Przemysław Pawłucki
Islandia
rowerem
Kolejna rowerowa "wyprawa mojego życia", której
celem było dotarcie do jednego z najmłodszych lądów Ziemi - na Islandię,
rozpoczęła się w duńskim porcie Esbjerg. Po poprzednich samotnych podróżach tym
razem wybrałem się z przyjacielem Krzysiem Chojko z Krakowa.
W Esbjerg wsiedliśmy na prom M/F NARRÖNA linii
SMYRIL, który pływa pod banderą Wysp Owczych. Odbijamy od brzegu, podziwiając
wspaniały zachód słońca. Po dwóch dniach żeglugi docieramy na Wyspy Owcze
(FAROERNE), gdzie mamy dwudniową przerwę w rejsie. Przybijamy do największej
wyspy archipelagu STREYMOY, na której położona jest stolica - TORSHAVN,
podobno najmniejsza na świecie. Interesująco wyglądają widziane z promu
czerwone zadbane domki z wyraźnie kontrastującymi dachami pokrytymi zieloną
darnią tutejszy folklor. To najsłynniejsze budynki miasta siedziba rządu,
skansen i muzeum. Mieszczą się one w historycznym miejscu, na małym półwyspie
TINGANES. To tutaj potomkowie norweskich wikingów założyli swój pierwszy
parlament, który jest najstarszym wciąż aktywnym na świecie i właśnie tutaj
przyjęto w 999 roku chrześcijaństwo. Od razu zwraca uwagę brak drzew. Wyspy są
bezleśne, co zawdzięczają bardzo silnym wiatrom. Jedynie niewysokie krzewy mają
miejscami prawo bytu. Odkryte partie terenu porastają zaś trawy, tworząc
pastwiska dla wielkiej ilości owiec, których prawie dwie sztuki przypada na
jednego mieszkańca. Cofamy zegarki o godzinę i wysiadamy na brzeg.
Przepakowujemy się, zostawiając część bagaży w skrytkach na przystani, później
w sklepie spożywczym uzupełniamy zapasy i jedziemy w górę miasta, skąd roztacza
się piękna panorama Torshavn. Nazwa tego nowoczesnego obecnie miasta pochodzi
od imienia jednego z bogów północy THORA i oznacza Zatoka Thora". Założone
zostało w 825 roku przez osadników norweskich, jakkolwiek wiadomo, że 100 lat
wcześniej żyli tu irlandzcy mnisi. Obecnie liczy ono 15 tys. mieszkańców (całe
wyspy ok. 44 tys.). Po południu lokalnym promem udajemy się na SUÐUROY,
najbardziej na południe wysuniętą wyspę archipelagu Faroerne, którą przewodniki
określają mianem "Perły Wysp Owczych". Stojąc na pokładzie podziwiam
wyrastające z wody wysepki, których stoki pokryte są skąpą roślinnością,
głównie mchem i porostami nadającymi im zielonkawy odcień. Wiatr rozwiewa flagę
Wysp Owczych na białym tle charakterystyczny dla krajów skandynawskich krzyż
w kolorze czerwonym z niebieską obwódką. Przepływamy obok wyspy LÌTLA
DÌMUN najmniejszej i jedynej niezamieszkałej wśród 18 głównych wysp
archipelagu. Żyją tu wyłącznie owce i ptaki. Podejście do tej wysokiej na 414
metrów zielonoszarej bryły możliwe jest wyłącznie podczas doskonałej pogody, a
dokonują tego ludzie opiekujący się owcami. Wysiadamy w DRELNES i jedziemy na
południe. Zadziwia jakość dróg, które z pewnością ciężko było wykuwać w twardej
bazaltowej skale. Pomimo że są trochę wąskie, to gładki asfalt pozwala na
komfortową jazdę. Śmiało trawersują one zbocza, wznosząc się od poziomu morza
na kilkaset metrów tylko po to, by za chwilę znów ostro zejść na sam dół.
Deszcz lekko siąpi, nie to jest jednak problemem lecz wiatr. Wieje tak, jakby
chciał pourywać nam głowy. Jest chłodno, termometr Krzyśka wskazuje 7 stopni
powyżej zera. Widoki fantastyczne - strome stoki porośnięte trawą, na których
pasą się wszędobylskie owce, siny ocean i tylko czasem pojawiają się małe osady
wtulone w góry, pełne kolorowych, pomalowanych chyba we wszystkie barwy tęczy
domków będących jednym z nielicznych optymistycznych" akcentów tutejszego
krajobrazu. W miasteczku VAGUR skręcamy na wąski trakt, który wijąc się po
zboczu wyprowadza nas kilkaset metrów nad poziom morza. Jeszcze nie zaprawieni
w bojach" z trudem wygramoliliśmy się szutrową drogą na samą górę, skąd
rozpościerają się wspaniałe widoki. Niebo nabrało przyjemnego czerwonego
koloru, chmury odbijają purpurowe światło zachodzącego za górami słońca. Nad
dzikim górskim jeziorem, które zaopatruje okolicę w wodę pitną zakładamy
obozowisko. Temperatura spadła do 5 stopni C. Przed snem gotujemy jeszcze
zupki chińskie nasz podstawowy posiłek, nagrzewając przy okazji wnętrze
namiotu. Czuję, że powoli odzwyczajam się od jedzenia, ale to dobrze, gdyż mam
nadzieję zostawić na Islandii trochę zbędnego ciałka. Zmęczenie i ciepło
sprawiają, że zasypiamy niemal natychmiast. Jest godzina druga w nocy, a
dookoła wciąż jasno.
Następnego dnia wicher wyje
jak szalony, niebo jest zachmurzone. Jest zimno, rzekłbym, że jak na lipiec 5
stopni to lekka" przesada. Z niechęcią wychodzimy z namiotu i po posiłku
ruszamy. Docieramy do głównej drogi, skąd udajemy się znów na południe w
kierunku osady SUMBA. Omijamy tunel, skręcając w prawo na górską drogę pnącą
się niesamowitymi trawersami aż na sam szczyt. Początkowo wieje bardzo silny
wiatr, wyżej zaczął się wygwizdów" nie do opisania. Ciężko jest się utrzymać
na rowerze. Podczas poprzednich wypraw przeżyliśmy już wiele, ale czegoś
takiego jeszcze nie widzieliśmy. Wiatr, potworny wiatr. Temperatura spada do 3
stopni. Ludzie, gdzieśmy trafili ?! Docieramy z trudem na samą górę, gdzie 30
metrów od drogi znajduje się wywołująca zawroty głowy kilkusetmetrowa przepaść.
