiatach. Szkoda, że znowu siąpi i nie można przysiąść. Most strunowy, szkoleniowa fregata, udostępniona do zwiedzania, a na końcu przystań promów – miniatura opery z Sidney to dalsze atrakcje. Po drugiej stronie ulicy supernowoczesność – szkło i metal. A wieczorem idziemy do restauracji na rogu naszej ulicy i placu San Telmo, żeby obejrzeć pokazy tańców. Trzeba zamówić choćby piwo i już można podziwiać perfekcję wykonawców w tańcach gauchos, a przede wszystkim w tangu, a wszystko to 500 m od naszego hotelu.

14 stycznia

Cafe Tortoni – wspaniała secesja. Obok inne budowle z tej epoki. Jest wakacyjna sobota więc w dzielnicy La Boca można obejrzeć tango na ulicy. Jaskrawo kolorowe kamieniczki z mnóstwem kafejek. Przed prawie każdą orkiestra ze śpiewakami, a na ulicy pary, które tangiem zarabiają parę groszy. Tańczą wspaniale. Do tego wreszcie świeci słońce, no i siedzimy pod Samowarem Rasputina (nazwa kawiarni). Tłumnie, kolorowo, wspaniale. O 20,00 jesteśmy na dworcu (ogromnym). Nasz autobus ma odjechać ze stanowiska między 37 a 47. W ogólnym hałasie nie słychać zapowiedzi, więc miotamy się nieprzytomnie. Niepotrzebnie. Autobus się nie spieszy. Odjeżdżamy z prawie 2 godz. opóźnieniem. Na kolację gorący kurczak z ryżem, deser, przystawki, wino.

15 stycznia

Do Puerto de Iguazu dojeżdżamy punktualnie wg rozkładu (o 13, 25). Na dworcu tubylka proponuje nam nocleg w Casa Familiar na ul. El Mensu. Dom tonący w zieleni i kwiatach jest własnością Ukrainki. Bierze od nas po 7 USD. Możemy korzystać z kuchni, a w pokojach (dwuosobowych) mamy wiatraki, bo jest 40 stopni w cieniu.

16 stycznia

Parque Nacional de Iguazu do duży kawał dżungli przecięty rzeką Iguazu ze słynnymi wodospadami o wysokości prawie 100 m. Przy wysokim stanie wody jest to 3 km wodospadów. Najlepiej jechać tam pod koniec pory deszczowej, ale i w styczniu jest na co popatrzeć. Pełny pakiet touru zawiera wycieczkę trasą górną, przejazdy kolejką, wycieczkę dołem oraz łodzią po rzece, a także przeprawę na wyspę św. Marcina. Katarakty można oglądać z brzegu brazylijskiego lub argentyńskiego. Wg mnie Argentyna ma ciekawszą ofertę i piękniejsze widoki.

Agencje oferujące toury są na dworcu autobusowym. Wykupujemy pełny tour za 15 USD. Osobno trzeba wykupić bilet do Parku (10 USD). Chodzi się wolno, a odległości są znaczne. Najpierw zaliczamy dół i wyspę. W czasie wycieczki łodzią należy oddać sternikowi (do ceratowych worów) wszystko, co nie powinno zamoknąć, bo podpływa się pod wodospad, tak że zalewa człowieka całkowicie. Z wyspy jest piękny widok na największy z wodospadów i można tam spotkać egzotyczne ptaki i iguany, które chętnie pozują do fotki. Górą wchodzi się pomostem nad wodospad, a na końcu, po przejażdżce minipociągiem i przejściu 1700 m pomostem można zajrzeć w Diabelskie Gardło. Wyjechaliśmy o 8,00 rano, wróciliśmy o 19,00. Szybciej się nie da. No i trzeba mieć nakrycie głowy, krem z filtrem i dużo wody do picia. Na trasie jest zaledwie kilka punktów sprzedaży wody, no i zdzierają strasznie.

17 stycznia

Rano odjazd (7 USD) do San Ignacio Mini. Mamy zamiar zwiedzić ruiny misji jezuickiej. Na granicy stanu Misiones szczegółowa kontrola paszportów. Nocujemy w Hospedaje Aleman (3,30 USD noc od osoby), na skraju miejscowości. Wstęp do ruin 3,5 USD. Całość imponująca, zbudowana w XVII w. przez Indian dowodzonych przez 2 jezuitów. Na planie kwadratu z ogromnym placem na środku. Czerwony piaskowiec wygląda pięknie na tle bujnej zieleni. Mieszkało tu 2600 – 4000 ludzi. Kościół mógł pomieścić ok. 1200 osób. Są cele, pokoje gościnne, patio z romantycznym tarasem. Pięknie. Po wyrzuceniu jezuitów z Ameryki (w XVIII w.) handlarze niewolnikow przetrzebili ludność i wysadzili w powietrze większość budowli (por. film „Misja”).

