Krystyna, Dariusz i Flawia
Zemła
Kraina
pionierów (Parki narodowe USA)
Podróż
po Stanach Zjednoczonych odbywaliśmy w okresie od 19.05.1999 do 11.06.1999 w
trzy osoby: małżeństwo i dwudziestomiesięczne dziecko. Naszym celem było
odwiedzenie kilkunastu parków narodowych zachodnich stanów USA. Była to nasza
pierwsza wizyta w Ameryce. W obie strony lecieliśmy samolotem LOT-u. Wybraliśmy
bezpośredni przelot na trasie Warszawa-Chicago oraz polskiego przewoźnika (z
którym już nie raz, zadowoleni, lataliśmy). Ważnym argumentem była również
promocja z okazji 70-lecia LOT-u, uprawniająca do 30% zniżki od dowolnej taryfy
zakupywanego biletu. Bilet trzeba było jednak wykupić do 15.02.1999. Za przelot
całej rodziny zapłaciliśmy 4.310,00 zł (przy kursie 3,75 zł za dolara). Termin
był tak dobrany, aby zwiedzać USA przed ich wakacjami (rozpoczynającymi się na
początku czerwca) oraz zanim córka ukończy 2 lata, ze względu na 90% zniżkę na
przelot. Na miejscu poruszaliśmy się samochodem wypożyczonym w Denver, do
którego z Chicago dojechaliśmy autobusem "Greyhound". Przejechaliśmy 4583 mile
(co daje 7375 km), odwiedzając 9 stanów. (Licząc z przejazdem autobusem - ok.
6500 mil i 11 stanów).
Informacje
praktyczne z pierwszej ręki:
Poruszanie
się samochodem
W zachodnich stanach jazda samochodem
nie sprawia zbytnich trudności. Drogi są dobre, ruch umiarkowany. Ilość aut i
turystów zwiększa się w weekendy, w miejscach szczególnie atrakcyjnych. Poza
parkami narodowymi drogi są proste, niekiedy na kilkadziesiąt mil. Dla Amerykanów
samochód jest czymś tak powszechnym, że większość z nich jeździ bezpiecznie (co
wcale nie znaczy bardzo wolno). W ciągu całej podróży nie widzieliśmy ani
jednego wypadku. Wszystkie odległości podawane są w milach (1 mila = ok.1,6
km). Limity prędkości jazdy, podawane w milach na godzinę, wynoszą najczęściej:
na autostradach - 75, głównych drogach międzystanowych - 65, pozostałych
drogach - 55. W obszarze zabudowanym istnieją ograniczenia indywidualne od 40
do 15. Samochody mają główny szybkościomierz w milach na godzinę, ale
przeważnie mają one też mniejszą podziałkę w kilometrach na godzinę. Kontrole
prędkości zdarzają się raczej rzadko (widzieliśmy tylko dwa radary), ale często
pojawiały się znaki informujące o pomiarze szybkości z powietrza. Amerykanie
instruowali nas, że przekroczenie prędkości o 10-15 mil nie jest żadnym
wykroczeniem, natomiast gdy ograniczenie prędkości znajduje się w pobliżu
oznaczonej szkoły, to należy bezwzględnie dostosować się do przepisów, tym
bardziej gdy znak jest dodatkowo zaopatrzony w pulsującą lampkę.
Znaki
w większości różnią się od naszych. Przeważają znaki pisane, a nie obrazkowe,
np. "Do not turn left" (Nie skręcaj w lewo), "Do not pass" (Nie wyprzedzaj).
Początkowo sprawia to dosyć dużą trudność. Trzeba najpierw w gąszczu reklam
wyłapać znak, przeczytać go i zrozumieć, ale po pewnym czasie robi się to już
mechanicznie. Specyficzny jest też znak "stop" na skrzyżowaniu równorzędnym. W
USA nie obowiązuje na nich zasada prawej ręki. Pierwszeństwo ma ten pojazd, który
jako pierwszy dojechał do skrzyżowania. Początkowo miałem obiekcje co do
respektowania tej zasady w praktyce przez innych użytkowników dróg, ale
amerykańscy kierowcy są naprawdę bardzo zdyscyplinowani.
Wypożyczenie samochodu nie stanowi problemu. Trzeba mieć tylko ukończone
21 lat i kartę kredytową. Wynajem załatwialiśmy w Polsce, w firmie AVIS, z
odbiorem samochodu w Denver. Udało nam się znaleźć ofertę Chevrolet Cavalier
(odpowiednik naszej Astry II) za 655,77 USD (na 3 tygodnie z pełnymi ubezpieczeniami
odpowiadającymi naszym OC i AC).
Większość pojazdów w USA jest wyposażona w automatyczną skrzynię biegów.
Początkowo ciężko się było przestawić (pierwszy raz miałem z tym do czynienia),
ale już po kilku dniach nie wyobrażałem sobie, że można jeździć inaczej
(prawdziwym problemem było ponownie przyzwyczaić się do sprzęgła po powrocie do
Polski). Jest to szczególnie nieocenione przy jeździe w korku po mieście.
Wynajmując samochód z automatem, bałem się, że po zapaleniu auta będzie on już
jechał, i że na przykład uderzę w sąsiedni samochód na parkingu. Nie ma obawy.
Cały mechanizm jest tak skonstruowany, że bieg "jazda" można wrzucić tylko przy
naciśniętym pedale hamulca, który powoli zwalniany wprawia samochód w ruch.
Automatyczna skrzynia biegów posiada również dwa lub trzy niskie biegi ręczne,
służące do redukcji prędkości przy mocnych zjazdach lub szybszego wyprzedzenia
pod górę. Jadąc na "automacie" należy uważać przy szybszym wyprzedzaniu. Może
się zdarzyć, że w czasie tego manewru, po dociśnięciu pedału gazu,
automatycznie nastąpi zmiana biegu, co w efekcie powoduje zwolnienie samochodu.
Cena
benzyny była bardzo miłym zaskoczeniem. Jej wartość najniższa była w dużych
miastach i rosła wraz z oddalaniem się od nich, choć oczywiście bywały wyjątki
od reguły. Najniższa spotkana przez nas cena to 1,09 USD za galon najtańszej
benzyny bezołowiowej (1 galon to niecałe 3,8 litra), a najwyższa - 1,70 USD.
