Droga
do Aksaichin
Wstęp
Od kilku lat "chorowałem" na Aksaichin i zachodnią
drogę do Tybetu. Latem 1998 r. wszystko wskazywało na to, że tam pojadę. I
pojechałem. I chociaż na skutek niesprzyjających okoliczności nie udało mi się
tam dotrzeć, a moja podróż okazała się tylko "północną drogą do
Indii", to myślę, że za pomocą poniższego materiału mogę się z
czytelnikiem tej książki podzielić wrażeniami,
ale także ostrzec. Wspólnota Niepodległych Państw otrzymała w spadku po
ZSRR taki, a nie inny styl życia i poczucie estetyki. Wszechobecny głód dolara
przeplata się ze spontanicznym, przyjaznym stosunkiem do cudzoziemców. Co
prawda biurokracja i wszechobecna milicja i wojsko dają się turyście we znaki,
ale myślę, że jest to jeden z nieodłącznych filarów postsowieckiej
rzeczywistości, w której w końcu dostrzeżemy swego rodzaju egzotykę. Bardzo przydatny jest język rosyjski.
W Chinach trzeba uważać z kim i na jakie tematy rozmawiamy.
Jednak przede wszystkim należy sobie zdać sprawę, że aby w ogóle z kimś
rozmawiać, to trzeba trafić na kogoś, kto zna choćby kilka słów w języku innym
niż te, których używa się w Chinach, lub po
prostu znać kilka słów w lokalnym dialekcie, ponieważ dialekty różnią
się w zależności od regionu. Poza zachodnimi Chinami mało kto włada urzędowym
językiem mandaryńskim, a jeżeli już, to dialekty tegoż języka są różne w
różnych częściach Chin. Co prawda język ten w postaci pisanej pozostaje bez
zmian, ale jeżeli chodzi o wymowę, to potencjalna para Chińczyków pochodzących
z różnych części Chin ma nikłe szanse dojść do porozumienia.
*
Pociąg odjeżdżał parę minut po
czternastej. Grubo przed odjazdem na peronie kłębił się tłum białoruskich i
rosyjskich turystów bazarowych. Pociąg flegmatycznie wjechał na peron. U
pasażerów dało się odczuć ożywienie. Pociąg stanął. Postanowiłem, na wszelki
wypadek, zaczekać z boku, aż tłum się przerzedzi. I dobrze zrobiłem. Mianowicie
z moich analiz strategicznych wynikało, że gdybym tego nie zrobił, zostałbym
niechybnie staranowany przez tłum, a następnie dobity
kilkudziesięciokilogramowymi torbami.
Kiedy już podniecenie pasażerów,
związane z wsiadaniem do pociągu i ładowaniem bagażu przez okno, opadło,
zaryzykowałem próbę wejścia do wagonu. O ile samo wejście nie nastręczyło mi
większych problemów (nie licząc przeciśnięcia się z plecakiem przez wąskie
drzwi), to przejście po korytarzu zawalonym dwoma warstwami bagażu wrzuconego
przez okno a czekającego na ułożenie w przedziałach, okazało się fizycznie
niemożliwe.
Pociąg ruszył. Bagaż dalej zawalał
korytarz, a ja się z nim utożsamiałem, tkwiąc w przejściu z plecakiem na
plecach. Następna stacja - Warszawa Wschodnia. Następne partie bagażu zostały
wrzucone przez okno, ich właściciele zapełnili korytarz...
Jakąś godzinę później zapakowałem się do
przedziału. Moich współpasażerem okazał się być Rosjanin, profesor Politechniki
Częstochowskiej. Odniosłem wrażenie, że facet dystansuje się od reszty swoich
współziomków. A tak w ogóle, to był jakiś dziwny...
Polska odprawa paszportowa przebiegła
szybko i sprawnie. Podobnie celnicy - chodzili i pytali cudzoziemców, czy
mieszczą się w dopuszczalnym limicie wywożonych pieniędzy.
Pociąg ruszył powoli. Stojąc przy oknie
na korytarzu, żegnałem się z Rzeczpospolitą. Minęliśmy most na Bugu. Pociąg
przejechał przez przypominającą bramę stalową konstrukcję z napisem MIR. Po
"dachu" bramy przechadzał się uzbrojony po zęby białoruski żołnierz. To się
nazywa "rozumienie pokoju przez prezydenta Łukaszenkę".
*
-
A wy za cziem w SNG? - zapytał białoruski pogranicznik i nie
czekając na odpowiedź dopytywał się - Vauczier, prigłaszienie?
-
Tranzyt - odparłem i zamarłem w oczekiwaniu na problem,
który on teraz wymyśli.
Przez dłuższą chwilę oglądał mój
paszport, w którym po jakimś czasie znalazł chińską wizę.
-
A! Wy w Kitaj? - zagadnął, zamyślił się i dodał - Padażditie
minutku, pażausta.
Wyszedł z pociągu, zabierając mój
paszport. Ta minutka trwała dwadzieścia minut. Paszport był podbity białoruską
pieczątką z ręcznym dopiskiem T-T, co pewnie oznacza tranzyt.
Na peronie zobaczyłem tłum ludzi. Nie byli to jednak
podróżni, lecz ludzie, którzy usiłowali jakoś przeżyć, handlując wszystkim, i
niczym. Śledź owinięty w gazetę, mleko w niedomytej butelce, wódka w foliowych
woreczkach, gazety sprzed tygodnia...
Można płacić złotówkami.
Po pociągu przechadzają się śmierdzące
agentki towarzyskie. Tak na oko od piętnastu do sześćdziesięciu lat. Mają
jakieś dwie godziny, podczas których będą zmieniane podwozia z europejskich na
"89 milimetrów od Europy".
Podszedł do mnie kolejarz i poprosił o
papierosa. Był wyraźnie wstawiony, więc zagadnąłem go:
-
A co, papierosów też na Białorusi nie macie?
-
Nie mamy - odparł dziarsko.
-
A co macie? - nie dawałem za wygraną.
-
Prezydenta Łukaszenkę....
Poczęstowałem go papierosem. Potem
zamieniliśmy jeszcze parę słów. Kiedy już sobie poszedł zacząłem się
zastanawiać: coście uczynili z tą krainą?
*
Obudziłem się nad ranem. Pociąg pędził
w stronę Moskwy. Po wagonie przechadzali się rosyjscy policjanci - liczyli
przedziały (czy aby po drodze jakiegoś nie ukradli).
*
Moskwa. Dworzec Białoruski. Olbrzymi
tłum wylewa się z pociągu. Na peronie tłumy witających, mafii taksówkowej,
bagażowych, żebraków, milicjantów...
Przedzieram się przez długi peron,
balansując między chętnymi do zawiezienia mnie na Plac Czerwony za okazyjną
cenę 100 baksów.
Tak się zastanawiam - w Rosji słowo
"baks" jest używane częściej niż w Stanach.
Było południe. Do przesiadki miałem równe dwanaście godzin.
To wystarczy, żeby wykombinować sobie bilet do Biszkeku i zobaczyć kawałek
Moskwy.
W przechowalni bagażu z ulgą zrzuciłem
plecak. Nie ufam skrzynkom samoobsługowym, dzięki czemu za usługę zapłaciłem 2
dolary, czyli cztery razy więcej niż za skrytkę.
Na piętrze znajdują się kasy biletowe
sąsiadujące z kilkoma biurami podróży specjalizującymi się w wystawianiu
vaucherów do Polski. Bilet do Biszkeku kosztował 890 rubli. Trochę przeceniłem
swoje możliwości finansowe. Wcześniej wymieniłem 20 dolarów na drobne wydatki,
mając nadzieję, że za bilet zapłacę w dolarach. Żądana kwota stanowiła
równowartość 148 dolarów, a w gotówce posiadałem zaledwie kilkadziesiąt. No
cóż, do niedawna bilet na tej trasie kosztował 70 dolarów, ale po umożliwieniu
cudzoziemcom płacenia za bilety w rublach, ceny dla miejscowych i dla "białych"
zostały zrównane i przy okazji podniesione.
Trzeba było poszukać banku, który wymieni czeki podróżnicze,
lub bankomatu. Poszedłem więc główną ulicą Moskwy w kierunku Placu Czerwonego.
Powoli oddawałem się urokom niesamowicie szerokiej ulicy Twierskiej, przy
której swoje siedziby mają najdroższe sieci sklepów.
Znalazłem się pod olbrzymim hotelem
Intourist. Jak Intourist, to bilety - pomyślałem, wspominając stary,
socjalistyczny porządek, w którym innostrańcy mieli być obsługiwani przez
jedno, najbardziej prestiżowe biuro. Oczywiście bilety były, z tym, że
oczywiście za ruble. Ale spotkało mnie miłe zaskoczenie. Intourist sprzedawał
kupenne bilety do Biszkeku za jedyne 740 rubli, czyli o 25 dolarów taniej. No
cóż, rzeczywiście trudno jest przewidzieć poczynania Rosjan.