Przed nami, niemal na wyciągnięcie ręki znajduje się ogromny filar, groźnie
sterczący klif pełen morskich ptaków. Potężny wał pionowych ścian skalnych,
których szczyty co chwilę kryją się w pędzonych wiatrem nisko zawieszonych
chmurach, czyni otoczenie niesamowitym. Trzaskamy" zdjęcia, mgła bardziej lub
mniej przesłania widoki, które w świetle słońca powalały by z nóg. W zasięgu
wzroku ani żywej duszy, tylko małe czarnobiałe grupki owiec przyglądających
się nam ze zdziwieniem, a może ze współczuciem? Marzę, by jak najszybciej
znaleźć jakieś bezwietrzne miejsce. Zawracamy, rezygnując z dalszej jazdy do
Sumba. Przyroda tym razem wygrała z nami. Bitwę, nie wojnę. Pomimo że droga opada
stromizną o nachyleniu kilkunastu procent, ciężko się jedzie. Z trudem kręcę"
na średnim przełożeniu. Nigdy nie przypuszczałem, że podczas zjazdu można się
tak zmęczyć. Znów jesteśmy w Vagur. W sklepie robimy zakupy, później szukamy
jakiejś knajpki lub kawiarni, by się trochę ogrzać i napić czegoś gorącego.
Niestety, takie przybytki" nie mają racji bytu na tym końcu świata. Kilka
kilometrów dalej zatrzymujemy się na przystanku autobusowym jedynym
zadaszonym i osłoniętym od wiatru miejscu w okolicy, by się nieco posilić. W
tym czasie zrywa się potężna mroźna wichura rozpylająca w powietrzu drobiny
wody. Działa to przygnębiająco. Fale oceanu z hukiem rozbijają się o brzeg,
kotłująca się woda wystrzela w górę słupami bryzgów. Jedna z takich wodnych
ścian zalewa znajdujące się niedaleko od brzegu niewielkie poletko uprawne
chronione przed wiatrem murkiem z luźno ułożonych kamieni. Wiele takich pól
mijaliśmy, przeważnie posadzone tam były ziemniaki główna uprawa na Wyspach.
Jeszcze raz dziwimy się, że tu w ogóle ktoś mieszka, a zarazem jesteśmy pełni
podziwu dla tych ludzi. Wykorzystujemy moment, gdy chmury lekko pojaśniały i z
niechęcią pokonujemy dalsze 25 km. Już nie przejmując się wiatrem, ciężko
pracujemy nad każdym kilometrem, aż docieramy z powrotem na przystań, skąd
następnego dnia o 7.00 mamy prom do Torshavn. Myśleliśmy, że uda nam się
przenocować w poczekalni tuż przy terminalu, ale niestety jest zamknięta.
Czyżby przyszło nam spędzić noc pod chmurką"? Przy takiej pogodzie jest to
raczej średnia przyjemność. Nasz prom stoi przy brzegu z otwartym lukiem, jakby
zapraszając do środka. Postanawiam więc zapytać o możliwość spędzenia tam nocy.
Okazuje się, że no problem". Dobra nasza! Już mamy układać się do snu w
fotelach lotniczych, gdy podchodzi niewiasta
sprzedająca bilety i ... prowadzi nas do kajuty, gdzie za darmo możemy
spędzić noc. Ciepły posiłek, gorący prysznic, łóżko...
Nazajutrz w stolicy robimy
ostatnie zakupy, później włóczymy się trochę po porcie, oglądając kolorowe
kutry rybackie. Właśnie rybołówstwo, obok hodowli owiec, jest podstawą
egzystencji mieszkańców Wysp Owczych. Możliwe jest to dzięki nigdy nie
zamarzającym wodom oblewającym archipelag. A dzieje się tak za sprawą Prądu
Zatokowego (Golfsztrom), który opływając Wyspy Owcze kieruje się ku wybrzeżom
Norwegii, wprowadzając do zimnych wód północnego Atlantyku ogromne masy ciepłej
i bardziej słonej wody, bogatej w ryby. Niechlubną wizytówką Wysp Owczych są
organizowane nielegalnie polowania na wieloryby. Ponieważ jednak w zakazie połowu
wieloryba zrobiono tu wyjątek, można pewną jego ilość odłowić legalnie.
Miejscowi przepadają za ich mięsem, jedząc je nawet na surowo, ponadto uzyskują
z nich niesmaczny tłuszcz, który pokrojony w kostki jest tu popularną
zagrychą". Tradycyjnie od stuleci połowy odbywają się poprzez zapędzenie na
mieliznę. Za pomocą siatki odcina się tym morskim ssakom drogę odwrotu i
zaczyna się rzeź. Wstrząsający to widok, gdy zabijane pałkami grindwale kotłują
się w wodzie czerwonej od ich krwi. Cóż, co kraj to obyczaj. Przed wjazdem ma
prom ustawiła się kolejka chyba z czterdziestu różnego typu citroenów. Wszyscy
zmierzają na rajd miłośników tych samochodów, który przez miesiąc będzie
odbywał się na Islandii. Odbijamy od brzegu i płyniemy wzdłuż wysp. Wiatr
trochę ucichł, zaczyna mżyć. Dookoła pojawiają się coraz wyższe skały, potężne
skąpane we mgle ściany sterczą ostrymi szpicami. Często ich podnóża pocięte są
tunelami i przesmykami, które przez wieki wyżłobił ocean. Chmary różnorodnego
ptactwa pilnują swoich gniazd. Piękno i majestat natury, potęga morza i lądu
to wszystko mamy okazję teraz podziwiać. Żeglującym w tym kierunku Wyspy Owcze
przedstawiają najpiękniejszą swą część. Warto mieć wówczas w pogotowiu aparat z
zapasem filmu. Mgła powoli skrywa archipelag, tuli wyspy jak najcenniejszy
skarb jakby zła, że ośmieliliśmy się poznać ich skrawek, odkryć co nieco z ich
tajemniczości. Pozostaliśmy tylko my i mewy, które w kompletnej ciszy
towarzyszą nam jeszcze jakiś czas, aż w końcu i one wracają bliżej lądu. Dziób statku
nieustępliwie orze ocean atlantycki zmierzając ku Islandii, ku moim marzeniom.
Postawiłem nogę w Islandii. Dokonałem tego, o czym
tak długo marzyłem i ... jeszcze nie wiem czy się cieszę. Może to kwestia czasu
by ochłonąć, by powoli wejść" w ten kraj. Mając jeszcze świeżo w pamięci
pogodę jakiej doświadczyliśmy na Wyspach Owczych, jestem pełen obaw, co też
przyniesie nam aura na tej wyspie zatopionej w wodach północnego Atlantyku. Mam
nadzieję, że przynajmniej jej największe atrakcje zostaną specjalnie dla nas
oświetlone promieniami słońca.