Ceny paliwa są zawsze podawane na zewnętrznych tablicach i w przeciwieństwie do
innych cen, są to przeważnie ceny z podatkiem, czyli brutto. Stacje benzynowe
zazwyczaj są samoobsługowe. Rozpoczęcie tankowania wymaga wykonania kilku
"dziwnych" czynności wstępnych na dystrybutorze. Po zdjęciu pistoletu i
włożeniu go do wlewu paliwa należy podnieść do góry specjalną gałkę znajdującą
się najczęściej w okolicy zawieszenia pistoletu na dystrybutorze. Czasem
dodatkowo trzeba na specjalnej klawiaturze wybrać: rodzaj paliwa, sposób
płatności. Niejednokrotnie na dystrybutorze dodatkowo znajduje się "mocno
wytarty" przycisk oznaczony "start" lub "push", którego naciśnięcie dopiero
uaktywnia całe urządzenie. Wówczas nie pozostaje nam już nic innego jak
nacisnąć spust pistoletu i nalać żądaną ilość paliwa. Na niektórych stacjach od
razu po przyjeździe podchodzi ktoś z obsługi i uwalnia nas od w/w uciążliwości.
Niejednokrotnie jednak cena widoczna na tablicy dotyczy tylko tankowania
samoobsługowego, a przy asyście pracownika stacji jest już wyższa, np. o 20
centów za galon. Płacić można gotówką, czekiem i kartą kredytową, choć czasem
kasjerzy nie chcą przyjmować czekiem lub kartą płatności poniżej 10 USD. Niekiedy na stacjach widnieją
informacje o specjalnym rabacie rzędu kilku centów za galon przy płatności
"cash"-em. Dotyczy to zapłaty zarówno gotówką, jak i kartą kredytową.
Pomiar
ciśnienia i pompowanie opon jest darmowe, ale wielorakość urządzeń do tego
służących wymaga naprawdę dużej inteligencji. Ciśnienie w kołach nie jest
podawane w atmosferach, ale wymagana "amerykańska" jego wartość jest wyryta na
każdej oponie. W razie problemów zawsze można poprosić kogoś z obsługi.
Dziecko może być przewożone tylko w specjalnym foteliku. Można go sobie
zażyczyć przy wypożyczaniu samochodu, ale trzeba wtedy dopłacić ok. 5 USD za
każdy dzień. My mieliśmy swój własny fotelik.
Parki
w USA można podzielić na narodowe ("national parks" i "national monuments")
oraz stanowe ("state parks" i "state monuments"). Wstęp do niemal wszystkich
jest płatny i wynosi ok.10 USD za samochód (bez względu na liczbę osób w nim
podróżujących) lub ok.3-6 USD za osobę (bez względu na sposób wejścia do
parku). Wstęp do najbardziej znanych parków np. "Yellowstone" i "Wielki Kanion"
był droższy i wynosił 20 USD za samochód. Planując odwiedzenie wielu parków,
warto kupić imienny roczny karnet ("Golden Eagle Pass") uprawniający do wstępu
do wszystkich narodowych parków i rezerwatów. Kosztuje 55 USD dla całej
rodziny. Można go nabyć przy wejściu do dowolnego parku narodowego. Każdy park
ma jeden lub kilka centrów turystycznych, które służą wyczerpującą informacją.
Amerykańskie parki dają swobodę bliskiego kontaktu z naturą. Poza
ścisłymi rezerwatami, zamkniętymi dla turystów, są dostępne prawie dla wszystkich. Dotarcie do wielu atrakcji
jest możliwe niemal bez wysiadania z samochodu. Wszystkie parkingi są bezpłatne, ale na niektórych ciężko znaleźć
miejsce. Przy wejściu do parku każdy otrzymuje bezpłatnie mapę z zaznaczonymi
na terenie parku drogami oraz z ich podziałem na: asfaltowe, nieasfaltowe, ale
utwardzone, nieutwardzone, ale przejezdne nawet dla samochodów osobowych, dla
pojazdów terenowych. Mapy zawierają też oznaczenia oraz opisy szlaków ( z
podaniem ich długości), czy też informacje o ich dostępności przez osoby
niepełnosprawne. Ta ostatnia wzmianka była dla nas wskazówką czy możemy iść z
dziecięcym wózkiem, czy też musimy zabierać nosidełko.
Przygotowywaliśmy je sami lub korzystaliśmy z sieci "Fast
food". Przełomem było odkrycie bufetów typu "All can you eat" w barach "KFC".
Ich zasadą jest to, że można zjeść tyle ile się chce za stałą, płaconą przy
wejściu, cenę (5,95 USD lub 6,95 USD). Nie można jednak nic wynosić na
zewnątrz. Wybór obejmował dania ciepłe i zimne, m.in. zupy, kurczaki, steki,
ziemniaki, ryż, owoce, warzywa, krem czekoladowy, lody i nieograniczoną ilość
zimnych napojów. Za tę samą cenę gdzie indziej można było kupić tylko zwykły
zestaw (hamburger, frytki i jeden
napój). Bufet dla dzieci od 4 do 11 lat kosztował 3,95 USD lub 4,95 USD. W
niektórych "KFC" za dzieci od 2 do 4 lat trzeba było zapłacić 1,49 USD lub 1,99
USD. Nasza córka nie miała jeszcze 2 lat, więc wszędzie wchodziła za darmo.
Podobnie działające bufety spotykaliśmy też w innych lokalach, czasem
ograniczone np. tylko do sałatek (ok. 4 USD), albo tylko do napojów (ok. 1,50
USD), albo śniadanie z nieograniczonymi napojami (także gorącymi) za 1,99 USD.
Czasem (szczególnie na stacjach benzynowych) można było kupić tanie jedzenie
pod warunkiem, że się go samemu przygotowywało, np. 2 hot-dogi za 99 centów.
Filiżanka kawy kosztowała średnio ok. 0,50 USD, a puszka napoju - 0,75 USD -
1,50 USD.
Woda
jest prawie wszędzie zdatna do picia (poza wyraźnie oznaczonymi przypadkami). W
parkach narodowych i na parkingach znajduje się dużo specjalnych "pojników" z
darmową lodowatą wodą.
Najlepszymi, naszym zdaniem, sklepami na robienie zakupów w odwiedzanych
przez nas stanach są: "Safeway" i "Wal-mart". (Ten ostatni oferował ponadto za
4,95 USD bardzo szczegółowy atlas samochodowy USA, oczywiście z listą i
adresami sieci sklepów). Sklepy te oferowały mnóstwo atrakcyjnych promocji, np.