W hotelu znajdował się bankomat, z
którego z ulgą skorzystałem. I tu znowu spotkało mnie zaskoczenie - bankomat
wypłaca gotówkę zarówno w rublach, jak i w dolarach
Z biletem w kieszeni skierowałem się
prosto na Plac Czerwony. Przechodząc przez bramę wejściową, miałem jakieś
dziwne uczucie, że oto ja kieruję się zdecydowanym krokiem na najsłynniejszy
(nie licząc Tienanmen) plac na świecie. Nieco wybrzuszona powierzchnia placu, z
Kremlem po prawej i z bajeczną Cerkwią Vasylija Błażennowo na wprost, robi na
oglądającym go po raz pierwszy ogromne wrażenie. Po samym placu przechadzają
się nieliczni turyści (najczęściej kilkuosobowe delegacje z zaprzyjaźnionej
Chińskiej Republiki Ludowej) oraz młode Rosjanki szczycące się doskonałą
znajomością języków obcych, a co za tym idzie, proponujące swoje usługi jako
przewodniczki po Placu Czerwonym i Kremlu.
Bilety wstępu, tak do Cerkwi, jak i na
sam Kreml, kosztowały 4 dolary. Jeśli mam być szczery, chodzenie po muzeach
nieco mnie nudzi, dlatego ową sumę postanowiłem przeznaczyć na jedzenie. Mimo
że zwiedzałem Moskwę zaopatrzony tylko w czarną torbę typu "jamnik", wypełnioną
prowiantem i dwoma butelkami wody mineralnej, odczuwałem potrzebę napicia się
kawy i zjedzenia czegoś ciepłego.
Z początku wydawało się, że Moskwa
rzeczywiście mnie przerasta. Znalazłem jakąś knajpkę i nauczony doświadczeniem
zagadnąłem przy wejściu:
-
Izwinitie pażausta, skolka stoit kofe?
-
Sto baksów - odpowiedziała kelnerka.
-
Skolka???????????????? - wyjąkałem z niedowierzaniem.
-
Da - potwierdziła i jakby dla upewnienia mnie dodała - kofe stoit sto baksów, a czai stoit
piatdiesiat.
Cholera, że też musiałem trafić na
mafijną knajpę. Ale innych nie było
Przy wejściu do Parku Puszkina
znalazłem kilka knajpek z ogródkami, w których wysiadywali senegalscy studenci.
Nie powinno być tak źle - pomyślałem i po zapoznaniu się z ceną (1 dolar)
otrzymałem mocną Lavazzę w maleńkiej, naprawdę maleńkiej, plastikowej
filiżaneczce.
Hmm, patrząc na cenę kawy i wielkość filiżanki pomyślałem,
że równie dobrze mógłbym się napić kawy w Paryżu. Ale Moskwa po pierestrojce
należy przecież do najdroższych miast świata. Niby ludzie zarabiają po
kilkanaście dolarów miesięcznie (o ile zakład pracy prosperuje na tyle dobrze,
że wypłaca ludziom pobory), a jednak na ulicach pełno jest luksusowych
samochodów, dresiarzy i biznesmenów w świetnie skrojonych i wartych pewnie
kilkaset - kilka tysięcy dolarów garniturach, posiadaczy telefonów komórkowych
i złotych kart kredytowych...
Po pięciu godzinach włóczenia się po mieście, postanowiłem wrócić na Dworzec Białoruski, zabrać
bagaż i przenieść się na Dworzec Kazański. Zaryzykowałem powrót metrem.
Aby skorzystać z metra (w tym przypadku) należy wykupić
żeton za 2 ruble, później wrzucić ten żeton do "masziny", przejść przez
otwierającą się na moment bramkę i ... pozostaje tylko kwestia dostania się na
peron. Tutaj sytuacja staje się bardziej ciekawa, gdyż musimy skorzystać ze
schodów ruchomych, którymi jazda trwa 1-2 minuty. Jest to czas o tyle długi, że
schody te pędzą w tempie kilkakrotnie większym niż te, do których jesteśmy
przyzwyczajeni (kilka metrów na Centralnym w Warszawie, kilka metrów w
Katowicach...). Jednak największym problemem, biorąc pod uwagę tempo pracy
schodów (milczeniem pomijam głośność pracy urządzenia), jest trafienie sobie na
schody tak, aby nie postradać uzębienia przy ewentualnym upadku. Na dole jest
budka, w której siedzi kobieta licząca pasażerów (zapewne czy liczba wchodzących na schody zgadza się z
liczbą tych, którzy dojechali na dół).
Trafiłem akurat na godziny szczytu, więc nie lada wyczynem
było wejście do wagonu, dogadanie się z pasażerami, co do wskazania mi stacji
"Dworzec Białoruski" tak, aby nie wszyscy podróżni wiedzieli, że jedzie z nimi
cudzoziemiec. Udało się.
Następna podróż metrem była bardziej pasjonująca, bowiem
trasa interesującej mnie akurat linii metra przebiegała "na okrągło" wokół
moskiewskiego centrum. I w tym przypadku znalazłem życzliwe osoby, które
pomogły mi się wydostać z wagonu na odpowiedniej stacji i bezinteresownie
odprowadziły do przechowalni bagażu.
A w przechowalni celebracja Mistrzostw Świata w Piłce
Nożnej... Ktoś strzelił bramkę, czyli ktoś prowadzi, a co za tym idzie - ktoś
przegrywa. Każdy powód jest dobry, żeby się napić.
Przez parę godzin włóczyłem się po "zacisznej" okolicy
dworca, będąc kilkakrotnie sprawdzanym przez patrole milicji. Szczerze mówiąc,
gdyby nie ogromne jej zastępy, pewnie siedziałbym gdzieś na Kazańskim i trząsł
się ze strachu przed potencjalnymi żulami. Chociaż z moskiewską milicją też nie
jest taka prosta sprawa. Chłopaki zaczepiają wszystkich, którzy nie wyglądają
na "moskiewskich", a zwłaszcza posiadaczy kaukaskiego typu urody, i sprawdzają
delikwentom paszporty (rosyjski dowód osobisty także nazywa się paszportem) w
poszukiwaniu adnotacji o zameldowaniu w Moskwie. Taka adnotacja jest
obowiązkowa w przypadku pobytu dłuższego niż 48 godzin. Zresztą na całym
obszarze WNP urzędnicy i milicja mają fioła na punkcie meldunków (o czym
napiszę w części dotyczącej Kirgizji i Kazachstanu).
Niedawno przeczytałem książkę "Podróże po Rosji". Jest to
wywiad z Polakiem prowadzącym interesy na wschodzie. Autor opisuje milicję,
między innymi z Dworca Białoruskiego, jako łapówkarzy i naciągaczy, a nierzadko
jako chuliganów. Jestem pewien, że gdyby książka ta wpadła mi w ręce przed
odwiedzeniem Moskwy, mój pobyt w tym mieście byłby bardziej stresujący.
Wracając do Dworca Kazańskiego - odchodzą stamtąd wszystkie
pociągi dalekobieżne jadące na wschód od stolicy. A więc okolica wręcz roi się
od prawdziwej mozaiki narodów. Na perony wchodzi się z wielkiego placu -
poczekalni, który podobnie jak same perony, znajduje się pod olbrzymim
zadaszeniem. Na tymże placu kłębią się tłumy, których narodowość zależy od
kierunków pociągów, które odjeżdżają w ciągu najbliższych dwóch - trzech
godzin. Przeważają jednak olbrzymie ilości bagażu. Ja, ze swoim plecakiem,
wzbudzałem nie lada zainteresowanie, zważając na fakt, że na jednego
statystycznego podróżnego w tych krajach przypada po 150 kg bagażu na jedną
podróż. Nie ma znaczenia fakt, że podróżny może bez dodatkowych opłat przewieźć
20-30 kg bagażu podręcznego.
Myślę także, że żadnego znaczenia nie ma fakt, iż niewielu z
nich posiada bilety. To proste, kiedy podjeżdża pociąg, każda grupa wysyła
swojego delegata do konduktora, który (za "niewielką opłatą") zawsze znajdzie
jakieś miejsca. Bywa jednak, że chętnych jest więcej niż miejsc, a każdy chce
jechać komfortowo, to znaczy tak, aby
"nie swoi" nie mieli możliwości spoglądania na bagaż i zastanawiania
się, co tam jest. W takich wypadkach konduktor zarządza... licytację - jedzie
ten, kto da więcej.