Prom
wpłynął do fiordu SEYÐIS na wschodnim wybrzeżu Islandii. Ujrzeliśmy ląd,
ale tylko przez chwilę, gdy chmury i mgły zwieszające się aż do poziomu morza
uniosły się nieco. Po dwudziestu minutach ujrzeliśmy osadę SEYÐISFJÖRDUR, cel
naszej podróży. Krzysiek słusznie zauważył, że oto przypłynął największy
budynek w mieście. Z promu zjeżdżamy jako pierwsi i bez jakichkolwiek
formalności przekraczamy graniczny punkt kontrolny. Chciwie oglądamy wszystko
dookoła, odwiedzamy pocztę, skąd wysyłamy pierwsze kartki. Później w banku
kupujemy islandzkie korony (za 1 dolara ok. 70 koron). Wypadło po 1500 na głowę
mniej niż mało, trzeba będzie bardzo oszczędzać. Ruszamy do oddalonego o 25
km miasta EGILSSTAÐIR leżącego nad rzeką LAGARFLJOT będącą domem
bajkowego węża (islandzki odpowiednik potwora z Loch Ness). Droga prawie
natychmiast zaczyna się wznosić. Dość szybko zaskakuje nas brak asfaltu, który
kończy się niespodziewanie. Wolno przedzieramy się przez zwały luźnych kamieni,
z trudem utrzymując równowagę. W końcu zmoknięci i zmęczeni docieramy do punktu
widokowego, z którego roztacza się zachwycająca panorama lodowcowej rzeki,
dalekich gór i ogromnego pustkowia. Pojawiające się na horyzoncie wśród
ciemnych chmur małe plamki błękitu wskrzeszają w sercu iskierki nadziei. Przy
wtórze silnego wiatru zjeżdżamy wąskimi serpentynami do leżącego u naszych stóp
Egilsstaðir,
gdzie w supermarkecie znajdujemy schronienie przed deszczem i zimnem. Próbujemy
tu trochę przeschnąć, wypijając przy okazji po 3 kubki gorącej kawy,
wyśmienitej jak rzadko kiedy. Myślę, że dla rowerzystów jednym z
najwspanialszych islandzkich zwyczajów jest wystawianie w większych sklepach
termosu z gorącą kawą, z czego każdy może bezpłatnie skorzystać. Przy tutejszej
pogodzie często jest to jak zbawienie. W przeciągu kilkunastu minut, jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki wypogodziło się. Świeci słońce, temperatura
wzrosła o 10 stopni. Aż trudno w to uwierzyć. Ruszamy dalej. Zaraz za miastem
opuszczamy drogę nr 1, tzw. Ring Road, która opasa całą Islandię i kierujemy
się do wodospadu HENGIFOSS. Jedziemy pod wiatr wzdłuż rzeki dobrze ubitą
gliniastą drogą, podziwiając surowe, niemal magiczne krajobrazy podświetlane
nisko już położonym słońcem. Jakieś 2 km przed wodospadem, całkowicie
wyczerpani, gdyż od rana nic nie jedliśmy, znajdujemy miejsce na biwak. Ranek
wstał słoneczny, po nocnym deszczu nie pozostał ślad. Aż chce się żyć. Tylko
kilka minut zajmuje nam dotarcie do wodospadu. Rowery zostawiamy na dole i pół
godziny maszerujemy w górę pod wodospad. Jest piękny. Woda zlewa się z krawędzi
wzgórza z wysokości 118 metrów, spływając po czerwono-fioletowo-czarnej lawie.
Jego otoczenie to istny raj dla geologów. Spędzamy tu trochę czasu dużo
fotografując, chyba aż za dużo. Wracamy do rowerów i jadąc dalej przedostajemy
się na drugą stronę lodowcowej rzeki. Cieszy fakt, że w końcu będziemy mieli
wiatr w plecy. Nic z tego po kilku kilometrach wiatr nagle zmienił kierunek i
znów wieje nam prosto w twarz. Zawziął się, czy co ?! Nawierzchnia trudna do
jazdy. Sypkie kamienie i stosunkowo duży ruch utrudniają poruszanie się. W
końcu wjeżdżamy w największy na Islandii obszar leśny HALLORMSSTAÐASKOGUR.
Niewysokie iglaste drzewa, choć skromne jak na europejskie standardy, robią
wrażenie. Wydaje się, jakbyśmy podróżując po pustyni dotarli do oazy. Efekt
potęgowany jest przez pasy niebieskiego łubinu, który rośnie przy drodze na
przestrzeni kilkunastu kilometrów, tworząc niesamowity kontrast z surowością
tutejszego krajobrazu. Wzrusza mnie obraz majestatycznego, pokrytego śniegiem
pasma gór, które zamykają horyzont. W taki właśnie sposób zawsze wyobrażałem
sobie Alaskę i północną Kanadę miejsca, które bardzo chciałbym kiedyś
odwiedzić.
Znów
jesteśmy na Ring Road, kierując się na południe. Jedziemy ponad 20 km pod górę,
a przy tym tradycyjnie już pod wiatr. Końcówka tego odcinka to klasyczna
islandzka stromizna o nachyleniu kilkunastu procent. Krzysiek stwierdził, że
nawet w Alpach nie było tak ciężkich podjazdów. Na przełęczy czeka nas nagroda
wspaniały, niezapomniany widok. W pełnej krasie możemy podziwiać dolinę
zachwytu" będącą tworem lodowca. U kształtna o płaskim dnie, po którym
meandruje nie skażona ludzką działalnością rzeka. Po obu stronach dolinę
ograniczają cudowne góry ze szczytami, na których połyskują płaty śniegu.
Krajobraz zakłóca" jedynie nitka gruntowej drogi. Dla nas, mieszkańców
środkowej Europy, jest to coś niezwykłego. Aż ręce same składają się do braw w
tym teatrze, gdzie głównym i jedynym aktorem jest przyroda. Nachyleniem zjazd
dorównuje podjazdowi. Silne podmuchy wiatru niemal wyrzucają z drogi. Po kilku
godzinach docieramy prawie nad brzeg oceanu, gdzie przy drodze, wśród
wszechobecnej tu lawy rozbijamy namiot. W nocy tradycyjnie już pada.