12 puszek coca-coli za 1,99 USD, podczas gdy normalnie 1 puszka kosztowała
minimum 0,50 USD. Ogólnie ceny żywności są nieco wyższe niż w Polsce.
Zabraliśmy z Polski namiot, nastawiając się przede wszystkim na spanie
na campingach. Ceny za miejsce obejmujące namiot, dwie osoby dorosłe i samochód
wahały się od 10 - 18 USD (ale czasem dochodziły i do 25 USD). Dziecko
przeważnie miało nocleg bezpłatny. Gdy gdzieś chciano nam doliczyć 1,50 USD -
2,50 USD za córkę, mówiliśmy, że nigdy nic za nią nie dopłacamy i ... o dziwo
skutkowało. Campingi z reguły przygotowane są dla turystów z przyczepami, toteż
podłoże nie było zbyt komfortowe dla wbijania śledzi. Za domek campingowy z grzejnikiem płaciliśmy od 25 - 40 USD. Za
tyle samo można było wynająć pokój w motelu (z łazienką oraz ogrzewaniem i
klimatyzacją załączanymi w zależności od potrzeb). Zabronione jest spanie na
parkingach i w miejscach nieoznaczonych.
Baza
turystyczna w USA jest przygotowana dla podróżujących z małymi dziećmi. Nigdzie
nie mieliśmy problemu z otrzymaniem wrzątku. Każdy camping lub motel posiadał
plac zabaw. W większości parków, muzeów można było wypożyczyć wózek dla
dziecka. W niektórych znajdowały się też specjalne "przechowalnie". W niemal
każdej toalecie (także męskiej) znajdowały się specjalne składane stoły do
przewijania. Małe dzieci nie płacą za wstępy do atrakcji turystycznych, a
przeważnie mają też darmowe noclegi i czasem wyżywienie. Każdy lokal jest
zaopatrzony w krzesełka dla dzieci.
Korzystanie z automatów telefonicznych wymaga zakupu karty (najtańsza 5
USD). Nie wkłada się jej jednak do aparatu, ale dzwoni pod wskazany bezpłatny
numer i podaje PIN zapisany na karcie oraz wybiera żądany numer. Wówczas
operator informuje nas ile minut może trwać rozmowa z danym numerem. I tu
uwaga. Wolny rynek w USA objawia się m.in. na polu telekomunikacji. Wiele firm
prześciga się w zdobyciu klienta. Z opisu karty dużymi literami wynika, że
minuta rozmowy z Polską kosztuje np. 19 centów. Z informacji usłyszanej od
operatora wynika już, że masz mniej minut niżby należało się spodziewać.
Prawdziwa złość ogarnia cię jednak przy próbie kolejnej rozmowy. Mimo, że przy
pierwszej wykorzystałeś tylko minutę, to okazuje się, że na drugą już cię nie
stać. I wtedy, uważnie analizując kartę zauważasz wzmiankę napisaną maluteńkimi
literkami, nie odczytywalnymi bez pomocy lupy, że każde połączenie kosztuje dodatkowo
np. 3 USD.
Toalety są
wszędzie schludne i ... bezpłatne.
Ceny
podawane są najczęściej bez podatku stanowego (5-12%). Jedynie ceny paliwa
zawsze zawierają podatek. W sklepach różnie.
Polacy
są raczej lubiani. Nigdzie nie spotykaliśmy niechęci, a wręcz przeciwnie. Każdy
próbował sobie przypomnieć, że ma jakieś polskie korzenie, albo że przynajmniej
polskiego sąsiada lub znajomego.
A oto szczegółowy opis naszej podróży:
19 maja 1999
Po
szybkiej odprawie na lotnisku "Okęcie" zostaje nam ponad dwie godziny na
zwiedzenie lotniska i pokazanie dziecku samolotów. Potem przez cały pobyt w USA
bezbłędnie rozpoznawała ich dźwięki. Na bilet dziecięcy można jako dodatkowy
bagaż zabrać wózek. Zgłasza się go od razu do odprawy, ale można z niego
korzystać do samego wejścia do samolotu. Oddaje się go dopiero w rękawie
prowadzącym do niego. Tam też (niemal bezpośrednio po lądowaniu) można go
odebrać. Przy robieniu rezerwacji lub kupnie biletu można zamówić dla dziecka
specjalny zestaw, w skład którego wchodzą odżywki i soczki. Dziecko do
ukończenia dwóch lat korzysta z 90% zniżki w opłacie za bilet. Nie gwarantuje
to jednak dla niego osobnego miejsca w samolocie. Dla kilkumiesięcznych dzieci montuje się na przodzie samolotu specjalne
leżaczki. Starsze, muszą liczyć na to, że w samolocie nie będzie kompletu
pasażerów. Przy odprawie jest już dla nich warunkowo rezerwowane miejsce obok
rodziców, które jednak może być w ostatniej chwili przekazane pełnopłatnemu
pasażerowi. Wówczas pozostaje odbycie podrózy na kolanach któregoś z rodziców.
Połowa maja nie jest jeszcze szczytem sezonu, tak że bez problemu mieliśmy trzy
miejsca obok siebie.
Po
lądowaniu w Chicago ponad godzinę spędzamy w kolejce do odprawy paszportowej,
przygotowani na żmudną procedurę udowadniania celu naszego pobytu (potwierdzoną
obserwowanymi długimi rozmowami urzedników imigracyjnych z pasażerami, często
przy pomocy tłumaczy) i to w dodatku z całą rodziną. Gdy przyszła na nas kolej,
zadają nam tylko jedno pytanie: "Why are you here?". Odpowiedź: "We are
tourist" wystarcza i w naszych paszportach lądują stemple otwierające nam bramy
Ameryki. Do centrum udajemy się odebrani przez rodzinę, u której spędzamy 2
dni.
21 maja 1999
Wyruszamy autobusem "Greyhound" do Denver (około 1000 mil). Bilety
kupowane były w USA. Przejazd w dwie strony dla dwóch osób kosztuje 195 USD (ze zniżką dla dwóch osób podróżujących
razem). Przelot samolotem kosztowałby nas ok. 500 USD, a przejazd pociągiem "Amtrak" - ok. 350 USD. Wynajęcie samochodu w Chicago i
przejazd nim do Denver i z powrotem oznaczałoby co prawda niższe koszty
podróży, ale dodając dodatkowe 4 dni wynajmu (tylko jedno z nas prowadziło
samochód) wyszłoby nieco drożej, a stracilibyśmy 2 dni.