*
Obudziłem się wcześnie. Pociąg mknął gdzieś po bezkresnych
krajobrazach Rosji. Moi współtowarzysze podróży jeszcze smacznie spali. No cóż,
oni są bardziej ode mnie przyzwyczajeni do podróży sowieckimi pociągami...
Jeszcze przed zaśnięciem, zanim wpakowałem bagaż do skrzyni
(która, nakryta materacem, spełniała rolę miejsca do leżenia), dowiedziałem
się, że starszy pan jest weteranem drugiej wojny światowej i jedzie odwiedzić
wnuczkę mieszkającą w Biszkeku, natomiast młodszy pan okazał się być kazachskim
stróżem prawa wracającym ze szkolenia w Moskwie.
*
Pociąg pędził z zawrotną, jak na tutejsze warunki,
prędkością. Obudziłem się o siódmej rano. Moi współpasażerowie wciąż spali. Na
stoliku rozłożyłem sobie zestaw śniadaniowy składający się z drożdżówek i
coca-coli. Jadłem w milczeniu, patrząc w okno, za którym przesuwał się
monotonny (tak mi się wtedy zdawało) krajobraz. Las, las i jeszcze raz las.
Wyszedłem na korytarz, przysiadłem na szerokim parapecie okna przy ubikacji i przez
otwarte okno wdychałem zapach rosyjskiego lasu.
Pociąg przystawał co kilka godzin na małych stacyjkach.
Rosyjska prowincja. Na każdym przystanku wsiadali ludzie usiłujący coś sprzedać
- od wody w plastikowych butelkach, poprzez chleb, telewizory Sony do samochodu
Wołga (tego ostatniego nie mieli przy sobie).
Ceny w pociągu raczej "moskiewskie" - woda 5 rb, chleb 2 rb,
telewizor 1000 baksów
W wagonie był samowar, z prawem do bezpłatnego korzystania z
wrzątku. Herbatę każdy miał ze sobą. Ja wprawiałem otoczenie w zachwyt,
korzystając z herbat ekspresowych. Były to najtańsze z dostępnych w Polsce herbat, więc smak napoju pozostawiał wiele
do życzenia. Ci, których spotkał zaszczyt spróbowania mojej herbatki, kiwali tylko
głową mówiąc, że herbata ekspresowa jest na tyle dobrym wynalazkiem, że smak
nie ma większego znaczenia.
Popołudniu pociąg dotarł do Wołgi, jadąc przez dłuższy czas
wzdłuż jej brzegu. Z perspektywy pasażera wydawało się, że to nie rzeka, lecz
jezioro. Z czasem jednak rozlewisko zaczęło się zwężać, co zwiastowało
pojawienie się możliwości przeprawy na drugi brzeg. Rzeczywiście, jadąc przez
most wrażenie "jeziora" potęgują małe wysepki chaotycznie porozmieszczane na
szerokiej rzece.
Pierwsza większa stacja. Długie oczekiwanie na zmianę lokomotywy
(zmiana kierunku jazdy), podczas którego pociąg przeżył prawdziwe oblężenie
chętnych do podróży (chyba nikt nie miał wykupionego biletu) i handlarzy wodą,
chlebem, papierosami, skarpetkami, telewizorami i oczywiście samochodami.
*
Rano zza okna przywitał mnie kazachski step, po którym raz
po raz przechadzały się wielbłądy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie
fakt, że były to pierwsze wielbłądy, jakie widziałem poza zoo. Znudzony
kilkugodzinnym patrzeniem w step postanowiłem się nieco zdrzemnąć. Nie było to
łatwe, bowiem przy 40°C na zewnątrz i trudno otwieranymi oknami w wagonie, wilgotność powietrza w
pociągu sprawiała, że nie bardzo było czym oddychać.
Po kilku godzinach obudziłem się zlany potem. Za oknem wciąż
królował step. W krajobrazie zmieniło się tyle, że w odległości 20-30 metrów od
torów pojawiły się płoty. Jak wytłumaczył mi jeden ze współpodróżnych, mają one
na celu zarówno zapobieganie wbieganiu na tory stepowym stworzonkom, jak i
zahamowanie nawiewania zimą śniegu.
Po następnej godzinie patrzenia na step znowu poczułem atak
senności.
Obudziłem się wieczorem. Jeszcze dobrze nie otworzyłem oczu,
a już postawiłem 10 rubli na to, że kiedy wyjrzę przez okno, zobaczę step...
Wygrałem.
Następnego dnia wśród bezkresnych stepów zaczęły pojawiać
się pojedyncze zabudowania. Z czasem było ich coraz więcej - poprzez wioski do
całkiem sporych, jakby się wydawało, miasteczek. Pociąg od czasu do czasu
przystawał na stacyjkach, co owocowało wzmożonym przepływem gotówki,
polegającym na zamianie monet 5-cio rublowych na 2 litrowe plastikowe butelki
typu PET o budzącej wątpliwości jakości plomb przy zakrętkach. Można też było
kupić ciepłą wódkę...
Wieczorem pociąg dojechał do Szymkientu. Miejscowość ta na całym obszarze byłego
Związku Radzieckiego słynie z produkcji piwa. Na peronie kłębi się tłum ludzi z
wiadrami wypełnionymi lodem, spod którego wystają szyjki butelek. Spróbowałem.
No cóż... Przypomniała mi się moja wędrówka po Ukrainie sprzed kilku lat.
Wchodziło się wtedy do "mordowni", brało się słoik, z którym należało podejść
pod szlauch i dokładnie go wypłukać - umyć. Z tak przygotowanym naczyniem
podchodziło się następnie do kasy, w której należało uiścić stosowną opłatę,
pobrać żeton, przejść kilka kroków i
zamienić tenże żeton na wlewane do słoika piwo. Nie chodzi mi tu o sam proces
pozyskiwania piwa we wspomnianej knajpie, lecz o jego smak, którego chyba nigdy
nie zapomnę. Pamiętam, że po wypiciu wspomnianego napoju miałem pewne
wątpliwości, co do tego, czy to rzeczywiście było piwo... Podobnie było z piwem
w Szymkiencie.
*
O 330 w nocy pociąg wtoczył się na stację
"Biszkek". Na peronie, wydawałoby się niezwykły jak na tę porę tłum witających,
handlujących i dorabiających sobie jako taksówkarze.
Dogadałem się z jakimś kierowcą, który za 25 somów miał mnie
zawieźć do najtańszego ze znanych sobie hotelików. Po drodze, w jakimś czynnym
całą dobę kantorze, wymieniłem pieniądze. W końcu trafiłem do "turbazy" przy
Almaatyńskiej 60, gdzie po obudzeniu ciecia dostałem miejsce za 15 somów. Byłem
zmęczony podróżą, więc nie przeszkadzało mi to, że poprzedniego dnia
elektrownia odcięła prąd, woda była zimna, a wychodek na zewnątrz.
Rano zacząłem przygotowania do przeprawy przez Turugart.
Według przewodników i zasłyszanych opowieści nie wydawało się to wcale takie
łatwe.
Pierwsze kroki skierowałem do OVIRu, czyli Biura Wiz i
Rejestracji, gdzie po kilku zaledwie minutach otrzymałem stempel meldunkowy,
bez którego w sowieckich realiach ani rusz...
Co prawda urzędniczka wpisując datę, zamiast lipiec wpisała
czerwiec, ale do tego wrócę później.
Zaopatrzony w meldunek wybrałem się na ulicę Razakova, gdzie
miało się mieścić biuro podróży sprzedające bilety na autobus jadący przez
Turugart do Kaszgaru. Biuro, owszem
było, ale nieco inaczej to sobie wyobrażałem.
Na placyku przed kompleksem budynków - baraków stał autobus
na chińskich tablicach. Właściwie to dzięki niemu zorientowałem się, że jestem
na miejscu, bowiem żadnej tabliczki ani informacji nikt nie był łaskaw
przywiesić. Przed barakiem, w cieniu, siedziało (kucało) stado Chińczyków, którzy bacznie obserwowali moją
krzątaninę i na moje pytania "gawarisz pa ruskij" wybuchali głośnym (zbyt
głośnym) śmiechem. Wreszcie jeden z nich, wyróżniający się rasowo Ujgur, zabrał
mnie do "ofisu" i zaczął tłumaczyć, że nie może mi sprzedać biletu, jeżeli nie
mam oficjalnego zezwolenia władz ChRL na przekroczenie Turugart. Oczywiście on jako oficjalny przedstawiciel
CITS (państwowej chińskiej agencji podróży), mógł mi takie zezwolenie wystawić
za jedyne 250$. Grzecznie podziękowałem i z posępną miną udałem się w nieznanym
kierunku.