18 stycznia

Dziś misja św. Anny. Bilet kupiony wczoraj upoważnia do zwiedzenia 4 misji w ciągu 2 tygodni. Autobus mamy spod kościoła o 10,10 (do Posadas). Wysiadamy pod knajpą z cyberkabiną. Pani z kiosku obiecuje nam pomóc, bo do misji jest 5 km, a plecaki ciężkie. Przyjeżdża po nas samochód osobowy. Zawozi na miejsce. Wraca o umówionej godzinie i bierze za wszystko niecałe 2 USD! Misja tonie w dżungli. Mury są poprzerastane korzeniami drzew. Stan dużo gorszy niż poprzedniej, ale muzeum ciekawsze, no i mamy przewodnika. Wracamy po paru godzinach na trasę i jedziemy do Posadas (1 USD).. Wakacje i okazuje się, że nie ma biletów do Buenos. Wszystkie wysprzedane. Sama podpowiadam, że może z przesiadką … i okazuje się, że można. Za 27 USD, na leżąco, z posiłkami i winem docieramy rano do Rosario. A stąd co godzinę jeżdżą autobusy do BA.

19 stycznia

Płacimy 10 USD i po 5 godzinach jesteśmy w „naszym” hotelu, gdzie zostawiliśmy część bagaży. Tym razem mamy pokój z łazienką i płacimy po 5 USD od osoby.

20 stycznia

Samolot mamy o 7,00 więc musimy wyjechać o 5,00 na lotnisko krajowe. Bierzemy taksówkę, za którą płacimy 4 dol. Opłata lotniskowa wynosi tu 2 dol.Obowiązują też przepisy o zakazie przewożenia ostrych przedmiotów w bagażu podręcznym. Mamy postój z przesiadką w Comodora Rivadavia. Patagonia, nad którą przelatujemy jest przepiękna. Szczególnie zachwycają nas kolorowe jeziora (wszystkie barwy tęczy). Taksówkarz (8 dol.) pomaga nam znaleźć nocleg w Los Dos Pinos (7 dol. od osoby, w drewnianym domku 6 osobowym, bez pościeli). Następnie kurs na dworzec. W planie mamy Bariloche (2 doby jazdy, 115 dolarów), ale biletów nie ma. Najwcześniej na 27 I. Pytamy w LADE. Jest samolot do Ezquel za 94 dol., na pojutrze. Bierzemy. Jeszcze spacer nad jeziorem. Świeci słońce i jest ok. 25 stopni. Lato. Ale wieczorem temperatura spada do zera. Śpimy w czapkach i rękawiczkach!

21 stycznia

Dziś jedziemy do Parque Nacional de los Glaciales, żeby obejrzeć z bliska wędrujący lodowiec Perito Moreno. Pełny pakiet touru (transport, przewodnik, wstęp do Parku, wycieczka statkiem) kosztuje 45 USD. Jest nas 19 osób. Po drodze stajemy w miejscach widokowych, a widoki są fascynujące. Wreszcie lodowy klif wysoki na 60 m. Są 2 trasy brzegiem jeziora, tak żeby można było obejrzeć ten dziw natury pod różnymi kątami. Stateczek dowozi nas pod samo czoło lodowca. Robi się lodowato. Na wodzie unoszą się małe góry lodowe jaśniejące błękitnym światłem. Woda ma kolor rozbielonego turkusa, szczeliny lodowca są błękitne, fiołkowe, granatowe. Oczu nie można oderwać.

22 stycznia.

Taksówka na lotnisko (3 dol.), opłata lotniskowa 6 dol.. Przelot fascynujący. W Esquel taksówka (jest ich mało i trzeba się zgłosić u dyspozytora w budce) –7,30 dol. I jedziemy do hotelu Argentino. Trzeba się dobijać, bo na dobre zaczyna wszystko funkcjonować dopiero wieczorem. Nocleg kosztuje 2,5 dol. Jest niedziela, a bilet do Bariloche udaje nam się kupić na wtorek, a i to z przesiadką. Kosztuje 10 dol. Korzystamy z tego, że mamy wolny poniedziałek i kupujemy tour do Parque Nacional de Alerces za 50 dol. Atrakcją Esquel jest miniaturowy pociąg parowy, którym można się przejechać (5 km) – jak są bilety. Nie było.

23 stycznia

Wyruszamy o 8,15. Trasa malownicza. W Puerto Limonao czeka na nas stateczek. Płyniemy jeziorem, rzeką, znów jeziorem. Białe szczyty, jęzory lodowców, zielone lasy i błękitne niebo. Potem idziemy przez dżunglę ozdobioną dzikimi astromeriami. Znów jezioro. A każde w innym kolorze. I wreszcie park. Gęstwa bambusów, prawie 80 m drzewa coiva, no i alerces – wyrośnięte do 60 m wys. i 2 m grubości potężne drzewa przypominające widłak. Przewodnik pokazuje ,opowiada o roślinach i historii geologicznej. Alerces mają drewno tak twarde, jak żelazo i prawie je wycięto na podkłady kolejowe. Najstarszy w Parku ma ponoć 4000 lat!.

24 stycznia

O 13,00 mamy autobus do do Bariloche. Jedziemy na N i krajobraz powoli zaczyna się robić zielony.

25 stycznia.

Bariloche to kurort bardzo modny i latem i zimą. Dyskoteki, kawiarnie, wycieczki statkiem po 7 jeziorach. Nie dla nas. Spacer nad jeziorem, piwko w kawiarni i nabranie oddechu przed dalszą podróżą. Kupujemy bilety (a 41 dol) do Mendozy z przesiadką w Neuquen. Śpimy w pensjonacie poleconym w informacji na rynku (secturismo@bariloche.com.ar). W Bariloche śpimy w Hospedaje Tito za prawie 11 dol. od osoby.