Główny
dworzec autobusowy w Chicago, mimo że zlokalizowany jest niemal w samym
centrum, nie robi wrażenia dworca metropolii. Słabo oznakowany, mało pojemny.
Panuje w nim straszny tłok. Upływa trochę czasu zanim orientujemy się w
sytuacji. Każdy kierunek jazdy ma swoje wyjście, do którego ustawia się kolejka
pasażerów. Ze względu na małe pomieszczenie (w stosunku do potrzeb dużego
miasta) kolejki te krzyżują się ze
sobą, ale o dziwo, panuje niemal idealna kultura i porządek. Kilkanaście minut
przed planowanym odjazdem drzwi się otwierają. Kierowca sprawdza bilety i
wpuszcza pasażerów z bagażami na peron. Bagaże zostawia się przed autobusem, są
one chowane do bagażnika. Tu okazało się, że trzeba było je wcześniej zgłosić
do odprawy i otrzymać specjalne naklejki, nalepiane na bagaż (podobnie jak w
samolocie). Po krótkim wyjaśnieniu udaje mi się wrócić do głównej hali dworca i
załatwić formalności, mimo że pani wydająca karteczki powinna wpierw bagaż
obejrzeć i ocenić ile sztuk bagażu naprawdę się posiada, a właściwie na ile
sztuk on wygląda. Dzięki temu zamieszaniu udało nam się "przemycić" do środka,
bez dopłaty, krzesełko dla dziecka umożliwiające wygodniejsze siedzenie.
Wyjeżdżamy z Chicago o 11:45. Co kilka godzin kierowca robi postoje na
dworcach autobusowych lub parkingach. Ok. 23:00 docieramy do miejscowości Omaha
(na pograniczu Iowa i Nebraski). Tutaj dowiadujemy się o 45-minutowej przerwie
na sprzątanie autobusu, która przeciąga się do ponad dwóch godzin. Dworzec w
Omaha jest jeszcze mniejszy niż w Chicago a przerwę ma tu wiele autokarów.
Znajduje się w tak nieciekawym miejscu, że lepiej daleko się od niego nie
oddalać w dzień, a co dopiero w środku nocy...
22 maja 1999
Po 21
godzinach docieramy do Denver, stolicy stanu Kolorado. Bez trudu znajdujemy wypożyczalnię AVIS,
skąd już po 5 minutach wyjeżdżamy ociekającym wodą autem. Całe szczęście, że
jest sobotni ranek i nie ma zbyt dużego ruchu. Zwiedzanie Denver zostawiamy
sobie na powrót. Robimy tylko krótki spacer wśród drapaczy chmur, poszukując
sladów z "Dynastii". Udajemy się na południe do Colorado Springs, gdzie
nocujemy na campingu za 21,19 USD. Wybraliśmy jeden z droższych, gdyż według
opisu miał on być wyposażony w kuchnię. Okazało się, że "odpłynęła" ona podczas
ubiegłorocznej powodzi. Wieczór spędzamy na aklimatyzacji i poznaniu
najbliższej okolicy. Noc bardzo zimna.
23 maja 1999
Niedzielę rozpoczynamy mszą, jak się potem okazało ekumeniczną, ponieważ
parafia ze względów finansowych jest wspólna, katolicko-baptystyczna. Atmosfera
jest dużo luźniejsza niż u nas. Ksiądz niemal wszystkich po kolei witał, a jak
się dowiedział, że jesteśmy z Polski, to co chwilę podczas mszy nas pozdrawiał.
Po mszy zaproszono nas na poczęstunek. Jest to bardzo popularny sposób spotkań
całej parafii. Była kawa, herbata, ciasteczka. Przyzwyczailiśmy się, że w
niedziele nie robimy śniadania, bo zjemy w kościele.
Popołudnie spędzamy w rezerwacie "Garden of Gods", pełnym wspaniałych
form skalnych. Załapujemy się też na darmowy przejazd po pobliskim uzdrowisku.
Wieczorem docieramy do Canion City. Nocujemy na campingu za 13,61 USD. Znów
marzniemy.
24 maja 1999
Odwiedzamy pobliskie miasteczko westernowe zbudowane dla potrzeb filmów.
Widać, że dawno już nie było używane, lecz i tak daje wyobrażenie o życiu
sprzed ponad 100 lat. Dodatkową atrakcją jest cogodzinna inscenizacja ze
strzelaniną. Wydawało nam się to wówczas warte 12 USD od osoby za wstęp. Potem
okazało się, że całkiem podobne miasteczka budowane są również dla celów handlowych
i wstęp do nich jest oczywiście bezpłatny. Bilet wstępu uprawniał również do
przejazdu wąskotorową kolejką do punktu widokowego skierowanego na najwyższy na
świecie most wiszący - "Royal Gorge Bridge". Po moście tym można było, za
kolejne 12,95 USD, pospacerować lub przejechać obok niego kolejką linową.
Z
Canion City udajemy się dalej na zachód, przebijając się przez góry. Droga w
pewnym momencie osiąga przełęcz na wysokości 3.448 m n.p.m., gdzie leży jeszcze
sporo śniegu. Na nocleg zatrzymujemy się na małym przydrożnym campingu za tylko
10 USD. Dopiero po rozpoczęciu rozbijania namiotu zrozumieliśmy, dlaczego tak
tanio. Po prostu nie ma gdzie tego uczynić. Wszędzie same kamienie. W końcu
ucieszeni powodzeniem jedziemy do miasteczka coś zjeść. Była to chyba
najdroższa pizza w naszym życiu - 25,30 USD (na wynos). Wysokość (mniej więcej
polskich Rysów) i bliskość rzeki sprawia, że jest to nasza najzimniejsza noc w
USA.
25 maja 1999
Zwiedzamy kopalnię złota "Old Hundred Gold Mine" (11,95 USD od osoby).
Udaje nam się wytargować 2 USD rabatu dla Polaków. Do wnętrza wjeżdża się
wagonikiem, potem spaceruje ok.40 minut chodnikiem, poznając techniki
wydobywania tego kruszcu. Po wycieczce wspaniała frajda - wypłukiwanie złota.
Bawimy się ponad godzinę, ale udało nam się trochę znaleźć.
Pobliskie miasteczko - Silverton jest tutejszą perełką. Wygląda ono
jakby czas się tu zatrzymał w latach trzydziestych. Charakterystyczna zabudowa,
i co najważniejsze - ono normalnie funkcjonuje i tętni życiem. Dodatkową
atrakcją jest turystyczna starodawna kolejka parowozowa kursująca regularnie
między Silverton a Durango. Przejazd w obie strony kosztuje 53 USD.