Po przejściu kilkuset metrów natrafiłem na ambasadę Iranu.
Zamierzałem zahaczyć o Iran podczas powrotu do Europy, ale trzy miesiące czasu,
jaki mam od daty wydania na wykorzystanie wizy, wydawały mi się
niewystarczające.
W saloniku przyjął mnie konsul zachwycony (jak zresztą każdy
Irańczyk) faktem, że cudzoziemiec niezwiązany w żaden sposób z jego krajem może
nosić perskie imię. Obsługiwała nas młoda, zawinięta w kolorowy czador,
kirgiska dziewczyna przynosząca nam mrożoną kawę z mlekiem i ciasteczka.
Konsul zapytał o moje plany dotyczące najbliższej wizyty w
Iranie, po czym zapytał, czy aby nie mam przypadkiem swojego zdjęcia
paszportowego. Owszem miałem. Ale po co?
- Proszę
przykleić to zdjęcie do wniosku, a potem go wypełnić - powiedział, a następnie,
trzymając w ręce mój paszport, oddalił się.
Kiedy skończyłem
wypełnianie wniosku, drzwi się otworzyły. Konsul przejrzał wypełniony
formularz, uśmiechnął się, z kieszeni wyjął mój paszport i życzył mi miłego
pobytu w Iranie.
Wziąłem go do ręki i z niedowierzaniem zacząłem kartkować.
Wreszcie znalazłem "cieplutką" wizę irańską.
- Nie wiem jak
panu dziękować - wyjąkałem - to jest najszybciej załatwiona wiza, z jaką miałem
do czynienia - ile płacę?
- Ależ sir, pan
mnie obraża!
*
Siedziałem w ulicznej kafejce, czytając Lonely Planet, kiedy
jak z pod ziemi wyrosła przy moim stoliku kirgiska studentka, która chciała
poćwiczyć angielski. Rozmawialiśmy o
kirgiskiej poezji. Wszystko co wiedziałem na ten temat pochodziło właśnie z LP.
Po krótkiej wymianie poglądów zaprosiła mnie na obiad do
swoich rodziców.
Oczywiście, jako ubogi turysta skorzystałem z okazji
darmowego jedzenia. Po za tym chciałem poznać styl życia tubylców.
Rodzinka, jak prawie każda przeciętna "sjemja" na wschód od
Bugu. Wizyta gościa rozpoczyna się tradycyjnie przeglądaniem rodzinnych albumów
ze zdjęciami, przy czym najbardziej dobijające dla gościa są opowieści o tym,
że ten po prawej to wujek tego po lewej, a zięć tego w środku. A ojciec tego w
środku walczył w Afganistanie, tylko że jego akurat nie ma na zdjęciach, bo
brat jego syna wyjechał do Europy i zabrał większość zdjęć. A tak w ogóle, to
najstarszy syn gospodarza (drugi od prawej) zajmuje się sprowadzaniem
samochodów z Niemiec....
Nareszcie podano do stołu. Tłuste do granic możliwości mięso
i kapusta nie budziły mojego zainteresowania, lecz mój wzrok przykuł
pięciolitrowy kanisterek napełniony czymś, co przypominało mleko. To był...
kumys!
Ludność tej części Azji wykorzystuje mleko kobyły
(oczywiście po pewnych obróbkach) jako znakomity, niskoprocentowy alkohol. Z tą
niską zawartością alkoholu to też nie jest takie proste. Piłem, piłem i nic,
ale kiedy wyszedłem na zewnątrz...
Wracając do centrum, pękł mi sandał.
Szczęście w nieszczęściu. Na chodniku siedziało (kucało) kilku ulicznych
szewców. Chwilę potem mój uszkodzony sandał był jak nowy. Mało tego, mój drugi
sandał przeszedł przegląd generalny. I znowu kogoś obraziłem, pytając o cenę. Z
szewcem umówiłem się tak: zrobimy sobie zdjęcie, a ja mu je wyślę....
*
Rano spakowałem plecak i ruszyłem na
przystanek autobusowy. Za 8 somów dojechałem miejskim autobusem do miejscowości
Gieorgijewka leżącej po kazachskiej stronie granicy. Przejście graniczne to
budynek zaopatrzony we flagi Kazachstanu i Kirgizji. Nikt nikogo nie sprawdza.
A może tylko mnie się udało, bowiem pamiętać należy, że akurat kończyły się
mistrzostwa świata we Francji i większość ludzi oglądała transmisję...
Z Gieorgijewki co godzinę odjeżdża
autobus do Ałma Aty, dokąd dociera się po 4-5 godzinach. Bilet kosztuje 120
Tengi (1,7 USD), co po zsumowaniu z kosztem przejazdu Biszkek-Gieorgijewka daje
ok. 2 USD, a więc trzy razy mniej niż bezpośredni bilet z Biszkeku do Ałma Aty.
Na jakąś godzinę przed końcem jazdy
zacząłem usilnie studiować Lonely Planet w poszukiwaniu taniego noclegu.
Znalazłem jakiś letni hotel uniwersytecki, do którego dojazd taksówką kosztował
mnie 3 dolary.
Będąc jeszcze na dworcu, wykupiłem
bilet autobusowy do Yiningu za 30 USD. Do odjazdu miałem dwa dni, które
postanowiłem spędzić na podsumowaniu dotychczasowej części mojej podróży, no i
oczywiście zobaczeniu stolicy Kazachstanu.
Ale po kolei. Hotel okazał się być
przestronnym kompleksem akademickim, z pokojami dwuosobowymi w cenie (dla
innostrańców) 4 USD. Jako że byłem sam, musiałem te 4 papiery zapłacić. Ale za
to za drugi nocleg wytargowałem cenę 2,5 USD. Pokoje, owszem, czyste, ale
łazienka na korytarzu i prysznic w piwnicy. Znośnie.
Następnego dnia ruszyłem w
kierunku miejscowego OVIRu, jednak
okazało się, że uzyskanie stempla meldunkowego jest ponad moje siły. Po
godzinie spędzonej na wykłócaniu się z urzędnikiem, postanowiłem zobaczyć
kawałek miasta. Zacząłem od Cerkwi Świętego Mikołaja, w której sprzedawana jest
woda święcona o cudownych ponoć właściwościach. Tłumy ludzi przychodzą z
butelkami po mleku, a nawet po lekarstwach i płacą te kilka tengów za porcję
cudownego płynu...
Następnym etapem mojej wycieczki po
mieście był Park Panfiłowa, z cerkwią i olbrzymim mauzoleum wdzięczności dla
Armii Czerwonej. Figura olbrzymiego żołnierza pochylającego się nad placem robi
niesamowite wrażenie.
Nieopodal parku, choć jakby na
peryferiach (żeby nie powiedzieć slumsach) znajduje się ambasada polska.
Postanowiłem tam zajrzeć z nadzieją na udostępnienie mi internetu, a co za tym
idzie, z możliwością wysłania kilku zdań do Polski. Pracownicy ambasady okazali
się niezwykle przyjaźni i ... spragnieni świeżych wieści z kraju. Od jednego z
nich dostałem wizytówkę, która pozwoliła mi zaoszczędzić masę nerwów i pieniędzy
w drodze do chińskiej granicy. Ale o tym później.
*
Autobus miał odjechać o 830,
a ja dotarłem trolejbusem na dworzec przed ósmą. Przez te pół godziny byłem
czterokrotnie sprawdzany przez milicję, która kartkowała mój paszport w
poszukiwaniu meldunku. Na szczęście tłumaczenie, że byłem w Kazachstanie tylko
dwa dni i mieszkałem w polskiej ambasadzie (dla uwiarygodnienia moich słów
pokazałem wspomnianą wcześniej wizytówkę pierwszego sekretarza ambasady)
okazało się wystarczające.
Podobnie było podczas przejazdu do
Khorgos. Kilka posterunków "przejechałem" na wizie... indyjskiej. Ale na jednym
pojawił się nowy problem. Otóż chodziło o datę na kirgiskim stemplu
meldunkowym, którą bezceremonialnie przerobiłem tak, aby "ładnie wyglądało". No
cóż, jeśli wjechałem do WNP 2 lipca, a meldunek miałem z 6 czerwca, to
chyba normalne, że za pomocą długopisu, czerwiec przerobiłem na lipiec.
Ale największa afera wybuchła na
granicy. Telefony, teleksy (do Brześcia i Biszkeku). Podczas półtorej godziny
zdążyłem kupić w sklepie wolnocłowym dwa kartony papierosów i przejść "na ty" z
połową cywilnych pracowników przejścia. Wreszcie przyszedł jakiś urzędas i
oddając mi paszport, oznajmił: wsjo w parjadku.