Kolejna
noc jest o dziwo pogodna, pierwszy raz. Biwakujemy w tak wspaniałym miejscu, że
aż żal go opuszczać. Na drodze jesteśmy o dziewiątej, do miasta HÖFN mamy 63
km. Chciałbym dojechać tam jak najszybciej ale się nie da. Piękno otoczenia na
to nie pozwala. Jedziemy zboczem wysokiej góry, ciesząc oczy widokami
malowniczego wybrzeża. Słońce grzeje, przez moment czuję się jak nad brzegiem
Adriatyku. Żeby nie było nam jednak za dobrze, ostatnie 20 km przed miastem to
istna męczarnia. Zrywa się bardzo silny zły" wiatr, a na koniec musimy
wygramolić się na przełęcz dwudziestoprocentowym podjazdem. Na górze
niespodzianka. Po raz pierwszy oglądamy pana i władcę Islandii - lodowiec
VATNAJÖKULL będący po Antarktydzie i Grenlandii największym skupiskiem lodu na
świecie. Jest większy niż wszystkie pozostałe lodowce Europy razem wzięte. Jego
sylwetka lśni w słońcu, by za chwilę skryć się we mgle. Tylko liczne jęzory co
jakiś czas błyskają złowrogo, dochodząc niemal do drogi. Jedziemy w ciszy,
mając w zasięgu ręki tego potwora", pełni szacunku dla potęgi zjawiska. Ten
lód to naprawdę ogrom, przed którym człowiek musi poczuć respekt.
Następnego dnia, jadąc na
zmianę w deszczu i mżawce docieramy do lodowej laguny JÖKULSARLON.
Jest to niezwykłe miejsce. Jeden z jęzorów schodzi tutaj do samej wody. Co chwilę
odrywa się od niego lód, spadając z pluskiem do wody. Proces ten zwany
cieleniem się" lodowca prowadzi do tworzenia słynnych gór lodowych. Tylko kilkaset metrów dzieli w tym miejscu lodowiec od oceanu. Denerwuje
mgła, w znacznym stopniu ograniczająca widoczność. Obozowisko zakładamy nad
samym brzegiem laguny, mając później rzadką okazję podziwiać bezpośrednio z
namiotu pękające z hukiem i przewracające się lodowe bryły, które unoszą się na
wodzie. Kilkuosobowe motorówki i większe amfibie wożą zasobniejszych w kasę
turystów pomiędzy lodowymi górami. Obudziłem się o trzeciej nad ranem i
ujrzałem coś, co wprawiło mnie w zachwyt. Mgła się podniosła i przede mną
rozpostarł się niewypowiedzianie piękny świat lodu. Jest bezwietrznie i cicho,
jedynie z oddali dobiega przytłumiony ryk oceanu. Góry lodowe przeglądają się w
nieruchomej tafli wody niczym w zwierciadle, jakby szukając potwierdzenia dla
swej urody. Odcinają się od szarych wód pięknym niebieskim kolorem,
charakterystycznym dla lodu pochodzenia lodowcowego. Za nimi rozciągają się już
mroźne pustkowia lodowca Vatnajökull.
Przez
cały następny dzień mgła wynagradza sobie z nawiązką nocną nieobecność. Jedynie
chwilami wiatr wybija w niej okna" stwarzając okazję do fotografowania. Trzeciego dnia
z żalem opuszczamy to miejsce trochę źli, że nie udało nam się zrobić słonecznych"
zdjęć.
60
km dalej położony jest Park Narodowy SKAFTAFELL będący bardzo popularnym
miejscem pieszych wędrówek. W drodze do niego spotykamy Francuza z Marsylii.
Typowy południowiec". Wiecznie uśmiechnięty, podróżuje na góralu" z bagażem owiniętym
zwykłą folią i niechlujnie przerzuconym przez bagażniki. Pewna doza beztroski
to przywilej turystów podróżujących z wypchanym portfelem. Trzeba jednak
przyznać, że Islandia jest jednym z nielicznych krajów, gdzie nawet ci bardzo
bogaci muszą często walczyć z własnymi słabościami. Pieniądze na nic się zdają
na ogromnych obszarach pozbawionych jakichkolwiek luksusów", gdzie szaleją
wichry, burze piaskowe i ulewne deszcze. Docieramy do Skaftafell. Na jego północnym krańcu, pod lodowcem, leży krater wulkanu GRIMSVÖTN,
którego wybuch niedawno spustoszył ogromny obszar Islandii. Po krótce wyglądało
to tak: 29
września 1996 roku o godzinie 10.48 zadrżała ziemia. Pod lodowcem Vatnajökull
zanotowano wstrząs o sile 5 stopni w skali Richtera. Po tym wydarzeniu
nastąpiło intensywne trzęsienie ziemi. Rankiem 1 października, podczas lotu nad
lodowcem stwierdzono osiadanie lodu w kalderze o średnicy 10 km, gdzie w 1938 roku miał miejsce wybuch. 2 października o godzinie 4.45
rozpoczęła się otwarta erupcja, w wyniku której stopieniu uległo 3 km3
lodu. Trwoga! czy z wyspy trzeba będzie ewakuować mieszkańców? Cała woda z
roztopu gromadziła się w Grimsvötn, na wysokości 1500 m n.p.m., pod lodem o
grubości 200 metrów. Z czasem dotarła do krawędzi lodowca powodując 5 i 6
listopada katastrofalną powódź. Żywioł był potworny, w szczytowym momencie
przepływała trudna do wyobrażenia ilość 45 000 m3 wody na sekundę,
zmiatając wszystko po drodze... Podobnych atrakcji" na Islandii można spodziewać
się w każdej chwili.
Doświadczyliśmy
w Parku w ciągu jednego dnia wszystkich pór roku. Wstajemy o piątej rano, leje
deszcz. Zmartwiliśmy się trochę, ale cóż trzeba ruszać. Zwijamy mokry namiot,
pakujemy rzeczy na rowery i udajemy się do bardzo fotogenicznego wodospadu
SVARTIFOSS. Jest siódma i nadzwyczaj ciepło. Świeci słońce, brak wiatru
słowem cud. Zostawiamy rowery i idziemy ponad kilometr pieszym szlakiem.
Towarzyszy nam widok gór świecących bielą lodów, zielony las karłowatych
drzewek i zimny strumień. Największe wrażenie wywiera na mnie obraz czarnej,
rozciągającej się aż po horyzont pustyni SKEIÐARARSANDUR będącej
pozostałością po cofającym się lodowcu. Docieramy do celu. Kolejne wspaniałe
dzieło natury. Woda z hukiem spływa po bazaltowych, niezwykle regularnych
kolumnach, grając" na nich jak na organach. Trochę spóźniliśmy się, gdyż dzień
wcześniej jakaś agencja reklamowa robiła tu sesję zdjęciową z roznegliżowanymi
modelkami. Podobno dużo więcej turystów niż zwykle przyszło oglądać ...
wodospad. Dopiero wracając do rowerów, spotykamy pierwszych ludzi. Również
pogoda zaczyna się psuć, mamy więc podwójną korzyść z porannej pobudki.
Wyruszamy o 14.00. W życiu nie spotkałem tak zmiennej pogody. Jeszcze trzy
godziny temu było lato, niemal upał. Pachniały kwiaty, muchy nie dawały żyć.