Pomni
temperatury panującej w nocy decydujemy się tym razem na nocleg w ogrzewanym
domku campingowym za 31,47 USD u wejścia do parku narodowego "Mesa Verde".
26 maja 1999
"Mesa
Verde" to park utworzony dla ochrony starych osad Indian z plemienia Anasazi.
Były one budowane na półkach skalnych, tak że dostęp do niektórych z nich możliwy
jest tylko po drabinach. Do zwiedzania udostępniona jest obecnie jedynie
wschodnia część parku. Większość ruin można penetrować samemu, ale dwie
największe atrakcje: "Cliff Palace" i "Balcony House" zwiedza się wyłącznie z
przewodnikiem, płacąc po 1,75 USD za każdą z nich. Ale to naprawdę nic w
porównaniu z przeżyciami, jakich one dostarczają. Był to też debiut naszego
nosidełka w warunkach "ekstremalnych". Mieliśmy szczęście być oprowadzani przez
prawdziwego Indianina z plemienia Hopi. Cały czas negował niemal wszystkie
publikacje na temat Indian i przedstawiał własne teorie ich rozwoju.
Z
parku jedziemy do jedynego miejsca w USA, gdzie krzyżują się cztery stany:
Kolorado, Utah, Arizona i Nowy Meksyk. Miejsce to nie wyróżnia się niczym
szczególnym, ale jest okazja, żeby na nim zarobić (wstęp - 1,50 USD za osobę).
Jest to oznaczony punkt otoczony kramami i straganami. Spotykamy tu pierwszych
Polaków, a właściwie Polonusów, bo mieszkających na stałe w Chicago.
Wjeżdżamy do Utah. Na nocleg dojeżdżamy do "Monument Valley" drogami
wijącymi się wśród wspaniałych czerwonych skał, które przy zachodzącym słońcu
wyglądają jeszcze bardziej bajkowo.
27 maja 1999
Rano
zwiedzamy okoliczny rezerwat. 2,50 USD za wstęp od osoby jest chyba jedną z
najlepszych inwestycji turystycznych w USA. Można bez żadnych ograniczeń
kluczyć wśród wyrastających spod ziemi ostańców. Lepiej jednak zwiedzać je
samochodem, gdyż są rozrzucone na dużej przestrzeni. Według informacji
umieszczonej na głównym parkingu 17-milowa pętla drogi gruntowej przechodzącej
obok najciekawszych miejsc powinna być przejezdna dla wszystkich samochodów
osobowych. Nie poleca się jej jednak dla kabrioletów. Po jej przebyciu
zrozumieliśmy dlaczego. Wychodząc z auta trzeba było dobrze zapamiętać, gdzie
je zostawiamy, gdyż przyjęło zabarwienie okolicznego piasku. "Monument Valley"
bywa nazywane westernowym Hollywood, z uwagi na typowe dla tego gatunku
scenerie. Nam również udało się zobaczyć na planie cowboy-ów, Indian i wozy
osadników.
Po południu zwiedzamy znajdujący się już w
Arizonie park narodowy "Petrified Forest", którego głównymi atrakcjami są:
pustynia "Painted Desert" (zmieniająca swe zabarwienie w zależności od pory
dnia) oraz skamieniały las, od którego park bierze swą nazwę.
Decydujemy się na nocny przejazd na południe stanu, niemal aż do granicy
z Meksykiem, do Tucson. Naszym celem są kaktusy "saguaro", z których mnogości
słynie ten region. Śpimy w samochodzie w sercu parku narodowego "Saguaro",
jedynego do którego wstęp jest bezpłatny. Nareszcie jest ciepło.
28 maja 1999
Pobudka w kaktusowym gaju robi niesamowite wrażenie. Co chwilę stajemy
aby zrobić sobie zdjęcie z kaktusami o najdziwniejszych kształtach. Wymyślamy
nawet dla nich nazwy. Dochodzą one do kilkunastu metrów wysokości. Mają po
kilkanaście odnóg ("kończyn"). Niektóre z nich (mające po dwie "kończyny")
przypominają kształtem człowieka. Dlatego też saguaro nazywa się tutaj
cowboy-ami pustyni.
W
centrum turystycznym dowiadujemy się, że dodatkową atrakcją parku "Saguaro"
jest "Desert Museum" (8,95 USD od osoby). Jest to połączenie ogrodu
zoologicznego z botanicznym. Zwierzęta są jednak bardziej dostępne dla
zwiedzających poprzez zastosowanie specjalnych szyb, przejść i tuneli. Można
np. oglądać świstaki baraszkujące na powierzchni ziemi, a gdy spłoszone
schowają się pod ziemię, zejść do tunelu i oglądać ich życie w norce. Podobnie
wydrę możemy obserwować znad i spod wody. Flora to przede wszystkich, co
zrozumiałe, kaktusy. Jedne ogrody przedstawiają różne ich rodzaje, inne z kolei
poszczególne fazy ich rozwoju (od
kaktusianego niemowlaka do emeryta). Dzięki naocznej lekturze łatwiej było nam
potem odnajdować ich osobliwości na terenie parku.
W ten
dzień odwiedzamy jeszcze katolicką misję "San Xavier", leżącą na południowym
krańcu Tucson. Tu już nic nie przypomina Ameryki, tylko Meksyk. Nawet
odległości na południe od centrum Tucson podawane są już w kilometrach (na
autostradzie też). Chciałoby się pojechać jeszcze dalej kilkadziesiąt mil do
granicy. Coś musi jednak zostać na następny raz, a w USA czeka nas przecież
jeszcze tyle cudownych miejsc.
Decydujemy się na nocleg podjechać jak najbliżej Wielkiego Kanionu, aby
następnego dnia go zwiedzić. Cała droga wiedzie autostradą. Pokonanie więc 300
mil to "zaledwie" 3,5 godziny jazdy. Późnym wieczorem docieramy do Flagstaff,
gdzie na campingu śpimy 2 noce (19,69 USD za noc). Jest to chyba najlepiej
zorganizowany i zaopatrzony camping, na którym nocowaliśmy, ale też
zbiurokratyzowany aż do przesady. Gdy następnego dnia rano poszedłem przedłużyć
pobyt, okazało się, że dobrze zrobiłem, idąc tak wcześnie. Nasze miejsce mogło
być zarezerwowane telefonicznie dla kogoś, kto co prawda przyjedzie dopiero
wieczorem, ale nie będzie już możliwości zmiany jego rezerwacji. Mimo że połowa
miejsc będzie wolna, to ja będę musiał złożyć namiot i ... rozbić go np. 5
metrów dalej.