26 stycznia

Okolica piękna. Jedziemy wzdłuż jeziora rynnowego. Po lewej Andy. Autobus trochę szwankuje, więc, żebyśmy zdążyli na przesiadkę, kierowca zatrzymuje nam inny. To wszystko bez żadnych dopłat. O 21,00 wyjeżdżamy z Neuquen. Kolacja, kocyk i o 6,30 pobudka na śniadanie. Po godzinie jesteśmy w Mendozie – stolicy argentyńskiego wina. Kupujemy bilety do Santiago de Chile (16 dol), bierzemy taksówkę (2,80 dol.) i jedziemy do znajomego, u którego zatrzymamy się na kilka dni.

27 – 30 stycznia

Mendoza ma milion mieszkańców, w tym 100 000 Polaków. Jest miastem bardzo zielonym. Wszystkie ulice są obsadzone drzewami. Jest też ogromny park. Ze szczytu wzgórza, spod pomnika San Martina widać panoramę miasta. Po mieście najlepiej poruszać się autobusami kupując w kiosku (u kierowcy drożej) tzw. mendobus – bilet na 2 przejazdy. Do zwiedzania są ruiny kościoła jezuickiego z XVII w. i kilka muzeów. Polecam Sanmartiniano (wstęp 0,60 dol). No i koniecznie trzeba pojechać do bodegi. Najstarsza i najbogatsza to RURAL. Krzewy winorośli, interesujące narzędzia do jej uprawy i do wyrobu wina, a na koniec degustacja..Jedzie się autobusem miejskim do Maipu i wysiada przy informacji turystycznej. Kierowca pomoże.

Wydatki w Argentynie ( w dolarach)

Przejazdy – 461

Przejazdy po mieście – 38

Noclegi – 124

Wstępy, toury – 130

Poczta, internet – 18

Żywność – 76

Inne (pocztówki, prezenty, pamiątki) – 90

Razem – 937 USD (24 dni)

CHILE

30 stycznia

Przejazd przez Andy, koło Aconcagua do Santiago de Chile. Dworzec ma połączenie z metrem. Odchodzi z niego także autobus na lotnisko. Metro w Santiago ma ceny ruchome, w zależności od godziny. Nie udało nam się rozgryźć tego systemu. Hotel Olicar, ul. San Pablo 1265 jest blisko stacji metra przy moście. Pokoje bez okien, ale duże. Wspólna łazienka i ogromna kuchnia. Cena: 10 dol. od osoby za noc.

Uwaga! Informacja turystyczna w Santiago jest fatalna. Nic nie wiedzą i nie mają planu miasta. Najkorzystniej jest wymieniać pieniądze w kantorach w pobliżu katedry, na Paseo Ahumeda i Paseo Huerfanos.

31 stycznia

Jedziemy do Valparaiso – 9 dol. w obie strony. Miasto położone nad zatoką wspina się kolorowymi domami na okoliczne wzgórza. Stromo, więc jest 36 wind ułatwiających wejście na górę. Muzeum – rezerwat archeologiczny, port, secesyjne budowle, egzotyczna zieleń. Na dworcu proponują tour (20 dol. od osoby) ale nie warto. Wystarczy przewodnik lub tylko plan miasta. My wykupiliśmy ten tour. Poruszaliśmy się miejskimi autobusami i pieszo. Przewodniczka nie bardzo wiedziała, o czym mówi, tyle że płaciła za wstępy i transport. Jeśli ma się więcej czasu, za 2 dolary można popłynąć do Vińa del Mar , gdzie można zwiedzić Muzeum Archeologiczne, pałac Vergara z 1908 r., z pięknymi ogrodami. Na południe od Valparaiso jest Isla Negra z extrawaganckim domem Pabla Nerudy (wstęp 2 dol, cały tydzień od 10 do19,45).

1 – 2 luty

Przylatuje nasza koleżanka i już z nią zwiedzamy najważniejsze obiekty – Museo Chileno de Arte Colombiano, Centrum Kultury w La Moneda, Kościół i klasztor franciszkanów, katedrę, stare miast, wzgórze św. Łucji i drugie św. Krzysztofa, na które wjeżdża się kolejką, dom Pabla Nerudy.W Museo Chileno (10,00 – 18,00 codziennie, wstep 3,50 dol.) zebrane są zabytki pochodzące z całej Ameryki Łacińskiej. La Moneda to pałac prezydencki, obok w Centrum Kultury prezentowane są wystawy czasowe, głównie sztuka, wstęp 1 dol. W klasztorze franciszkanów (XVI w.) jest duże muzeum sztuki sakralnej (wstęp 1 dol). Wzgórze św. Łucji znajduje się niedaleko centrum. Jest tam park romantyczny z pseudo świątyniami i widok na miasto. Góra św. Krzysztofa jest znacznie wyższa. Wjechać można kolejką (przejazd w obie strony 4,50 dol). Są tu sklepy z pamiątkami, wystawy, baseny i bary. Na dole znajduje się La Chascona – dom – muzeum Pabla Nerudy (wstęp 5 dol). Neruda kolekcjonował mnóstwo interesujących rzeczy, które teraz są eksponowane w jego domach. Warto zwiedzić.