Teraz jest zimno, pada deszcz ze śniegiem, wieje wiatr i sam nie wiem co
jeszcze. Przed nami pustynia Skeiðararsandur. Jedziemy przez tereny,
gdzie powódź w 1996 roku całkowicie zniszczyła wiele odcinków Ring Road.
Obecnie trwa ich odbudowa, przez co nawierzchnia drogi jest w fatalnym stanie.
Cały krajobraz wydaje nam się wielkim, ponurym wyrobiskiem. Spod kół mijających nas
samochodów strzelają kamienie, będąc dla nas dużym zagrożeniem. Niedługo po starcie
dojeżdżamy do najdłuższego islandzkiego mostu, który jest w odbudowie. Powstałe
wskutek wybuchu wielkie masy wody i ogromne lodowe bloki, płynąc do pobliskiego
oceanu zniszczyły go doszczętnie. Przestało padać, wieje za to potwornie silny
wiatr, na szczęście w plecy. Poruszamy się szutrową drogą przez pustynię
czarnego, wulkanicznego piasku. Ciemne niebo, czarne czoło lodowca i niemal
wszystko dookoła w kolorze czarnym wprowadza przygnębiający, ale zarazem
niesamowity nastrój. Na tym tle niezwykle prezentują się stojące na poboczach
pomarańczowe, jarzące tablice ostrzegające przed ruchomymi piaskami. Wiatr
bardzo szybko napędza nam na łańcuch, tryby i przerzutki miliardy drobniutkich
ziaren piasku, przez co jazda staje się stresująca". Musimy się zatrzymać i w
miarę możliwości przeczyścić co wrażliwsze elementy roweru, by móc w ogóle
poruszać się dalej. Bez strat udaje nam się pokonać najgorsze odcinki. Po
przejechaniu tej ogromnej plaży" po bokach drogi pojawiają się porośnięte
mchem zapadliska zwietrzałej lawy wyglądające jak wielkie bąble. Znów niezwykle
ciekawy i niespotykany widok. Przejeżdżamy obok LOMAGNUPUR pionowej, wysokiej
na 767 metrów skały, która wyrasta przy samej drodze. Patrząc na nią można
dostać zawrotu głowy, odczuć ogrom i potęgę natury. W jednym momencie poczułem
się taki mały. Chwilę później odwiedzamy małą, bardzo starą wioskę skansen
NUPSSTAÐUR. Znajduje się tu miniaturowy kościół (pojemność ok. 6 osób!) i kilka
niskich chat chłopskich wraz z budynkami gospodarczymi. Ponieważ drewno zawsze
było na Islandii rarytasem więc budowano domy z kamienia i torfu, który
stanowił doskonałą izolację i chronił przed tutejszym, bardzo surowym klimatem.
Wszystkie dachy zielenią się obowiązkową tu darnią niczym górskie
pastwiska Przed osadą KIRKJUBćJARKLAUSTUR
powiał huraganowy boczny wiatr. Ostatnia dwukilometrowa prosta to walka o to,
by utrzymać się na rowerze i nie dać się zepchnąć z drogi. Wichura zrzuca
Krzyśka z roweru. Nie ma szans by wsiąść ponownie, więc z ogromnym wysiłkiem
prowadzi ponad kilometr obładowaną maszynę. Strach pomyśleć co by było gdyby
taka wichura dorwała" nas wśród piasków. Wyczerpani docieramy na stację
benzynową, gdzie w barze, w cieple spędzamy następne godziny, dochodząc do siebie.
W tym czasie za oknem do wiatru dołączył jego częsty towarzysz ulewny deszcz.
Następnego,
mokrego poranka wstajemy bardzo wcześnie. Chcemy jak najszybciej uciec z tej
krainy deszczowców. Wiemy już, że na Islandii nie ma sensu czekać na zmianę
pogody. Często jest tak, że w jednym miejscu pada bez przerwy przez kilka dni,
a niewiele dalej jest w tym czasie bezchmurnie. Na trasie jesteśmy już o 5.30.
Po przebyciu 10 km, na sprytnie osłoniętym od wiatru małym parkingu, otoczeni
lawą jemy śniadanie. Posileni jedziemy dalej. Dookoła panuje przejmująca cisza,
na drodze jesteśmy tylko my. Zapada gęsta mgła, która jeszcze bardziej czyni
otoczenie tajemniczym i bardzo szczególnym. Czasem tylko gdzieś z
nieskończoności" dobiega głos jakiegoś ptaszyska, wywołując na ciele
przejmujący dreszczyk. Nawet podoba mi się ten klimat" pomimo lejącej się co
jakiś czas z nieba wody. Droga prowadzi przez różnego rodzaju pustynie
zerodowanej lawy. Są jak poprzedniego dnia zapadliska porośnięte mchem, jest
czarny piasek i czarne skały pumeksowe. Bardzo zaskakuje nas, gdy w połowie
stukilometrowego, kompletnie bezludnego odcinka spostrzegamy traktor, który
orze ... pustynię. Właśnie poprzez wysiew różnych traw człowiek tworzy
naturalną barierę dla wulkanicznego piasku zasypującego drogę. Wolno lecz
skutecznie docieramy do wioski VIK. Tuż przed nią stajemy się obiektem ataku
setki ptaków, które przy drodze w trawie uwiły gniazda, a teraz bronią
znajdujących się w nich piskląt. Średnia przyjemność co chwilę odganiać
nachalne ptaszydło znad samej głowy. Gdy zatrzymujemy się na chwilę, by
sfotografować stojący na wzgórzu uroczy kościółek, zostajemy z góry
potraktowani bombami". Po kilku szybkich trafieniach rezygnujemy ze zdjęć i w
ekspresowym tempie opuszczamy zagrożoną" strefę. 15 km za Vik znajdują się
wysokie na 100 metrów imponujące urwiska DYRHOLAEY, które na tym płaskim
wybrzeżu wyraźnie odcinają się od otoczenia. Wielki skalny cypel zwieńczony
latarnią morską, w którym przez stulecia ocean wydrążył ogromny łuk, z
pewnością warto zobaczyć.