29 maja 1999
Cały
dzień zarezerwowaliśmy na Wielki Kanion. Po dwóch dniach wyczerpującej jazdy
długo się zbieramy. Docieramy do parku dopiero około południa. Wielki Kanion to
nie tylko rozpadlisko ale także olbrzymie przedsiębiorstwo turystyczne. Centrum
południowej krawędzi stanowi wioska Grand Canyon Village. Trzeba zostawić w
niej samochód. Parkingów jest mało, więc auta stoją gdzie popadnie. Poruszać
się po parku można albo piechotą, albo często kursującymi wzdłuż krawędzi
kanionu bezpłatnymi autobusami. Decydujemy się dojechać do końca i wrócić
ścieżką. Na przystanku czeka długi ogonek ludzi. No tak, dziś jest sobota. Zdyscyplinowanie
Amerykanów daje jednak efekty i po godzinie siedzimy już w autobusie. Z mapy
wynika, że nie powinniśmy mieć problemów, idąc z wózkiem. Rzeczywistość okazuje
się jednak inna. Przy mocno nadwyrężonych mięśniach przy przenoszeniu wózka
niemal nad samą przepaścią decydujemy się również drogę powrotną częściowo
pokonać autobusem, robiąc co jakiś czas wypady do krawędzi.
Byliśmy nastawieni na to, że widok kanionu rzuci nas od razu na kolana.
Nic takiego jednak się nie stało. Pierwszy raz zobaczyliśmy go z tarasu hotelu
w wiosce. Gwar, hałas, mnóstwo ludzi. Nie tego się spodziewaliśmy. Poza tym,
gdzie jest rzeka Kolorado? Z wioski nie widać dna kanionu. Dopiero, gdy
obserwuje się go w ciszy i to z miejsca gdzie widać rzekę, robi ogromne wrażenie.
Niesamowita gra kolorów. Urwiska i strome skały gdziekolwiek okiem sięgnąć.
Ponoć prawdę o kanionie można poznać
dopiero schodząc na jego dno. Jest to jednak wycieczka minimum na dwa dni.
Można ułatwić sobie zadanie, odbywając podróż na osiołku, którego dobór odbywa
się przez ważenie pasażera na specjalnej wadze.
30 maja 1999
Niedzielę zaczynamy mszą, po której znów załapujemy się na śniadanko.
Opuszczamy Flagstaff, udając się na północ w kierunku Utah. Po drodze zbaczamy
do rezerwatów: "Sunset Crater" i "Wupatki". Pierwszy prezentuje skutki
działalności wulkanicznej, oferując miedzy innymi spacery po lawie. Drugi
umożliwia zwiedzenie ruin osad Indian, którzy przywędrowali na te ziemie
zwabieni żyzną powulkaniczną ziemią. Rezerwat ten nie zapisze się jednak
pozytywnie w naszej pamięci. Choć nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Każde doświadczenie, nawet złe, czegoś nas przecież uczy. Najpierw złapaliśmy
gumę. Ale sprawdziło się przysłowie, że prawdziwego przyjaciela poznaje się w
biedzie. Kilku ludzi pospieszyło nam zaraz z pomocą, prześcigając się w
możliwościach jej udzielenia. Problem więc szybko zażegnaliśmy. Potem przy
jednej z osad zostawiliśmy śpiące dziecko w samochodzie i szybko "oblecieliśmy"
ruiny. Wracając, już z daleka zobaczyliśmy kręcących się koło naszego auta
strażników. Drzwi otwarte, dziecko płacze. Okazało się, że ktoś "usłużny"
zaalarmował straż, że w jakimś samochodzie zostało pozostawione dziecko.
Musieliśmy poczekać na szefa straży, który przez pół godziny umoralniał nas i
wzbudzał ogromne poczucie winy. Zagroził 500-dolarowym mandatem, a nawet
umieszczeniem dziecka w sierocińcu do czasu wyjaśnienia sprawy. Ale ponieważ
zdarzyło nam się to pierwszy, i ... ostatni, raz, więc skończyło się na ustnej
reprymendzie. Potem dowiedzieliśmy się, że na punkcie dzieci Amerykanie są
naprawdę bardzo czuli, i że mówione przez strażnika słowa wcale nie musiały być
bez pokrycia.
W
dalszej drodze ku Utah dojechaliśmy do mostu nad Kolorado (aż dziw, że taka
mała rzeczka mogła mieć kiedyś tak rozległe koryto), skąd po dalszych
kilkunastu kilometrach dotarliśmy aż do jej koryta w miejscu, gdzie ponad sto
lat temu odbywała się przeprawa promowa. Wjeżdżamy ponownie, teraz już na
dłużej, do Utah, bodaj najpiękniejszego stanu.
31 maja 1999
Przed
południem zwiedzamy park "Zion", jakże inny od pozostałych. Mnóstwo tu zieleni,
która wraz ze skałami i wodospadami sprawia wrażenie, jakby tak właśnie miał
wyglądać raj. Park ten chyba najbardziej przypomina polskie parki narodowe.
Mnóstwo łatwych szlaków, ale i dużo ludzi.
Popołudnie spędzamy w parku "Bryce Canyon". Atrakcją są różnokolorowe
formy skalne zbudowane z miękkich skał. Widziane z góry dają wrażenie miasta z
wieloma wieżami. Decydujemy się na dwugodzinne zejście w dół, aby przyjrzeć się
im z bliska. Szlak kluczy niczym w labiryncie, przebijając się co jakiś czas
naturalnymi mostkami. Z powrotem, za namową napotkanych turystów, wracamy
ogromnym fantastycznym wąwozem, w którym ścieżka zygzakiem pnie się stromo w górę.
W parku tym przekonaliśmy się, jak ważne są przemyślane zakupy i że niska cena
powinna zastanawiać, nawet w USA. "Wypstrykaliśmy" cały film kupiony okazyjnie.
Po wywołaniu okazało się, że zdjęcia wyszły bardzo dobrze, ale ...
czarno-białe. Ucieszeni niską ceną filmu nie zauważyliśmy napisu "black and
white".