3 – 7 lutego

Przelot i pobyt na Rapa Nui (Wyspie Wielkanocnej). Poza zwiedzaniem Wyspy mieliśmy dodatkową atrakcję, i to za darmo. Na przełomie stycznia i lutego zaczyna się dwutygodniowy festiwal. Konkursy na rzeźbę, ozdoby z kwiatów i piór, pokazy mody, a przede wszystkim wieczorem konkursy muzyczne i taneczne. Bardzo polecam. O nocleg należy się targować. Nam się udało mieszkać płacąc w Chez Enka ok. 20 dol. za noc od osoby. Wszystko jest tu drogie, więc lepiej przywieźć ze sobą.. Trzeba też zapłacić za wstęp na Wyspę 10 dol. Część moai (posągów) można zobaczyć w pobliżu jedynej osady – stolicy Hangaroa. My wynajęliśmy samochód terenowy na 24 godz. za 56 dol. Wyspa jest malutka i w ciągu jednego dnia można zobaczyć wszystko. Po południu 7II wróciliśmy do Santiago. W hotelu zostawiliśmy większość bagaży (bez dopłaty).

8 lutego

Po przyjeździe z Mendozy kupiliśmy bilety do Calamy po 47,5 dol. Tym razem półsypialne. Podają posiłki, ale picie trzeba mieć własne. Na dworcu, przy kasach jest informacja. Pan sprawdza, czy są miejsca w autobusie i informuje o czasie odjazdu i cenie. W kasie peóbowali nam wmówić, że powinniśmy kupić bilet 2 x droższy. Po interwencji pana z informacji okazało się, że nie ma problemu.

9 lutego

W Calamie trzeba się dostać na dworzec z autobusami do San Pedro de Atacama. Są problemy, bo taksówek mało. Jeżdżą tzw. colectivo – czyli skrzyżowanie autobusu z taksówką. Samochód osobowy, który ma stałą trasę. Łapie się je na ulicy, przed dworcem. Przeważnie ma 1, 2 miejsca wolne. W Calamie, w Centrum Informacji Kulturalnej rezerwujemy sobie tour do największej na świecie kopalni odkrywkowej miedzi. Wpuszczają dziennie 20 osób. Płaci się co łaska. My daliśmy po 2 dol. Każą mieć koszulę z długimi rękawami i długie spodnie. Nie bardzo wiadomo po co. Dojazd do San Pedro de Atacama 2,5 dol. Śpimy w hotelu Florida płacąc ok. 10 dol za noc. Dużo pokoi, mało łazienek. Kolejki i często brak ciepłej wody. Ale się rozbudowuje. Ma być lepiej.

W San Pedro (2500 mieszkańców) jest ponad 40 agencji turystycznych. My wybraliśmy Pamelę obok naszego hotelu. Propozycje to: Dolina Księżycowa (8 dol), gejzery Tatio (19 dol),Salar de Atacama (14 dol) i trzydniowy tour do Uyuni w Boliwii – przejazd przez Andy (70 dol). Poza tym mamy w planie zwiedzenie tutejszego muzeum. Ekspozycja pokazuje historię San Pedro i okolicy. Interesujące. Wstęp 3,5 dol.

Jest dość późno, więc jedziemy tylko do Doliny. Kordyliera Domeyki, Dolina Śmierci a na koniec podziwianie zachodu słońca nad Andami. Do gejzerów nie pojedziemy bo powodzie zniszczyły drogi. Do San Pedro warto przyjechać na malownicze obchody MB Gromnicznej (1,2 II). Przyjeżdżają grupy taneczne z różnych miejscowości. Kolorowo i interesująco.

10 lutego.

Jedziemy do Calamy. Z przed Centrum Informacji Kulturalnej zabiera nas busik do Chuquicamaty. Oglądamy zbiory, podziwiamy ogromne maszyny , a na końcu, z platformy widokowej zaglądamy do największej dziury wykopanej przez człowieka (podobno ma ok. 800 m gł. i 5km średnicy) Imponująca! Zabieramy na pamiątkę po zielonej grudce, których tu leży pełno.

11 lutego

Wycieczka na Salar. Po drodze zatrzymujemy się w paru atrakcyjnych miejscach. Sam Salar ogromny, najeżony krzaczkami soli. W oczkach wodnych można złapać kryla, którym żywią się zamieszkujące tu flamingi. Na wschodzie bieli się Licancabur, ale prawdziwy spektakl zaczyna się wraz z zachodem słońca. Nie do opisania.

12 lutego

Dzień na pranie i odpoczynek

Wydatki w Chile:

Przelot i przejazdy – 982 USD

Przejazdy po mieście –15

Noclegi – 153

Wstępy, toury – 96

Poczta , internet – 20

Żywność – 33

Inne – 9

Razem: 1308 USD (w tym 921 USD bilet na Rapa Nui (14 dni)

:

13 – 14 lutego

Ruszamy z „Pamelą” do Boliwii. Chwalą się, że można płacić kartą kredytową, ale nie mają czytnika. W końcu ustaliliśmy, że zapłacimy w Uyuni. I tak należy, bo to jest sposób na to, aby przewoźnik wywiązał się ze zobowiązań. Przed wyjazdem z San Pedro należy wymienić trochę dolarów na peso boliviano. Na granicy mają bandycki kurs! Od granicy zabrał nas samochód boliwijski. Jeziora Zielone i Białe, Licancabur, wody termalne mogliśmy podziwiać w pełnym słońcu, ale potem zaczął padać gęsty śnieg. Laguna Colorada z czerwoną od kryla wodą i 20 000 flamingów ledwie majaczyła. Więc zrezygnowaliśmy. A potem, szantażując kierowcę, że nie uiścimy opłaty, zmusiliśmy go do zgody na powrót nad jezioro w dniu następnym. Nocleg w lodowatym Hospedaje, z zamarzniętą w beczce wodą (miała służyć do przelewania WC) nie był rewelacyjny. Rano powrót nad Lagunę. A potem zmiana trasy, bo ta z programu była nieprzejezdna. Widoki wspaniałe. Ok. 10 słońce stopiło śnieg. Pustynia skalna, opuszczona osada solarzy, dzikie wikunie i vizcache i po południu Uyuni z cmentarzem kolei. W końcu instalujemy się w Hospedaje Marith. Znowu targi i szantaż i w końcu obiecują nam wycieczkę na największy salar świata, pokryty teraz wodą, posiłki i zakwaterowanie.