Autobus przejechał drogą do chińskiego
posterunku wąską, zatarasowaną ciężarówkami. I tu dopiero zaczęły się przygody.
Na początku okazało się, że wszyscy
wjeżdżający do ChRL muszą przedłożyć żółtą książeczkę z adnotacją o szczepieniu
przeciwko żółtej febrze. Ja oczywiści takiego cudu nie posiadałem. No cóż,
znowu trzeba było kombinować. Wyjąłem legitymację studencką i przedstawiłem
jako żółtą książeczkę w wersji "domestic". Uwierzyli. Co prawda przyczepili się
do słowa "studencka" i nawet podejrzewali, że to zwykła legitymacja, ale ISIC
upewnił ich, że "legitymacja studencka" to krajowy certyfikat szczepień, a ISIC
to legitymacja studencka. Proste?...
Byłem jedynym "białym" w grupie, więc
jedyny mówiący po angielsku chiski pogranicznik postanowił się mną zaopiekować.
Była to opieka w chińskim tego słowa znaczeniu. Zaczęło się od pytań typu: skąd
jesteś, co robisz na co dzień, jeżeli jesteś studentem, to skąd masz pieniądze
na podróż do Chin
Jakoś z tego wybrnąłem. Ale pytanie: co
wiesz o Chińskiej Republice Ludowej, wprawiło mnie w małe zakłopotanie. Nie
zamierzałem teoretyzować o ustroju, okupacji Tybetu i masakrze na Placu, a
temat o liczbie procentowej Chińczyków w ogólnej liczbie mieszkańców Ziemi
jakoś nie przyszedł mi na myśl. Zacząłem więc kręcić, że do mojego kraju
dociera bardzo mało informacji o Chinach i dlatego chciałbym poznać chińską
kulturę osobiście. Ale mojemu "opiekunowi" to nie wystarczyło i zapytał:
-
Ale skoro masz taaaaką wizę (na 120 dni pobytu), to musisz
wiedzieć coś więcej...
-
No cóż, słyszałem, że Chińczycy jedzą psy - wypaliłem
nieśmiało...
-
Tak - z miną pełną dumy przyznał "opiekun", po czym mocno
zaskoczony zapytał - a wy w Polsce nie jecie psów???. To co wy jecie?
-
Jemy świnki, krówki, kurczaczki i inne ptaszki...
-
Aha.
I to mu chyba wystarczyło. Zapytałem, czy mogę sobie zrobić
zdjęcie w jego czapce. O dziwo, zgodził się. Tuż po błysku flesza zauważyłem
małe zamieszanie wokół nas. Okazało się, że on nie ma nic przeciwko zdjęciom w
jego czapce, ale niestety TU nie można fotografować. Obiecał, że wywoła film na
własny koszt i odeśle mi kliszę, ale bez TEGO zdjęcia. Cóż miałem robić.
Oddałem mu film, bo przecież nie chciałem ryzykować anulowania wizy, albo
wtrącenia "opiekuna" do obozu pracy na jakieś 40 lat...
Jak się później okazało, "opiekun"
rzeczywiście przysłał mi wywołany film, ale... wywołany w procesie dla zdjęć
(C-41), a nie slajdów (E-5). W rezultacie wszystkie zdjęcia mają odcień nieco
fioletowy.... Ale oczywiście w liście przeprosił za pomyłkę i pozdrowił
wszystkich moich przyjaciół.
Jeszcze tylko rentgen bagażu, wykrywacz
metalu i
opuściłem klimatyzowany (!) budynek, wchodząc krok za krokiem coraz
głębiej w interior.
Jeszcze tylko godzinne oczekiwanie nie
wiadomo na co i autobus ruszył w kierunku Yiningu. Po pięciu minutach zatrzymał
się, aby pasażerowie mogli spokojnie wymienić pieniądze u koników, którzy
wsiedli do środka (transakcje odbywały się podczas jazdy). Był to najlepszy
kurs wymiany, z jakim zetknąłem się w czasie całego mojego pobytu w Chinach.
Do Yiningu została tylko godzina jazdy.
Autobus mijał małe wioski; obserwowałem, jak zbudowane na bazie gliny domki
wskutek ulewnego deszczu, spływały do przydrożnych rowów. Nic to, bo mniej
więcej co kilka kilometrów znajdują się "cegielnie" wypalające tysiące cegieł z
wszechobecnej gliny.
Yining. Kilka kilometrów przed miastem
autobus wjechał na kilkupasmową "autostradę". Poczułem się, jakbym wjeżdżał do
Szanghaju, albo do jakiejś innej aglomeracji w Specjalnej Strefie Ekonomicznej,
jakich we współczesnych Chinach jest wiele. Wieżowce ze szkła, luksusowe
samochody na ulicach i tysiące (miliony?) Chińczyków przemieszczających się w
nieokreślonych kierunkach.
Dworzec autobusowy. Tłum ludzi
wędrujących od kas do autobusów mijają tłumy koczujące w oczekiwaniu na
autobus. Jest wieczór. Mam nikłą
nadzieję na znalezienie autobusu do Kaszgaru, więc korzystam z propozycji
mówiących po ujgursku Kazachów, z którymi tu przyjechałem. Pomagają mi załatwić
pokój w dworcowym hotelu. Spodziewałem się jakichś trudności, spowodowanych
tym, że podobno nie wszystkie hotele przyjmują "białych". Jedynym
wolnym pokojem była "jedynka" za szokującą cenę 32 RMB. Pokój składał
się z niedomykających się, ale "fruwających" okien, nakrytej cienkim
materacem skrzynki służącej za łóżko, telewizora kolorowego z pilotem i
wejścia, w które najwidoczniej zapomniano zamontować drzwi. Recepcjonistkę,
która była tak miła i zaprowadziła mnie do pokoju, poprosiłem, aby mnie
obudziła o godzinie 6-tej. Nie było to łatwe, gdyż dziewczyna mówiła tylko po
ujgursku. Rozmawialiśmy więc na migi. Nagle ona pokazała oburącz cyfrę 10. Po
co o dziesiątej, skoro autobus mam o 9tej - zacząłem się zastanawiać i
pokazywać "szóstkę". Nie pomogło użycie kartki i długopisu. Napisałem
6, ona napisała 10 i upiększyła jakimiś krzaczkami...
Atmosfera robiła się coraz bardziej
napięta. Po godzinie dziewczyna proponowała cyfrę 8. Okazało się, że jej
chodziło o to, abym zapłacił 10 RMB kaucji za klucz do drzwi, których nie było.
Niestety, nie udało mi się jej wytłumaczyć, czego ja oczekiwałem.
Szok kulturowy. Nikt nie mówi w innym
języku niż ojczysty, zero prywatności...
Rano, bez niczyjej łaski, obudziłem się
o 5.30. Wyjrzałem przez rozpadające się okno i zobaczyłem, że wokół dworca jest
mnóstwo straganów - pieczywo, owoce, alkohol.
Wrzuciłem swoje rzeczy do skrzyni, na
której spałem, i biorąc ze sobą szczoteczkę do zębów (chciałem po drodze wpaść
do "łazienki" na poranną toaletę) wybrałem się na zakupy.
Toaleta przygnębiła mnie do tego
stopnia, że zrezygnowałem z mycia zębów..
na przydworcowym bazarze kupiłem trochę
owoców i pieczywa.
Dochodziła ósma. Kasy dworcowe otwarły
swoje podwoje dla podróżnych. Wiedziałem, że nie dogadam się w żadnym ze
znanych mi języków, więc przy okienku powiedziałem "Kaszgar" i
zamarłem w oczekiwaniu. Panienka za szybą obdarzyła mnie promiennym uśmiechem,
co zapewne znaczyło, że nie bardzo zrozumiała dokąd chcę jechać. Przypomniałem
sobie, że wiele miast ma różne nazwy, więc spróbowałem z nazwą
"Karszi". Podobnie było z "Kaszi". Wokół mnie zgromadził
się rozbawiony tłumek. Nie wiem jakim cudem, ale wreszcie udało mi się kupić
bilet do miejscowości "Hoszhor". Później, siedząc w
autobusie, do samego Kaszgaru nie byłem pewny, czy rzeczywiście tam
jadę...
Zabrałem plecak i zacząłem szukać
autobusu. Gdy już znalazłem - pojawił się problem. Musiałem własnoręcznie
umieścić plecak na dachu. Ale wcześniej musiałem udać się do obsługi dworca, w
celu zważenia bagażu. Okazało się, że
za jego przewóz na dachu musiałem zapłacić 32 RMB!