Nocujemy w oryginalnym indiańskim "tee-pee" za 22,89 USD (tylko 5 USD
więcej niż w swoim namiocie).
1 czerwca 1999
Dużo
czasu zajmuje nam dojazd krętymi drogami do parku "Capitol Reef". Swoją nazwę
zawdzięcza on skale przypominającej wyglądem Kapitol w Waszyngtonie. Wąska
nieutwardzona droga w parku wije się wśród wysokich skał, dając możliwość
zabawy, w którą stronę będzie następny zakręt. Większa jej część jest jednak
dostępna wyłącznie dla jeepów. Na końcu drogi ogólnodostępnej rozpoczyna się,
nie mający chyba końca, łatwy szlak w głąb wysokiego wąwozu. Wrażenie
niesamowite. Zdaje się, że oba krańce wkrótce się zejdą ale robisz skręt i znów
długa prosta do następnego zakrętu.
2 czerwca 1999
Na
dzisiaj zaplanowaliśmy wzorcowy park Utah - "Arches". Skała o nazwie "Delikatny
Łuk" ("Delicious Arch") jest symbolem stanu umieszczonym w jego herbie. Cały
park to mnóstwo form skalnych w kształcie okien i łuków. Niestety, zwiedzamy
tylko cząstkę, zaskoczeni przez burzę połączoną z ulewą i gradem. Decydujemy
się więc na dłuższy przejazd i dotarcie do stolicy Utah - Salt Lake City.
Miasto
to jest światową stolicą Mormonów. Zwiedzamy z zewnątrz cały kompleks. Przy
jednej ze świątyń zostajemy zaczepieni przez mormońskie misjonarki. Jedna z
nich jest Węgierką. Uszczęśliwiona spotkaniem z "bratankami" oprowadza nas po
całym centrum, włączając również polskie tłumaczenia modlitw. Nie możemy
zwiedzić jedynie najważniejszej ze świątyń, do której wstęp mają jedynie
najznamienitsi wyznawcy tej religii.
3 czerwca 1999
Na
campingu położonym ok. 60 mil na północ od Salt Lake City dowiadujemy się, że w
pobliżu znajduje się miejsce, w którym w 1869 r. połączyły się tory kolei
budowanej od Wschodu i z Zachodu. Bez wahania decydujemy się zboczyć 50 mil. W
parku "Golden Spike" stoją dziś dwie oryginalne lokomotywy parowe,
konkurencyjnych wówczas firm, w pełnej gotowości buchające ogniem i parą. Od
strażniczki dowiedzieliśmy się, że możemy je zobaczyć. Dwa razy nie trzeba było
nam powtarzać. W mig wdrapaliśmy się na nie i czuliśmy się jak maszyniści.
Zrozumieliśmy ją jednak zbyt dosłownie. Owszem, można było je zobaczyć, ale ze
znajdujących się za nimi podestów, o czym uprzejmie nas po chwili
poinformowała, prosząc o opuszczenie eksponatów. Ale tego co zobaczyliśmy i
odczuliśmy nikt nam już nie mógł zabrać.
Tego
dnia naszym celem był przejazd przez stan Idaho jak najbliżej parku
"Yellowstone". Po drodze zatrzymaliśmy się jednak w ZOO-Safari. Za 17 USD od
samochodu mogliśmy bez końca krążyć wśród bizonów, reniferów, ale i niedźwiedzi
grizzly. Jeden z nich bardzo zainteresował się naszym autem. Był już chyba
jednak po lunchu, bo skończyło się tylko na dokładnym obwąchaniu. Innym razem
zostaliśmy zaatakowani przez indyki, które weszły nam pod auto. Długo staliśmy,
licząc czy wszystkie już spod niego wyszły. Przejażdżki po parku można było
przerywać wizytą u małych grizzly, które baraszkowały jak prawdziwe bobasy. Dla
dzieci dodatkową atrakcją było głaskanie małej kozy.
Śpimy
w komfortowym domku campingowym za 48,15 USD, ok. 40 mil od "Yellowstone",
nastawieni po lekturze przewodników, że im bliżej parku tym drożej. W takich
warunkach udaje nam się w końcu wypisać pocztówki.
4 czerwca 1999
Budzi
nas cudowna pogoda. Po drodze wysyłamy kartki (znaczek do Europy - 0,55 USD).
Wbrew lekturze, w wiosce West Yellowstone (stan Montana), leżącej u zachodniego
wejścia do parku, zauważamy reklamy oferujące pokój za 30 USD. Droga w parku
tworzy pętlę w kształcie ósemki. Od strażniczki dowiadujemy się, że jedna z
dróg jest niestety zamknięta. Czeka nas więc albo powrót tą samą drogą, albo
rezygnacja z części parku. Zobaczymy. Zaraz po wjeździe zauważamy w oddali
bizony. Pstrykamy chyba z pół filmu. Potem okazało się, że bizony normalnie
spacerowały po drogach, ustawiając się wręcz do obiektywów. Decydujemy się
najpierw przejechać pętlą południową, przy której zgromadzone są największe
atrakcje - gejzery. Wśród nich poprowadzone są wygodne podestowe chodniki. Ma
się wrażenie jakby gejzery miały połączenie z piekłem. Wszystko gotuje się,
syczy. Nawet córeczka nauczyła się je nazywać - "bul-bul". Każdy gejzer jest
inny. Woda ma różne zabarwienie, w zależności od zawartości minerałów lub
flory. Także kształty są różne. Jedne wyglądają jak jeziorka, inne jak stożki
wulkanów. Najciekawszy jest jednak wybuch gejzeru. Trzeba mieć szczęście, aby
zobaczyć wysoką erupcję. Niektóre wybuchają tylko kilka razy w roku, inne kilka
razy dziennie. Najpopularniejszy - "Old Faithful" wybucha średnio co 75 minut.
Czas jego erupcji jest podawany w centrum turystycznym, toteż co godzinę
zbierają się wokół niego tłumy. Gejzer potrafi jednak płatać figle. W
planowanym terminie zaczął tylko głośno pomrukiwać, niemrawo wyrzucając trochę
wody. Dopiero po kwadransie, gdy ludzie zaczęli się już rozchodzić, wybuchnął.