W Uyuni mimo słońca jest lodowato, ale w pokojach ciepło i czysto. Woda w prysznicach gorąca, natomiast w „pralni” ma temperaturę bliską zera.

15 lutego

Jedziemy na Salar. Wrażenie niezwykłe. Wody jest parę centymetrów i odbijają się w niej Andy, kopce soli i ciężarówki do jej transportu. Zwiedzamy hotel zbudowany z bloków soli i zagrodę solarza zapoznając się z procesem produkcji. Kończymy przy straganach z pamiątkami. Jeszcze kwestia zapłaty. Tu też nie mają czytnika i musimy podjąć odpowiednią kwotę w banku. No i kupujemy bilety do Potosi (3,80 dol.). Jedziemy nocą. Na siedząco. Bez posiłków. Za to tanio.

16 lutego

Potosi wyrosło u stóp Cerro Rico, góry bogatej w srebro, na wys. 4000 m. W XVIII w. było to najbogatsze i największe miasto obu Ameryk. Wspaniała, barokowa architektura zachowała się w doskonałym stanie. Trzeba kilku dni, żeby obejrzeć muzeum mennicy (pierwszej w Ameryce), liczne klasztory i kościoły. Nam w ciągu 1 dnia udało się zobaczyć Muzeum Mennicy (Casa Nacional de Moneda, wstęp 2,50 dol). Są tu zbiory geologiczne, m.in. największe kryształy ametystu, jakie kiedykolwiek widziałam (ok. 60 cm długości), historia tutejszego mennictwa i, przede wszystkim urządzenia do bicia monet ogromne, drewniane koła zębate i słupy blisko 5 m zakończone metalowymi stemplami. Kościół i klasztor św. Franciszka (2 dol) z XVI w., jest bardzo piękny. W cenie biletu jest oprowadzanie. Muzeum klasztorne jest bardzo bogate, a z tarasu u stóp kopuly rozciąga się przepiękna panorama miasta. Klasztor – Muzeum św. Teresy czynny jest tylko do 18,30 a zwiedzanie z przewodnikiem trwa 2 godziny. Cele mniszek, nastrojowe patia, kuchnia z urządzeniami sprzed 200 lat, biblioteka, szopka z ponad 250 postaciami, porcelana, szkło, tkaniny, meble i dzieła sztuki świadczą o dawnym bogactwie. Wstęp 2,50 dol. Spędziłam kiedyś w Potosi ponad tydzień. Teraz głównym celem było obejrzenie kopalni minerałów, w której metody pracy nie zmieniły się od wieków. W Siver Tour wykupujemy wycieczkę (9 dol.), dodatkowo zapłacimy 1,50 dol za „prezenty” dla górników.

Śpimy w hotelu San Antonio, w centrum, ul. Oruro 136 płacąc 5 dol. od osoby. Nowoczesna łazienka, ręczniki, gorąca woda, stylowe meble. Absolutny luksus.

17 lutego

Przyjeżdża po nas busik. Postój przy kramach z napojami i zrzutka po dolarze na zakup prezentów dla górników – fanty, liści koki, papierosów i małych buteleczek spirytusu. Wczoraj było święto tutejszego opiekuna górników El Tio (Wuja). Większość górników jeszcze świętuje. Kopalnie są przystrojone balonikami, serpentynami i kwiatami. Oglądamy wykuwanie dziury, wtykanie laski dynamitu. Składamy ofiarę Wujowi, słuchamy opowieści. Zimno, ślisko, mokro i ciemno, ale interesująco. Warto.

Wieczorem wyruszamy do La Paz (bilet 6,5 dol).

18 lutego

Dojeżdżamy o 6,00 rano, w kompletnych ciemnościach. Bierzemy taksówkę. Uwaga! W Boliwii płaci się w taksówce od osoby, a nie od kursu. I trzeba wynegocjować cenę zanim się wsiądzie. Hotele z przewodnika są pełne. Ale taksówkarz, przy pomocy centrali znajduje nam nocleg w prześlicznym hoteliku : Hostal Inn Arcabucero (arcabucero-bolivia@hotmail.com) przy Plaza Gaston Velasco y Linares. Mamy pokój 4 osobowy z łazienką i balkonem za 24 dol (6 na głowę). Płacimy po niecałym dolarze za ponad półgodzinną jazdę.