Autobus typu "hard seat",
czyli dwie deski zbite pod kątem prostym. To jest dobre w autobusie komunikacji
miejskiej. Dwa przystanki i wysiadam. Ale nie na odcinku Yining - Kaszgar - 40
godzin. Chińczycy są narodem niskim, wiec z uwagi na niewielką długość nóg (od
bioder do kolan) nie potrzebują zbyt wiele miejsca na autobusowym siedzeniu.
Ale chyba nikt nie pomyślał, że kiedyś takim autobusem będą podróżować
cudzoziemcy, np. Długonogi Więczkowski...
Tuż przed odjazdem w autobusie pojawiła się umundurowana kobieta,
bardzo "szczupła inaczej", jak na tutejsze warunki. Sprawdziła
bilety, przeliczyła pasażerów i wyszła. Autobus wyjechał z dworca i ...
zatrzymał się. Do środka wpakowało się chyba ze dwudziestu
"ponadplanowych" pasażerów, którzy opłatę za przejazd uiścili
bezpośrednio u kierowcy...
Po godzinie jazdy na drodze pojawił się
pierwszy posterunek. Jeden z żołnierzy przechadzał się po autobusie, pozwalając
każdemu z pasażerów zajrzeć do wnętrza lufy jego karabinu maszynowego, a drugi
najspokojniej w świecie sprawdzał podróżnym papiery. Gdy doszedł do mnie, wziął
do ręki paszport, popatrzył na orzełka, nieco przestraszony wybełkotał
"Amerika" i nie do końca pewien, czy wie co robi, oddał mi paszport.
Tak się zastanawiam. Zarówno w Chinach,
jak i w Iranie policja i wojsko podczas kontroli cudzoziemca ma spory orzech do
zgryzienia. Niby cudzoziemcy są źli, całe zło pochodzi z zachodu i najlepiej
byłoby ich zabić, ale przecież, jeśli rząd wydał takiemu wizę, to może
należałoby go traktować z honorami? Ale jak to? Jak można traktować z honorami
te zachodnie świnie, skoro w szkole nas uczyli, że trzeba do nich strzelać...?
Po południu autobus zatrzymał się w
jakiejś wiosce na "popas". Trochę obawiałem się lokalnych
specjalności kulinarnych, a przede wszystkim, pomny doświadczeń z Yiningu,
miałem pewien lęk polegający na kwestii dogadania się. W Krakowie jest taka
chińska knajpka. Nawet nieźle tam karmią ale... kucharz nie za dobrze mówi po
polsku i nie zawsze to, co otrzymamy jest zgodne z tym, co zamawiamy. Pewien
Chińczyk siedzący koło mnie w autobusie chwycił mnie pod rękę i zaprowadził do
stołu. Dziwny facet. Jechaliśmy obok siebie już prawie 10 godzin, a on nie
odezwał się słowem. Nie chodzi o to, że bał się rozmawiać, czy nie wiedział jak (chyba wiedział, że nijak
się nie dogadamy). Dalej milczał. Na stole pojawiły się pierożki z mięsem (nie wiem jakim, ale były dobre)
oraz lurowata zielona herbata. Od rana nic nie jadłem. Z wrażenia, przez całą
drogę nie czułem głodu. Ale pierożków
zjadłem 12, po 1 RMB za sztukę. Mój Chińczyk nie pozwolił mi zapłacić.
Jedząc obserwowałem, jak jakiś Ujgur z
czapeczką typu "Hadżdżi" szuka kogoś, kto wskazałby mu Kiblę. Po
chwili, uradowany rozłożył swój dywanik, zdjął buty (przywołał swojego wnuczka,
aby ten mu ich przypilnował) i rozpoczął cichą modlitwę.
Wsiadłem do autobusu. Chińczyk obok
mnie uśmiechał się, ale dalej nic nie mówił. Postanowiłem odwdzięczyć się za
posiłek i sprezentować mu paczkę "marlborasów". Ale się
ucieszył! Pomyślałem, że skoro on mi
zorganizował jedzenie, a ja jemu fajki, to wypada się poznać. Bez sensu.
Przecież się nie dogadamy... Nazwałem go więc Lee. Ciekawe, czy on też miał
takie problemy, a jeżeli miał, to jak mnie nazwał...
Pod wieczór autobus wjechał do wąskiego
wąwozu, w połowie którego znajdował się posterunek PSP. Do autobusu weszło 2
umundurowanych ludzi. Jeden mierzył do wszystkich z karabinu ("dziękuję,
że pozwolił mi pan zajrzeć do lufy swojego nowego karabinu"), a drugi
pobieżnie sprawdzał papiery.
Autobus zaczął piąć się w górę. Widok
zza okna stawał się z minuty na minutę coraz ciekawszy. Niestety, dość szybko
się ściemniało. Po trzech godzinach podjazdu w górę autobus stanął na
przełęczy. Na zewnątrz mgła była tak gęsta, że ludzie, którzy wyszli za
potrzebą, trzymali się blisko autobusu. Było przeraźliwie zimno.
Rano obudziły mnie wstrząsy. Po prawej
Tien Szań, po lewej Taklamakan, a pomiędzy nimi autobus żwawo pędzący po
wertepach (bo tego nie można nazwać drogą).
Monotonia krajobrazu za oknem
utrzymywała się do późnego popołudnia. Pierwsze miasto: Aksu. Niskie
zabudowania, żołnierze na ulicach, handlarze arbuzami. I dość spory jak na
potrzeby komunikacyjne miasta, dworzec autobusowy. Postanowiłem skorzystać z
toalety. Na kartce obok babci klozetowej widniała cyfra 5. Trochę dużo, ale
potrzeba była ogromna i w tych warunkach niemożliwa do wykonania "na
dziko". Wyjąłem więc 5 RMB, a "babcia" zaczęła wydawać mi
resztę. Było tego sporo. Za 5 RMB dostałem 40 Fao i 5 Ciao... Prościej mówiąc -
mnóstwo kolorowych pieniążków...
*
Autobus wjeżdżał do Kaszgaru.
Dochodziła 23-cia. Ulice wydawały się puste, natomiast na dworcu autobusowym
panował duży ruch. Rodziny, przyjaciele i taksówkarze oczekiwali na autobusy z
Urumchi.
Kiedy zdejmowałem z dachu plecak, mój
kolega - Lee gdzieś się zawieruszył, a więc nie miałem okazji się z nim
pożegnać. No cóż. Za 10 RMB dojechałem
do Qini Wagh Hotel. Na początku zacząłem krzyczeć na kierowcę, bowiem wygląd
hotelu plasował go w standardzie 5 gwiazdek. Jednak okazało się, że miejsce w
3-osobowym dormicie kosztuje 22 RMB. Po zameldowaniu dostałem instrukcje: 3.
piętro, pokój 303. Oczywiście należało się wpierw zgłosić do kierownika piętra,
który obudzony w środku nocy zdarł ze mnie 10 RMB kaucji za klucz. Klucz ten
służył do zamykania pokoju ... od środka. Do zewnętrznego zamka klucz miał
oczywiście kierownik...
Weszliśmy do pokoju. Na łóżku ktoś
leżał. Kierownik, widząc u leżącego długie włosy, poprosił abym zaczekał na
korytarzu - chodziło o to, czy czasem nie dokwaterowano mnie do kobiety.
Długowłosym współlokatorem okazał się
studiujący w Chinach Japończyk.
Położyłem się na łóżku i od razu
zasnąłem. Rano, niezbyt przytomnie, przedstawiłem się Japiemu, który w
pierwszych słowach zaproponował mi ... kostkę mydła. Świetnie. Gorący prysznic
to coś, czego mi był o trzeba.
Jako że Japi mówił po chińsku,
poprosiłem go więc o "załatwienie" śniadania, ufając, że nie będzie
to pies.
Wyszliśmy z hotelu i kierując się w
stronę centrum znaleźliśmy jakąś knajpkę.
Jedzenie przypominało nieco gulasz,
było tego dużo, a najważniejsze, że było tanie.
Idąc spacerem do meczetu Id Kah,
przechodziliśmy przez stare ulice wypełnione straganami ze wszystkim - od
rękodzieła do sprzętu stereo.
Meczet pod względem wizualnym nie jest
ciekawym obiektem. Za wstęp trzeba zapłacić 2 RMB, a za fotografowanie 5 RMB. Zdzierstwo. Środek świątyni to tylko
puste ściany.
We wschodniej części miasta znajduje
się Park Ludowy ze sztucznym zbiornikiem wodnym. Można tam wypożyczyć łódki i
rowery wodne. Jedyne 8 RMB za godzinę lub 35 RMB za dzień. Do tego należy dodać
10 RMB kaucji za wiosła...
Muzeum regionalne (jeszcze dalej na
wschód od Parku Ludowego) jest chyba najrzadziej odwiedzanym muzeum na
świecie. Bilet wstępu z legitymacją
ISIC (lub czymś ze zdjęciem) kosztuje 1 RMB.