Była to niewątpliwie nagroda za wytrwałość. Wieczorem próbowaliśmy, wraz z
innymi fotosnajperami, zaczaić się na wychodzące do wodopojów misie. Myśleliśmy,
że jest to ich codzienny rytuał. Jednak podsłuchawszy rozmowę ludzi, mających
nadzieję, że może w końcu tym razem ich tygodniowa cierpliwość zostanie
nagrodzona, rezygnujemy. Tym razem nie jesteśmy wytrwali. Tym bardziej, że
pogoda się psuje, zaczyna padać i musimy znaleźć na nocleg inne miejsce niż
pole namiotowe. Tym razem okazuje się nim motel. Czyściutki pokój z łazienką i
darmową kawą rano kosztuje nas 37,80 USD. Nie udało nam się zwiedzić całego
"Yellowstone". Tu przewodnik ma rację, że potrzeba na niego minimum dwóch dni.
Dobrze jednak, że byliśmy w piątek. Jutro byłoby tam pewnie zatrzęsienie
turystów, co bardzo spowolniłoby poruszanie się po wąskiej drodze.
5 czerwca 1999
Cały
dzień leje. Wykorzystujemy go więc na przejazd 400 mil do Południowej
Dakoty. Zatrzymujemy się na campingu w
Custer po długich poszukiwaniach noclegu. Spowodowane jest to planowanym na
następny dzień festynem.
6 czerwca 1999
Zaczynamy od mszy. Tym razem nie ma śniadanka, bo parafia jest tylko
katolicka. Zatrzymujemy się więc po drodze i za 1,99 USD serwujemy sobie
jajecznicę z nieograniczonym limitem napojów zimnych i gorących. Naszym głównym
celem jest pomnik legendarnego wodza Siuksów - Szalonego Konia ("Crazy Horse"),
którego budowę rozpoczął ponad pół wieku temu nasz rodak Korczak Ziółkowski.
Zakończenie inwestycji przewiduje się za ok. 60 lat. Wstęp do rezerwatu
kosztuje nas 7 USD od osoby. Kasjer pyta nas, czy zamierzamy zdobywać górę. Nie
wiedzieliśmy o co mu dokładnie chodzi, więc aby nie skasował nas więcej
odpowiadamy, że nie. Była to zła odpowiedź. Okazało się, że rzeźbę można zwykle
oglądać z daleka, z oddalonego o ok. 4 km centrum turystycznego. Ale raz w
roku, w pierwszą niedzielę czerwca, można podejść aż pod samą głowę Szalonego
Konia. Uczestnicy marszu nie muszą wówczas płacić za wstęp, a każdy dostaje
specjalne potwierdzenie. O dziwo, przy wyjeździe, po jego okazaniu, dostajemy z
powrotem 14 USD. Na terenie centrum turystycznego funkcjonuje darmowa kawiarnia
z kawą i herbatą.
Pomysł
na pomnik Szalonego Konia powstał pod wpływem innej monumentalnej skalnej
rzeźby - Góry Prezydentów ("Mount Rushmore"), oddalonej zaledwie o 30 minut
jazdy. Po drodze, w "Custer State Park" udaje nam się zobaczyć muflony.
Przy
ponownym przejeździe przez Custer odwiedzamy miasteczko jaskiniowców
"Flinstone" (5,50 USD za osobę), zbudowane na podstawie popularnej kreskówki.
Nie wiem kto miał większą frajdę: dzieci, czy rodzice. Domki jak z bajki. Można
też pojeździć pojazdem jaskiniowym, kolejką, a także spotkać Freda i Barney-a.
Wieczorem dojeżdżamy do kolejnej góry bliskiej sercu każdego Amerykanina
- "Devil Tower", wykorzystanej w filmie "Bliskie spotkania trzeciego stopnia".
Robi ona niesamowite wrażenie. Wyrastająca jak spod ziemi idealnie pionowa,
ciemna skała stojąca na równinie. Aż nieprawdopodobne, że można ją zdobyć.
Dookoła góry na polanach żyją pieski prerii. Świszcząca łąka wygląda tak, jakby
to była istna inwazja gryzoni.
7 czerwca 1999
Odwiedzamy ostatni nasz park narodowy w USA - "Badlands". Pierwsza część
parku jest namiastką Wielkiego Kanionu. Za to druga - skupiskiem fantastycznych
form skalnych przypominających wyglądem alpejskie szczyty, jak i pustynne
ostańce. Z parku podążamy szlakiem życia Szalonego Konia, próbując odnaleźć, z
wielkim trudem, jakiekolwiek ślady. Wjeżdżając do Nebraski, zauważamy zmianę
okolicy. Zamieszkałe przez indiańską ludność miasteczka bardziej przypominają
albańskie wioski niż Amerykę.
8 czerwca 1999
Ostatni dzień na zachodzie USA. Przedpołudnie spędzamy na przepakowaniu.
Potem dojazd do Denver, oddanie auta i oczekiwanie na autobus. Tym razem musimy
dopłacić 15 USD za dodatkowy, piąty, bagaż. Odjeżdżamy ze stolicy Kolorado o
16:40. W autobusie spotykamy Polaka, który podróżował dwa tygodnie autobusami.
Opowiadał nam, że w niektórych był jedynym białym. Zresztą teraz też stanowimy
mniejszość. Najwięcej jest Meksykanów.
9 czerwca 1999
Postój w Omaha między 4:00 a 6:00 nie należy do przyjemności. Wszyscy muszą bezwzględnie opuścić autobus. Próbujemy wynegocjować z kierowcą, aby móc zostać w środku ze śpiącym dzieckiem. Okazuje się to niemożliwe, gdyż będzie gruntowne sprzątanie. Nie sądzę, by była to prawda. Po powrocie wszystkie leżące na podłodze śmieci zastajemy na swoim miejscu. Przed Chicago autobus staje na parkingu, i tu niespodzianka. Do środka wchodzi policja imigracyjna. Prosi wszystkich o opuszczenie autokaru oraz przedstawienie się. Pytają skąd się pochodzi i co się robi w USA. Meksykanie, nie rozumiejący nawet słowa po angielsku, odprowadzani są do policyjnych samochodów. Do Chicago dojeżdżamy więc zaledwie w parę osób.
10 czerwca 1999
Wylatujemy do Polski. Samolot jest tym razem bardziej zapełniony. Przy odprawie dowiadujemy się, że nie możemy liczyć na osobne miejsce dla dziecka. Jednak już na pokładzie uprzejme polskie stewardesy znajdują wolne miejsca i znów możemy siedzieć w trójkę obok siebie. Córka zasypia niemal zaraz po starcie i budzi się już po lądowaniu. Uff, wróciliśmy bezpiecznie do domu, ale szkoda, że już się skończyło.