La Paz to najwyżej położona stolica ( 3 – 4 000 m.) Ulice stromo zbiegają do rzeki przecinającej miasto. W centrum króluje kościół św. Franciszka (XVI w.) z bogatym muzeum (wstęp 1,30 dol). Główna promenada przebiega wzdłuż rzeki. Całe miasto robi wrażenie jednego wielkiego bazaru. Słynne targi czarowników straciły trochę na urodzie, ale i tak są interesujące. Fascynujący jest też targ spożywczy. Polecam granadille i mango. Na ul. Sagarnaga, wychodzącej pod górę z Placu św. Franciszka są kantory z przyzwoitym kursem oraz kilka agencji turystycznych. Wybieramy taką, w której ceny są najprzystępniejsze i można płacić kartą i kupujemy toury do Doliny Księżycowej , Tiahuanaco oraz na Chacaltayę – wszystkie razem 10 dol. od osoby. W La Paz warto obejrzeć także: Muzeum Etnograficzne znajdujące się w pięknym, barokowym pałacu, na rogu Ingavi i Sanjines; Muzeum Archeologiczne – róg Tiwanaku i Federico Suazo oraz Museo Tambo Quiricancho na ul. Evaristo Valle z ogromną kolekcją srebra. Wszędzie wstępy poniżej dolara. Kogo ciekawi dowód, że biali są winni rozprzestrzenianiu narkotyków polecam prywatne Museo de Coca na ul. Linares, w podwórku.

19 lutego

Tiahuanaco. Wielkie centrum religijne na brzegu j. Titicaca w I poł. I tysiąclecia. Świątynie wznoszone na piramidach i zagłębione w ziemi, posągi bóstw, m. in. Wirakoczy Kon-Tiki i słynna Brama Słońca. Prace wykopaliskowe odsłaniają co i raz nowe rewelacje. Wycieczka trwa kilka godzin, a po powrocie do stolicy zatrzymujemy się na jej S krańcu, w rezerwacie geologicznym, czyli Dolinie Księżycowej. Przedziwne kształty zerodowanych skał robią niesamowite wrażenie.

20 lutego

Na szczyt Chacaltaya (5700 m) jedziemy niezwykle malowniczą trasą. Serpentyny, kolorowe jeziora i dzikie Andy. Zatrzymujemy się w schronisku, na wys. 5 300 m. Chętni mogą wspiąć się na szczyt. Lodowato i porywisty wiatr, ale śmiałków nie brak.

21 lutego.

Moje koleżanki odjeżdżają do Peru, kolega odlatuje do Polski. Zostaję sama. Przenoszę się więc do tańszego hotelu Cactus na Jimenez Street 818. Mam jednoosobowy pokój za 3,5 dol. i La Paz do dyspozycji. Za kilka dni będzie ostatnia sobota karnawału obchodzonego najbardziej kolorowo w Oruro. Kupuję tour za 35 dol. (transport, wyżywienie, gadżety, miejsce na trybunie) i bilet na autobus do Santa Cruz (18 dol.).

21 – 24 lutego

La Paz. Jestem archeologiem, więc poza fotografowaniem zajmuję się także studiowaniem literatury w muzealnej bibliotece. Do nas nie docierają boliwijskie publikacje.

25 lutego

Wyjeżdżamy do Oruro o 4,30. Dostajemy poncza foliowe, bo tu karnawał jest połączony z dyngusem. Na trasie , którą pokonują tancerze ustawiono trybuny. W przerwach między zespołami publiczność obrzuca się balonikami wypełnionymi wodą. Całe szczęście, że jest ciepło. Tańce takie sobie, ale stroje nadzwyczajne. Można dostać zawrotu głowy. Wspaniałe. Warto zobaczyć.

26 lutego

Wyjeżdżam wieczorem. Całe miasto w nastroju karnawałowym. Wszyscy poprzebierani latają z balonikami wodnymi. Nawet urzędnicy na dworcu polewają kogo mogą. Autobus prawie pusty.

27 lutego

W Santa Cruz też polewają. Całe szczęście, że poza starym miastem (kolorowe domy z podcieniami, klasycystyczne pałace, palmy, marmurowe płyty). Miasto słynie z zoo. Dojazd autobusem. Wejście 1,20 dol. Fauna amerykańska. Leniwce poruszają się na swobodzie. Poza tym warto zwiedzić stare miasto. Klasycystyczne budynki urzędów i kolorowe casony z podcieniami przenoszą nas w inny klimat.

Jeszcze zakup biletu do Yacuiby (granica z Argentyną) i kolejna noc w ruchu.

Wydatki w Boliwii

Przejazdy – 35 dol.

Przejazdy po miastach – 6

Noclegi –45

Wstępy, toury –155

Poczta, internet – 6

Żywność –26

Inne ( w tym 2 kopie XVIII w. obrazów) – 74

Razem: 350 USD (15 dni)

28 lutego

Do granicy docieram taksówką (1,20 dol) Długa kolejka i dokładne przeszukiwanie bagaży. Jestem na trasie narkotykowej. Dalej taksówka argentyńska za tyle samo (53 km!) do Tartagalu. Po drodze jeszcze 2 kontrole paszportu i plecaka. Bilet do Resistencji, z przesiadką w Salta kosztuje 33 dol. Kolejne kontrole i to z wypraszaniem pasażerów z autobusu. I kolejna noc, tym razem w luksusie.