Następne
dwa dni to dla nas rozkosz - słońce, temperatura dochodząca chwilami do 30
stopni i równiutki asfalt. Podziwiamy urokliwy wodospad SKOGAFOSS, później
przez jakiś czas mamy na widoku napawającą bojaźnią i respektem górę HEKLA
wspaniały i najgroźniejszy islandzki wulkan, który wybuchał w różnych wiekach,
niszcząc wszystko dookoła. Jego ostatnia erupcja miała miejsce w 1991 roku, a w
bliskim czasie spodziewana jest następna. Mijamy miasto SELFOSS, które jest
komercyjnym i przemysłowym centrum południowej Islandii. Dojeżdżamy do HVERAGERÐI
Ogrodu Islandii". Jest to miejscowość, gdzie ujarzmiona geotermiczna energia
pozwoliła na przemysł szklarniowy, gdzie pod szkłem dojrzewają owoce i warzywa,
kwitną egzotyczne rośliny z bananowcami na czele. Tutaj opuszczamy główną
drogę. Jedziemy wzdłuż południowego wybrzeża po potężnych polach lawy cypla
REYKJANES. Nawierzchnia drogi to koszmar z najgorszych snów. Zahaczamy" o
KRISUVIK geotermiczne pole, gdzie można podziwiać wybuchy pary wydostającej
się z wnętrza ziemi, i gdzie można ujrzeć wielokolorowe kałuże gotującego się
błota. Porządnie wytrzęsieni" docieramy do rybackiego miasteczka GRINDAVIK, by
później walcząc jeszcze przez 6 km z przeciwnym wiatrem osiągnąć Błękitną
Lagunę jedną z największych turystycznych atrakcji Islandii. To otoczone
przez lawę gorące jeziorko zawdzięcza swoje istnienie leżącej w pobliżu
geotermicznej elektrowni SVARTSENGI, wznoszącej się nad wodami o jasnym
kolorze. Wiele osób przyjeżdża tu, by zażyć kąpieli w ciepłych i bogatych w
minerały wodach, które słyną ze swych leczniczych właściwości. Za wejście na
teren laguny trzeba zapłacić równowartość 5 dolarów i można siedzieć do woli.
Dla naszych zmęczonych ciał, zbitych mięśni, kąpiel w wodzie o temperaturze 40 stopni
C była czymś niewyobrażalnym, spełnieniem pragnień, zwłaszcza że na zewnątrz
było w tym czasie 7 stopni i hulał przenikliwy lodowaty wiatr. Sześć godzin
relaksu mija nam jak jedna chwila. Wiele samozaparcia musimy wykazać, by
opuścić Błękitną Lagunę, namówić nasze ciała do jakiegokolwiek działania,
zwalczyć wszechogarniającą nas senność i jeszcze tego samego dnia dotrzeć do
REYKJAVIKU. W drodze do stolicy przez przypadek fundujemy sobie fajny prezent.
Kilkanaście kilometrów szerokiej, najbardziej uczęszczanej drogi Islandii
prowadzącej z międzynarodowego lotniska w Keflavik ... należy wyłącznie do nas.
W pewnym momencie docieramy do punktu, gdzie droga jest przegrodzona, a znaki
informują o objeździe (paskudną islandzką dziurawką"). Postanawiamy zaryzykować
i jedziemy dalej, ignorując objazd. Cudowny, gładki jak lustro asfalt po
kilkunastu kilometrach doprowadza nas do miejsca, gdzie kilku facetów kładzie
na jednym pasie nową nawierzchnię (odcinek był jak najbardziej przejezdny,
nawet ciężarówką). 100 metrów dalej jest skrzyżowanie z drogą objazdową. Ze
współczuciem patrzymy, jak wyjeżdża z niej sznur" zakurzonych samochodów
prowadzonych przez zirytowanych kierowców. Islandzki folklor.
Dwa
dni spędzamy w Reykjaviku najbardziej na północ położonej stolicy świata.
Mieszka tu jedynie 120 tys. ludzi, co stanowi jednak prawie połowę wszystkich
mieszkańców Islandii. Pierwszy i ostatni raz podczas wyprawy nocujemy na
kempingu, płacąc dziennie po 250 koron za osobę + 250 koron za namiot (podobne
ceny są na całej Islandii). Ciekawostką tutaj jest to, że podłoga w toaletach i
umywalniach cały czas jest cieplutka i aż przyjemnie po niej chodzić
doskonały przykład wykorzystania gorących źródeł. Czas spędzamy na zwiedzaniu
miasta i odpoczynku. Dokładnie przeglądamy nasze pojazdy, smarujemy je,
dokręcamy śrubki. Przed nami przecież jeszcze niezły kawał islandzkich
bezdroży. Pogoda zachwyca. Upał i bezchmurne niebo, pomimo że Reykjavik leży w
strefie o największych rocznych opadach na wyspie.
Zadziwiająco szybko wyplątujemy
się z miasta. Ruch samochodów początkowo duży szybko słabnie, by 15 km od
centrum stolicy zaniknąć niemal całkowicie. To jeden z uroków Islandii. Dobrą
asfaltową drogą docieramy do ogromnego uskoku tektonicznego, który utworzył
jezioro ÞINGVALLAVATN i dolinę ÞINGVELLIR, gdzie powstał
pierwszy park narodowy. Jest to również miejsce historyczne, w 930 roku
powołano tutaj ALTHING pierwszy parlament nowożytnej Europy. Obecnie mieści
się tu skansen składający się z 5 domków, kościoła i cmentarza. Wszędzie
dookoła widać lawę, w pełni możemy podziwiać ALMANNAGJA pęknięcia skorupy
ziemskiej o szerokości i głębokości od kilku do kilkudziesięciu metrów,
ciągnące się przez wiele kilometrów.
Następnego dnia zatrzymujemy
się przy gejzerach. Fotografujemy GEYSIR (Wielki gejzer") obecnie już
nieczynny, a który w latach swej świetności tryskał na wysokość ponad 100
metrów. Od jego nazwy wzięło się określenie na wszystkie tego typu zjawiska
(jest to chyba jedyne islandzkie słowo, które stało się powszechne na całym
świecie). W pobliżu znajduje się inny gejzer -
STROKKUR, strzelający gorącą wodą co 10 minut na kilkadziesiąt metrów w
górę, będący wielką atrakcją Islandii. W otworze o średnicy ok. 1 m powoli
podnosi się woda, następnie tworzy się niebieski bąbel", przez który przebija
się gorące powietrze i gejzer z głośnym sykiem strzela w niebo słupem wody
otoczonym obłokiem pary. Ten oddech" ziemi sprowadza tu wielu turystów z
całego świata. 6 km dalej położony jest Złoty wodospad" GULLFOSS. Niezwykłe
piękno dwóch wielkich kaskad, po których spływa brunatna lodowcowa woda
wtłaczana z hukiem do wąskiego i głębokiego kanionu, zatrzymuje nas tu na kilka
godzin. Niebo pokryte jest grubą warstwą chmur, lecz jedyny raz na moment
pojawia się słońce. Cudo, krajobraz w jednej chwili robi się wręcz nierealny.
Rozbłysły mokre skały, pojawiają się intensywnie kolorowe tęcze, wodny pył,
który jest niemal wszędzie złoci się, odbijając słońce we wszystkich
kierunkach. Tego widoku nie da się zapomnieć.