Popołudniu poszliśmy zobaczyć park
"centralny". Jest to obiekt położony naprzeciw ogromnego pomnika Mao
z białego marmuru, siedziby władz miejskich i służby bezpieczeństwa.
Za wstęp do parku trzeba zapłacić 1
RMB. No cóż, jeżeli dzień jest upalny, to warto wydać parę groszy w zamian za
schronienie pod koronami drzew i w egzotycznych altankach. Znakomite miejsce na
obserwacje odpoczywających mieszkańców Kaszgaru.
Wracając do hotelu, zajrzałem do
jakiejś agencji turystycznej reklamującej się jako miejsce, gdzie można
załatwić "jakieś" permity.
Z pewną taką nieśmiałością rozpocząłem
rozmowę z pracownikiem biura. Zdawałem sobie sprawę, że nie powinienem mu ufać,
wiec zacząłem od permitu na rejon Karakuli Lake. W pewnej chwili przejęzyczyłem
się i zamiast "Taszkargan" powiedziałem "Yarkand". Idąc za
ciosem zapytałem o możliwość dostania się z Kaszgaru do Tybetu. Pan zza biurka
uśmiechnął się i powiedział, że permit na tą trasę mogę dostać tylko i
wyłącznie w Urumczi. Ale żebym się za bardzo nie cieszył, bo: musi nas być
pięciu, musimy wynająć przewodnika (50$/dzień), jeepa (100$/dzień) i w końcu
musimy cierpliwie czekać przez około 5 tygodni na odpowiedź. Permit kosztuje
50$/os.
Podziękowałem i wyszedłem. Jutro
czekała mnie długa podróż przez piaski Takalamakan.
*
Autobus do Yarkandu odjeżdżał o 9-tej
rano. Z kupnem biletu nie było problemu - pani w kasie biletowej mówiła
świetnie po angielsku. Prawie całą drogę przespałem, korzystając z tego, że
siedziałem po nienasłonecznionej stronie autobusu. Kilkakrotnie autobus był
zatrzymywany na check-pointach. Rutynowa kontrola papierów.
Wczesnym popołudniem autobus wtoczył
się na dworzec w Yarkandzie. Miałem
sporo szczęścia, bowiem za pół godziny miał odjechać autobus do Yechengu.
Szczęście polegało na tym, że ten autobus kursuje podobno raz na kilka dni.
Bilet kupowałem pod eskortą około
dwudziestu dzieciaków. Pilnowali, aby żaden banknot nie spadł mi na podłoge...
Na dachu nie było już miejsca, więc
wpakowałem plecak do środka i usadowiłem się na samym końcu autobusu.
Nie zajechałem daleko. Kilka kilometrów
za miastem pojawił się posterunek. Celowo użyłem słowa pojawił, bowiem składał
się z trzech samochodów, kilku uzbrojonych
żołnierzy i przewiązanego między samochodami sznurka z tabliczką
"stop".
Żołnierz wyglądający na starszego rangą
wszedł do autobusu i rozejrzał się.
Pasażerowie trzymali w rękach przygotowane do kontroli dokumenty. On jednak nie
zwracał na to uwagi i od razu skierował się na koniec autobusu.
-
Hello mister - rozpoczął, uśmiechając się grzecznie,
aczkolwiek stanowczo
- Proszę zabrać bagaż i wysiąść z
autobusu.
Nieco zaskoczony, choć dziwnie
spokojny, wykonałem polecenie.
Autobus stał z włączony silnikiem, ja
stałem z rękami na głowie, a oficer pytał:
-
Po co chciał pan pojechać do Tybetu?
Zatkało mnie. Skąd on wiedział gdzie
jadę???????
-
Nie chcę jechać do Tybetu. Jadę tylko do Yechengu -
odparłem, patrząc mu głęboko w oczy.
-
Chciał pan jechać do Tybetu - wysyczał.
-
Jak mogę jechać do Tybetu, skoro nie mam pozwolenia..... -
usiłowałem się bronić - Jadę do Yechengu, aby zobaczyć Himalaje...
-
Ale w Tybecie Himalaje są ładniejsze - nie ustępował oficer
-
Ale ja nie mam permitu, a nie chcę złamać prawa w Chińskiej
Republice Ludowej.
Oficer zastanawiał się. Nie miałem
wątpliwości, że się nie nabrał na to lanie wody.
Powiedział coś do uzbrojonych
żołnierzy, którzy dziarsko wzięli się za sprawdzanie zawartości mojego
plecaka. Widząc to, kierowca autobusu
wyłączył silnik. Pasażerowie wygodniej rozsiedli się przy oknach. Zapowiadało
się na niezłą zabawę.
Nic nie znaleźli. Niby mi ulżyło, ale
jednocześnie nie wiedziałem czego szukali.
Kiedy już wszystkie moje rzeczy były w
plecaku, jeden z żołnierzy zauważył, że coś jest jeszcze w klapie.
Rzeczywiście, trzymałem tam jakieś
notatki i mapy.
Mapy - przemknęło mi przez głowę.
Miałem dwie mapy Tybetu - jedną turystyczną, a drugą ... lotniczą. Kupiłem ją,
ponieważ była to najdokładniejsza mapa, na której był rejon Aksaichin. Mimo że była to mapa lotnicza, to kupiłem ją w
sklepie z mapami turystycznymi. Nie łatwo było to wytłumaczyć "smutnym
panom".
*
Był późny wieczór. Jak na tą godzinę
było dość ciepło. Wiatrak na suficie kręcił się powoli. Naprzeciwko mnie usiadł
ubrany "po cywilnemu" pracownik PSB.
-
Jesteś głodny - zapytał?
Nie jadłem tego dnia śniadania, bo rano
nie miałem czasu, potem zapomniałem, a jeszcze potem miałem co innego na głowie
(ręce)...
Skinąłem głową. Zostawił mnie samego.
Po chwili jakaś kobieta wniosła miskę z ryżem i kilka małych miseczek z różnymi
sałatkami.
Jadłem łapczywie. Oficer bacznie mnie
obserwował, co chwilę dolewając herbaty do
czarek.
-
Po co chciałeś jechać do Tybetu? - zapytał, kiedy
odstawiałem pałeczki.
-
Nie jechałem do Tybetu, lecz do Yechengu - odpowiedziałem zadziornie.
-
Po co?
-
Bo chciałem zobaczyć Himalaje, a bez permitu na Tybet dalej
nie można jechać - recytowałem.
-
Co to za mapa? - zapytał, wskazując na przyczynę mojego
pecha.
-
Ach ta - zaciąłem się - miała mi pomóc w ustaleniu wysokości,
na jakiej się znajduję.
Wyjaśniłem mu pochodzenie mapy i to
chyba wystarczyło.
-
Jeżeli chcesz oglądać ośnieżone szczyty, to mogę ci wydać
permit na region Karakuli Lake - zaproponował.
*
O 10-tej odjeżdżał autobus do
Taszkarkanu. Rano miałem już bilet w kieszeni. Zjadłem śniadanie, kupiłem zapas
wody i zająłem miejsce w prawie pustym autobusie. Jedynymi, oprócz mnie,
pasażerami była para Duńczyków, amerykańska rodzina wracająca z ... Mongolii i
dwoje Japończyków.
Na rogatkach miasta autobus zaczął się
napełniać. Po dwóch godzinach pierwszy check-point, czyli w warunkach Karakorum
Highway możliwość rozprostowania nóg i odetchnięcia cudownym górskim
powietrzem. Autobus piął się coraz wyżej, aby po sześciu godzinach zatrzymać
się nad bajkowym jeziorem, z dwoma ośnieżonymi szczytami w tle. Mutzag Ata i
Kogur. Niesamowite. Nieco poniżej szosy znajduje się knajpka, a nad samym
brzegiem stoi kilkanaście mongolskopodobnych jurt. Jeżeli chodzi o knajpę, to
ceny należą do najwyższych, jakie spotkałem w Xinijangu. Piwo 10 RMB, cola 8
RMB, "jedzenie" 25 RMB...
Nocleg w jurcie kosztował 50 RMB/os.