1 – 2 marca

Nabywam bilet do Santa Fe (15 dol) i autobusem nr 9 jadę do miasta. Dworzec jest kilka km od miasta. W hotelu Luxor (ul. Remedios de Escalada) płacę 6 dol. za półtorej doby (autobus do Santa Fe odjeżdża przed północą). Resistencia, położona na prawym brzegu Parany nie jest zbyt ciekawa. Atrakcją są rzeźby stojące na każdym rogu. Podobno jest ich ok. pół tysiąca. Po drugiej stronie Parany jest najstarsze miasto Argentyny – Corrientes. Bilet w obie strony (autobus – tu się nazywa colectivo – nr 3 odjeżdża z Placu 25 Maja) kosztuje dolara. Interesujące kościoły, muzea, malownicze nabrzeże i mnóstwo murali. Wszędzie schludnie. Dużo kafejek ogródkowych. Miasto niewielkie, ale warte odwiedzin. Muzeum Historyczne mieści się w XIX w. domu gubernatora. Jest w nim wszystko – meble, dokumenty, pamiątki, dzieła sztuki a nawet archeologia. Wstęp wolny. Warto zajrzeć. Dworzec, jak wszędzie w Argentynie, wielki, ma nawet salę telewizyjną. Autobus do Santa Fe sypialny i punktualny.

3 marca

Santa Fe. Też nad Paraną . Resztki murów obronnych, bogate muzea archeologiczno-historyczne i etnograficzne, zabytkowe kościoły i nowoczesna promenada z dziesiątkami rzeźb. Okazuje się, że do Montevideo autobusy jeżdżą w środy i piątki. Jest piątek, więc na zwiedzanie mam czas do 20,00. Naprzeciwko dworca jest jedyny hotel, żeby nie tracić czasu wynajmuję pokój. Tym razem jest to brudna nora z wiatrakiem i to za prawie 7 dol.! Kupuję też bilet do Montewideo – za 34 dolary. Autobus sypialny.

Przzy Plaza Cabildo stoi budynek Urzędu Miejskiego – klasycystyczny pałac oraz katedra i kościół jezuitów – obydwa z pocz. XVII w. Muzeum Etnograficzne mieści się w w domu z XVII w. Jest tu makieta miasta z tego okresu, zabytki z wykopalisk, meble z epoki, portrety i dużo dokumentów. Część etnograficzna poświęcona jest Indianom. Jest też sklepik i kawiarenka na urokliwym patio. Wstęp wolny. Muzeum klasztorne przy kościele św. Franciszka Solano zawiera głównie eksponaty związane z okresem walki o niepodległość. Atrakcją są figury woskowe. Bezpłatne. Muzeum Historyczne warte chwili uwagi ze względu na architekturę obiektu. Też bezpłatne.

4 marca

O 17,00 jesteśmy na dworcu Tres Cruces w Montevideo. Za 8 dol. mam pokój w hotelu :Windsor, blisko Plaza de Libertad. Dworzec ogromny, z bardzo dobrą informacją turystyczną. Przy rozkładach jazdy podawane są ceny. Jest też kantor i mnóstwo sklepów. Do śródmieścia można dojechać miejskim autobusem (ok. 0,70 dol) przez dzielnicę willową. Białe pałacyki toną w zieleni. Bardzo czysto. Śródmieście też zielone, a główna Avenida robi wrażenie europejskiej

5 – 6 marca

Przenoszę się do znajomej. Montevideo nie powala na kolana. Trochę zabytków z XIX w., a reszta w stylu naszych lat 70. Ale czysto i zielono. No i wielokilometrowa plaża. Jest też fort z czasów hiszpańskich na zachodnim krańcu miasta. W środku wystawa historyczno – militarna. Autobusem miejskim dojeżdża się do stóp wzgórza, a potem trzeba dojść. Można sobie darować. Lepszy widok na całe miasto jest z sali restauracyjnej na 25 piętrze hotelu Plaza. Hotel znajduje się w najbardziej interesującej części miasta: Palacio Estevez z XVIII w. (siedziba rządu), Teatro Solis z fasadą jak Partenon i Puerta de Ciudadela – dawna brama miejska. Za nią, już na terenie starego miasta (XVIII – XIX w.) na deptaku ozdobionym licznymi rzeźbami, latem funkcjonuje jarmark dominikański. Poza tym warto obejrzeć Museo Gaucho y Moneda w siedzibie Banco de la Republica na ul. 18 Lipca (Julio) 998, czynne w dni robocze przed południem, w świąteczne po południu. Bezpłatne.

7 marca

Za niecałe 2 dol. jadę do Punta del Este. Cypel u ujścia La Platy, wysunięty w ocean i zabudowany hotelami. Śpię w schronisku (Hostel 1949), płacąc 12 dol. za noc, ale mam 50 m do plaży i śniadanie.

W okolicy jest parę atrakcji, więc robię sobie wycieczki: do Casapueblo (tour) 19 dol, do Punta del Diablo, autobusem (8 dol), do Piriapolis , autobusem i pieszo ( 6 dol.)

8 marca

Rano plaża i wycieczka fotograficzna. Na plaży, od strony La Platy rzeźba chilijskiego artysty – betonowe, kilkumetrowe palce wystające z piasku. Po południu jadę z tourem do Casapueblo. W programie zwiedzanie portu, Placu 4 Mórz na końcu cypla, kościoła, plaż, części rezydencjalnej. Tu domy milionerów i gwiazd (Pelego, Evity, Maradony) są bez ogrodzeń. Można pozachwycać się ogrodami i architekturą. Przejazd do Maldonado na wybrzeżu i dojazd do Casapueblo. Wstęp 3,50 dol. Jest to ogromna budowla na skarpie, wzniesiona przez miejscowego artystę Roberto Paeza. Biel, mnóstwo wieżyczek, tarasików, balkonów, schodków i przejść – wszystko bardzo przypomina Gaudiego. Jest tu część mieszkalna i hotelowa. Nam udostępnia się ekspozycyjną . Paez był przyjacielem Picassa i są tu prace obu mistrzów. W sklepiku można nabyć oryginały i kopie – strasznie drogie. Przyjeżdża się tu, aby obejrzeć zachód słońca. Całość niezwykła i nastrojowa. Warto to obejrzeć.