Gullfoss położony jest u
wrót interioru dzikiego i jałowego wnętrza Islandii. Za wodospadem
podjeżdżamy chwilę i już jesteśmy na płaskowyżu. Jedna z dwóch głównych,
górskich tras przecinających wyspę SPRENGISANDUR ma kilka piaszczystych
odcinków, po których jazda obładowanym rowerem jest bardzo trudna i
czasochłonna, wybraliśmy więc drugą nieco łatwiejszą trasę KJÖLUR. Jest
ona bardzo popularna wśród rowerzystów lubiących wyzwania. Podróżując tędy
rowerem, trzeba być przygotowanym na wszelkie możliwe niespodzianki, jakie może
sprawić natura. Szczególnie ważna jest ochrona twarzy i oczu. Nie można nie
doceniać ogromnej siły wiatru niosącego żwirowaty piasek. Pokonujemy tę trasę
trochę w deszczu i wietrze, trochę w słońcu. Droga, a raczej trakt, gdyż
miejscami jest to jedynie wyjeżdżone, szerokie na 23 metry koryto, wije się
wśród kamieni. Dookoła leżą wielkie głazy naniesione przez lodowiec, który
stosunkowo niedawno musiał tu działać. Przez pierwsze 10 km towarzyszy nam
groźny widok góry BLAFELL. Nad jej szczytem, jakby przyczepiony, cały czas wisi
obłok. Pył, kurz, ciągły gwizd wiatru i jakość drogi mogą mniej odpornego
rowerzystę doprowadzić do załamania. Z rzadka przejeżdżają szerokie
superjeepy" na ogromnych kołach, wzbudzając tumany kurzu. Niemal wszyscy
kierowcy na nasz widok zwalniają, pozdrawiając przy tym przyjaznym gestem.
Osobliwe otoczenie sprawia, że czuję jakbym podróżował w dziwnym, obcym
świecie, jakby nie z tej planety. Przekonujemy się, że faktycznie obszar
interioru to jeden wielki księżycowy pejzaż. Nawet amerykańscy astronauci przed
wyprawą Apolla" trenowali na Islandii lądowanie na księżycu. W chwilach gdy
słońce przebije się przez chmury, pojawiają się niezwykłe, dzikie krajobrazy
granatowych, pokrytych śniegiem gór i lodowców na tle kamiennej pustyni.
Spotykamy dwóch rowerzystów z Niemiec, którzy z zainteresowaniem oglądają nasze
rowery. Okazuje się, że mamy podobnie wyposażone pojazdy. Takie same, super
wytrzymałe bagażniki, identyczne obręcze i najnowszy model opon przeznaczonych
do ekstremalnej turystyki. Przebijamy" ich jednak szprychami, gdyż dysponujemy
doskonałymi szwajcarskimi DT Alpine o grubości 2,34 mm. Zdziwił ich fakt, że
sprowadziliśmy je właśnie z Niemiec. Gdy mówię, że mój bagaż waży 50 kg,
traktują to jak świetny dowcip do chwili próby podniesienia roweru. Nie udało
im się nawet oderwać go od ziemi. Odjechali nieco zbici z tropu. Założę się, że
do dzisiaj nie mogą pojąć jakim cudem bagażniki i koła wytrzymywały te potworne
przeciążenia, jakim były poddawane na islandzkich bezdrożach. Olbrzymie
pustkowie targane wiatrem, który uniemożliwia zakorzenianie się roślin, kilka
stromych podjazdów, trzy mostki i dwa strumienie do pokonania oraz znajdujące
się niemal dokładnie w połowie, w HVERAVELLIR, naturalnie ogrzewane jeziorko,
gdzie bezpłatnie ma się okazję do bliskiego kontaktu z gorącymi źródłami (jest
tu również pole namiotowe i schronisko) to tylko niektóre z atrakcji Kjölur Route.
Podczas jazdy przez najdziksze jej obszary towarzyszyły nam po obu stronach
szlaku dwa wielkie lodowce - LANGJÖKULL i HOFSJÖKULL - będące
zachwycającym uzupełnieniem krajobrazu, zwłaszcza gdy oświetlało je słonko. Do
ciekawych miejsc na trasie Kjölur należy także jezioro HAGAVATN, gdzie od lodowca odłamują się góry lodowe, wolno dryfując później po wodzie. Jest to drugie
miejsce na Islandii, w którym można podziwiać to niezwykłe zjawisko. Warto
również wiedzieć, że w trzech miejscach znajdują się chatki (bez obsługi),
gdzie w razie załamania się pogody można znaleźć schronienie. Spędziliśmy w
jednej z nich noc i musimy stwierdzić, że możliwość ucieczki przed wiatrem to
wielka sprawa na tym odludziu.
Po dotarciu do głównej drogi jedziemy do AKUREYRI największego poza
rejonem Reykjaviku miasta Islandii. Jazdę po asfalcie traktujemy jako nagrodę
za pokonanie wnętrza wyspy. W tej metropolii" pięknie położonej na końcu fiordu
uzupełniamy zapasy żywności. Groblą przedostajemy się na drugą stronę fiordu,
by po kilku godzinach jazdy znaleźć się przy wodospadzie GOÐAFOSS
pięknych wodnych kaskadach w kształcie półksiężyca. Nazwa oznaczająca Upadek
bogów" pochodzi z czasów nawrócenia Islandii na chrześcijaństwo w 1000 roku,
kiedy to podobizny starych bogów były wrzucane do niego. Zaraz za nim zaczyna
się 3-kilometrowy podjazd. Jest stromo, z dużym wysiłkiem gramolimy się pod
górę. Szutrowa nawierzchnia nie ułatwia jazdy. Po pokonaniu ponad 2 km staję na
pedałach, robię kilka obrotów i nagle dzieje się coś dziwnego. Pomimo że mocno
trzymam kierownicę, rower traci sterowność. Zanim zrozumiałem co się stało,
zaliczam bliskie spotkanie z nawierzchnią drogi. Złamał się wspornik
kierownicy. Dziękuję Bogu, że stało się to przy podjeździe, a nie podczas
zjazdu. Mogło by być wówczas nieciekawie. Siadamy na poboczu i jemy na osłodę
batoniki, myśląc co zrobić. Dobrze, że humor nas nie opuszcza. Krzyś znajduje w
pobliżu miejsce z pitną wodą, doskonałe na biwak. Resztę dnia poświęcamy na
odżywienie naszych nieco wychudzonych ciał. Nazajutrz autostopem wracam do
Akureyri, gdzie kupuję nowy wspornik. Przy okazji rozmawiam z młodymi autostopowiczami
z Czech, którzy twierdzą, że ta forma podróżowania po Islandii jest łatwa i
przyjemna. W 12 dni objechali wyspę, odwiedzając przy okazji wiele ciekawych
miejsc. Po powrocie naprawiamy uszkodzenie, a później świętujemy imieniny
Krzysztofa. Cieniutkie" jest to islandzkie piwo.