Drogo. Bardzo drogo. Zapakowałem się do jednej jurty z parą Japończyków, którzy
tu ze mną przyjechali autobusem. Każdy z namiotów był wyposażony w komplet
pościeli. Spało się na podłodze. Wewnątrz nie było paleniska, ani żadnego
ogrzewania, a noce na wysokości 3500 m n.p.m. nie należą do ciepłych. Wejście
było zamykane na kłódkę i na wszelki wypadek zastawiane kamieniem. Pewnie
właścicielowi nie może się w głowie pomieścić, że na upartego, płótno, z
którego jurta została wykonana, można przeciąć nożem. Nieopodal jurt stał
niepozorny budynek. Wewnątrz była betonowa, zaopatrzona w równomiernie
rozmieszczone dziury półmetrowej średnicy, podłoga. Ubikacja! Miedzy
poszczególnymi dziurami nie było żadnych ścianek działowych. No może z
wyjątkiem tej półmetrowej wysokości, która oddzielała część męską od damskiej.
Ciekawa sprawa: człowiek sobie kuca, aż tu nagle przychodzi Chińczyk i kuca
naprzeciwko. Wydawać by się mogło, że Chińczyk chce sprawdzić empirycznie, czym
się różni "biały". Tak czy inaczej przychodzi taki moment, że u
pierwszego z kucających efekt przemiany materii wydostaje się poza organizm. W
takim przypadku Chińczyk okazuje szacunek i uśmiechając się życzliwie, mówi good! two kilo!, very good i powołując
się na narodową ambicję produkuje two
kilo twenty, a przy sprzyjających warunkach nawet three kilo...
*
Poranek nad jeziorem był chłodny, ale
jednocześnie piękny - śnieg na Mutzag Ata oświetlany pierwszymi promieniami
słońca...
Japończyk źle się czuł, a więc w
towarzystwie Japoneczki wybrałem się na spacer wokół jeziora. Zaczęliśmy od
starego tadżyckiego cmentarza z wysuszonymi glinianymi grobowcami
przypominającymi nieco kazachskie cmentarze, które mijałem, jadąc pociągiem przez
step. Teren wokół jeziora zamieszkuje mniejszość tadżycka. Stamtąd do granicy
jest tylko 10 kilometrów.
Większa część ścieżki prowadzącej wokół
jeziora jest poprzecinana spływającymi z lodowców strumykami - czasem węższymi,
a czasem wymagającymi zamoczenia nóg w lodowatej (baaardzo lodowatej) wodzie.
Najgorzej jest w trzech czwartych drogi
- tu nie płynie strumyk, ale regularna rzeka. Fajnie - wysoko, woda, ośnieżone
szczyty, a dookoła pasą się wielbłądy.
*
Japończyk czuł się coraz gorzej.
Postanowiliśmy złapać okazję do Taszkarganu. Zatrzymaliśmy przejeżdżający
autobus i po dwóch godzinach byliśmy na miejscu. Japończycy poszli na
poszukiwanie lekarza, a ja na poszukiwanie jedzenia.
Jedząc popijany piwem ryż,
zastanawiałem się, co teraz. W kierunku Aksaichin nie będę się pchał, przez
Urumczi i Golmud mi się nie chce jechać, nie mam pakistańskiej wizy... Co
robić???
Kiedyś obiło mi się o uszy, że na
granicy pakistańskiej można załatwić bezpłatną wizę zwaną Landing Permit, ale
urzędnicy nie chcą jej wydawać lub żądają łapówek. Z drugiej strony nie mogą
mnie cofnąć do Chin, bo moja chińska wiza jest jednorazowa.
Raz kozie śmierć - pomyślałem - i w
pośpiechu dokończyłem kolację, aby czym prędzej dowiedzieć się, o której
odjeżdża autobus na południe.
*
Autobus odjeżdżał o ósmej. Jak się
okazało, nie ma żadnych problemów z zakupem biletów. Tylko ta cena - 270 RMB...
Niestety, autobus jest jedyną
możliwością wydostania się z Chin do Pakistanu.
Zaraz po wyjechaniu z miasta autobus
zatrzymał się. Czyżby check-point - pomyślałem patrząc na szlaban i
krzątających się żołnierzy.
Tak, specyficzny check-point: kontrola
paszportowo-celna. Do linii granicznej jedzie się jeszcze przynajmniej trzy
godziny, ale widać wygodniej jest zorganizować punkt kontroli podróżnych bliżej
miasta.
Tym razem nikt nie chciał ze mną
rozmawiać o mojej wiedzy na temat ChRL.
Stempelek i do widzenia. W kantorze można wymienić RMB na dolary lub
pakistańskie rupie.
Przede mną trzy godziny jazdy po
wyżynach. Dziwne, niby opuściłem terytorium ChRL, a jednak do linii granicznej
pozostało jeszcze trzy godziny jazdy...
Kunjerab Pass - 4730 m n.p.m. Przed
samą przełęczą ostatni chiński punkt kontroli. Do autobusu wszedł żołnierz z
zamiarem sprawdzenia, czy wszyscy podróżni posiadają stemple wyjazdowe. W
Lonely Planet czytałem o korupcji na tym punkcie kontrolnym. Zdarzało się
bowiem, że żołnierze domagali się łapówki od "białych". Jeżeli
takowej nie dostali, anulowali wszystkim stemple i odsyłali z powrotem do
Taszkarganu.
Na szczęście nic takiego się nie
zdarzyło.
Autobus wjechał na przełęcz.
Postanowiłem zrobić sobie zdjęcie na tle jednego z najsłynniejszych słupów
granicznych świata. Pojawił się problem - chiński kierowca nie zamierzał się
zatrzymać. Zainscenizowałem więc odruch wymiotny i ... udało się. Wyskoczyłem z
autobusu, wpadając w objęcia pakistańskiego policjanta. Był to bardzo
egzotyczny policjant. Ubrany w zwój grubego, czarnego płótna, na głowie miał
turban, którego rąbek osłaniał twarz od wiatru. W czasie, kiedy robiłem
zdjęcia, kilku pakistańskich celników szukało alkoholu we wnętrzu autobusu.
Widać nic nie znaleźli, bo kiedy wszyscy już porobili zdjęcia, autobus ruszył.
W Pakistanie obowiązuje ruch lewostronny. Widząc serpentyny po jakich jedziemy,
wraz z innymi pasażerami zebraliśmy się w grupkę i obserwowaliśmy poczynania
Chińczyka za kierownicą z lewej strony. Przez to wszystko zapomniałem, że
przecież nie mam pakistańskiej wizy. Punkt kontroli imigracyjnej znajduje się
dopiero w Sust, to znaczy dwie godziny jazdy w głąb Pakistanu. Jednak pierwszy
check-point pojawił się po pół godzinie jazdy. Wjeżdżaliśmy na teren Parku
narodowego Kunjerab. Wszyscy musieli wysiąść z autobusu i wpisać swoje dane do
książki, w której jedną z rubryk był numer wizy. Cóż było robić, wpisałem tam
numer paszportu. Myślę, że strażnikom i tak było wszystko jedno, zwłaszcza że
paszportów nie sprawdzali, a i łaciński alfabet znali tylko ze słyszenia...
Sust. Autobus minął drewniany szlaban z
napisem "nie przejedzie tędy nikt, kto nie poddał się kontroli!" i
zatrzymał się na małym parkingu. Tam na pasażerów czekali celnicy. Obrzucili
nas przyjaznym wzrokiem i mówiąc "tourist no problem" dali do
zrozumienia, że musimy się udać do Immigration. Łatwo powiedzieć. Ale to
Immigration trzeba najpierw znaleźć. Jakiś miejscowy chłopiec prowadził nas
krętymi zakamarkami na tyły drewnianego budynku. Na werandzie siedziało dwóch
umundurowanych ludzi. Każdy z nich miał na ramieniu naszywkę z napisem
Immigration Officer. Hiszpanie byli odprawiani grupowo. Stempelek i do widzenia.
Kolej na mnie.
-
Hello mister - uśmiechnął się oficer - dlaczego jesteś taki
smutny?
-
Bo ja - zająknąłem się - nie mam wizy...
-
No problem mister - odparł oficer i nie przestając się
uśmiechać wbił w mój paszport stempelek, na którym napisał "7 days transit
visa".
-
Welcome to Pakistan
- uśmiechnął się drugi.
Byłem zachwycony.
Teraz jeść! Oficer jakby czytał w moich
myślach.
-
Jesteś głodny? - zapytał i nie czekając na odpowiedź chwycił
mnie pod rękę i zaprowadził do knajpy
-
Jesteś moim gościem.
Co za bezinteresowność - pomyślałem
podejrzewając jakąś niespodziankę. Ale on znowu czytał w moich myślach.
-
Tu jesteśmy bardziej gościnni niż ci po tamtej stronie
przełęczy - zaczął, po czym patrząc mi głęboko w oczy dodał - i bardziej
gościnni niż ludzie w Indiach.
Dhal. Po całym dniu głodówki. To był
najlepszy dhal, jaki kiedykolwiek jadłem.
-
Welcome to Pakistan, mister...