9 marca

Jadę do Punta del Diablo z przesiadką w San Carlos (najstarszy w Urugwaju kościół św. Boromeusza) – 180 km na N. Punta to małe miasteczko położone na skarpie nadmorskiej Małe domki – pensjonaty toną w zieleni. Brzeg usiany jest ogromnymi głazami (niektóre po kilkaset ton). Są obłe i płaskie, duże i mniejsze. Między nimi są niecki z morską wodą. Dalej znajduje się malownicza zatoczka z kolorowymi łodziami rybackimi i złotą plażą. Doskonałe i tanie restauracje. Idealne miejsce na kilkudniowy odpoczynek. „Dworzec” to jednocześnie sklep spożywczy, w którym jest rozkład jazdy i kasa.

10 marca

Dziś Piria. Dojazd autobusem miejskim. Miasto założone na pocz. XX w. przez handlowca urugwajskiego Francisco Pirię. Wzorowane na Nicei. Prawie kopie eleganckich hoteli, bulwar, palmy, fontanny, piękny, romantyczny park – klimaty francuskie. Ok. 5 km od brzegu, w lesie sosnowo eukaliptusowym znajduje się dom Pirii (zwany castillo – zamek). Secesyjne wnętrza, pamiątki po niezwykłym właścicielu. Wokół trochę zaniedbany park. Wstęp 0,30 dol. Najlepiej przejść się do parku i trochę dalej, gdzie na szczycie pagórka stoją ruiny kościoła zbudowanego przez Pirię, w stylu romańskim. Ruiny wyglądają nad wyraz antycznie i romantycznie. Trochę dalej jest przystanek autobusowy, skąd już można dojechać do Castillo. Tanio (0,30 dol), a droga nudna.

11 – 12 marca

Przez Montevideo jadę do Colonia del Sacramento, skąd odpływają najtańsze promy do Buenos Aires (Nie ma biletów bezpośrednich, ale autobusów jest b. dużo). Płacę za przejazd 12 dol. Zatrzymałam się na 2 noce w Romi Hotel (hotelromicolonia@adinet.com.uy). Noc kosztuje 11 dol., ale jest pełny luksus. Nawet śniadanie. No i jest blisko przystani. Nabywam też bilet na prom – 19 dol. Dodatkowo zapłacę 5 dol. za zaokrętowanie.

Colonia żyła przez wiele lat z przemytu. Założona przez Brazylię, zdobyta przez Hiszpanię teraz należy do Urugwaju. Małe, kolorowe domki dawnych przemytników i białe, secesyjne pałace są w centrum zamienione na kafejki, muzea, sklepiki z pamiątkami. Nastrój trochę jak w miasteczku hiszpańskim. Jest co oglądać i gdzie wypocząć. Zwiedzanie należy zacząć od Museo Municipal. Bilet tam nabyty (0,30 dol) upoważnia do zwiedzenia jeszcze 6 innych muzeów. Są małe, ale interesujące i w każdym jest ekspozycja innego rodzaju. Miasteczko nad wyraz urokliwe. Warto zatrzymać się na 2 – 3 dni.

13 marca

Prom odpływa o 5 rano. Od hotelu do przystani mam 0,5 km. Z wejściem na pokład są jakieś problemy. Długo trzymają nas w poczekalni, ale wreszcie ruszamy.

Wydatki w Urugwaju:

Przejazdy – 53 dol.

Przejazdy miejskie – 9

Noclegi – 80

Wstępy, toury – 26

Poczta, internet – 5

Żywność – 29

Inne – 19

13 – 14 marca

Jestem znów w Brisas del Mar. Nie ma jedynek, więc decyduję się na dwójkę za 11 dol. za noc. Ostatnie zakupy i fotki.

15 marca

Samolot mam o 11,20 więc jadę na lotnisko autobusem. Na lotnisku najpierw trzeba oddać bagaż, potem kupić kartę pokładową za 18 dol. (koniecznie w dolarach!), no a potem odlot. Znów na godzinę zatrzymujemy się w Sao Paulo, no i przesiadka we Frankfurcie, gdzie zgubili mój plecak.

16 marca

Warszawa. Ni

e ma plecaka. Muszę czekać 5 godzin, ale w końcu dolatuje. Wieczorem jestem w domu, w Sieradzu.


  • Witaj w świecie globtroterów!

    Drogi internauto, niezależnie czy jesteś uroczą przedstawicielką       piękniejszej połowy świata czy też członkiem tej brzydszej. Wędrując   z  nami, podróżowanie przestanie być dla Ciebie…

    czytaj dalej

  • Jak polscy globtroterzy odkrywali świat?

    Historia „polskiego” poznawania świata zaczyna się całkiem efektownie. Pierwszy – jeżeli można go tak nazwać – polski globtroter był jednym z głównych uczestników…Zobacz stronę

    czytaj dalej

  • Relacje z podróży

Dołącz do nas na Facebook'u