Następnego
dnia od rana pada, przez co ruszamy dopiero po południu. Dojeżdżamy do MYVATN
(Jezioro Komarów"), największego słodkowodnego jeziora na wyspie. Jest to
najpopularniejszy turystycznie rejon Islandii, znany z naturalnego piękna,
rozległych pól lawy i wspaniałych pasm górskich. Występują tu przykłady niemal
wszystkich geologicznych fenomenów Islandii. W SKUTUSTAÐIR podziwiamy niezwykłe
twory zwane pseudokraterami", później jadąc drogą prowadzącą wśród czarnej jak
smoła, przybierającej fantastyczne kształty lawy, docieramy do głównej
miejscowości w rejonie Myvatn do REYKHLIÐ,
gdzie nocujemy przy kempingu usytuowanym oczywiście pośród lawy. Następnego
ranka odwiedzamy coś w rodzaju ogrodu botanicznego, gdzie główną atrakcją są
wystające z jeziora, nadzwyczajne kolumny lawy KLASAR, które oparły się erozji.
Nie możemy również nie skorzystać z okazji spaceru po wulkanie HVERFJALL.
Wspinamy się na niego i obchodzimy go po koronie o długości 4 km. Krater w
środku wygląda jak ogromny lej po bombie. Wulkany są nierozerwalnie związane z
dawną i najnowszą historią Islandii. Stale można się spodziewać, że któraś z
tych potężnych, przerażających, a zarazem widowiskowych budowli przyrody da
znać o sobie, tak jak choćby w 1996 roku wulkan GRIMSVÖTN, czy też w 1984 roku
wulkan KRAFLA, gdy trzeba było ewakuować 5 tysięcy ludzi. Dziennie wydobywało
się wówczas więcej lawy niż wody przepływa przez wodospad Niagara. Niedaleko
Hverfjall znajduje się jeszcze jeden naturalny fenomen DIMMUBORGIR, rezerwat
widokowych, poszarpanych skał o fantastycznych kształtach. Myvatn to jednak
przede wszystkim sanktuarium ptaków. Występuje tu ich największe zróżnicowanie
w kraju i jest to pierwotny obszar gnieżdżenia się kaczek z Europy. Po powrocie do Reykhlið
odwiedzamy doskonałe Centrum Informacji Turystycznej. Można się tu dowiedzieć
dużo o powstaniu Myvatn, jego głównych atrakcjach, jak również obejrzeć
bezpłatnie na video filmy, m.in. o wybuchu wulkanu Grimsvötn. Zaraz za miastem przejeżdżamy obok gorącego jeziora, gdzie pomimo tablic
ostrzegawczych kąpią się rowerzyści. Pniemy się krótkim, lecz jak zwykle bardzo
stromym podjazdem, dalej kilometr w dół i docieramy do NAMASKARÐ obszaru
położonego u stóp góry NAMAFJALL, pełnego dołów siarkowych i wielokolorowych
kałuż gotującego się błota. Cały teren dosłownie kipi geotermiczną energią.
Jesteśmy świadkami potężnych wybuchów pary wydostającej się z głębi ziemi przez
ułożone z kamieni kopce. Spacerując specjalnie wytyczonymi ścieżkami, czuję się
jakbym chodził po pokrywce gwałtownie gotującego się garnka. Dookoła słychać
jeden wielki bulgot, w powietrzu czuć intensywny zapach siarki. Nic dziwnego,
że w dawnych czasach właśnie na Islandii umiejscawiano wejście do piekła. Jazdę
kończymy 35 km dalej, zaraz za skrzyżowaniem z drogą nr F88 prowadzącą obok
góry HERDUBREIÐ (Królowa islandzkich gór") do ASKJA. Ta położona 100 km od
drogi nr 1 ogromna kaldera o powierzchni 50 km2 nazywana jest perłą
islandzkiego interioru". Najgłębszą część tego zapadliska wypełnia
szafirowo-niebieskie jezioro ÖSKJUVATN, które jest najgłębszym na Islandii (217
m). Skręcając przed Askja na drogę F902, można dotrzeć do KVERKFJÖLL innej
atrakcji regionu leżącej na krawędzi lodowca Vatnajökull. Jest to wielki obszar
geotermiczny słynący z ogromnych erupcji pary i gorących pól błotnych.
Niewiarygodne i rzadko spotykane zjawiska powstają przez połączenie ognia i
lodu. Geotermiczne gorąco wybija dziury w lodzie, tworząc w samym lodowcu
ogromne groty, a u jego stóp ciepłe jeziorko. Szalejąca nad Askja burza oraz
piaszczyste odcinki drogi skutecznie odwiodły nas od podjęcia próby dotarcia do
tych miejsc. A szkoda, gdyż są to jedne z tych atrakcji, które będąc na
Islandii trzeba koniecznie zobaczyć.
W drodze powrotnej do promu chcemy odwiedzić jeszcze DETTIFOSS najsilniejszy wodospad Europy. By do niego dotrzeć, zmuszeni jesteśmy stoczyć walkę z okropną drogą, której nawierzchnię nazwaliśmy tarką". Dwa silnie pofałdowane ślady, po których niestety trzeba jechać, gdyż poza nimi znajduje się grząski piasek ze żwirem. Przebycie płaskiego odcinka o długości 28 km prowadzącego od Ring Road do wodospadu zajmuje nam dwie i pół godziny. Dobrze, że zdołaliśmy się już wcześniej nieco przyzwyczaić do tej choroby islandzkich dróg, choroby spowodowanej działalnością wiatru i deszczu, a pewnie i samochodów. Jadąc trzęsiemy się jak w febrze, żwir chrzęści pod kołami. W końcu jest! Niepokojące piękno i groźna potęga ujrzanego zjawiska fascynuje. Ogłuszający huk przelewającej się wody, a przede wszystkim ogrom wodospadu wzbudzają respekt i uczą szacunku dla sił przyrody. Dettifoss jest naprawdę potężny, a kanion rzeki JÖKULSA, do którego wpływa należy do najpiękniejszych jakie widzieliśmy. Powrót mija trochę szybciej, gdyż mamy wiatr w plecy. Dalej główna, gliniana droga prowadzi przez wielkie pustkowie. Zachodzące słońce maluje wspaniałe obrazy na kolorowej lawie, za nami wytrwale podążają coraz dłuższe cienie.
Ranek jest słoneczny.
Pierwsze 50 km okazuje się jednymi z najgorszych w czasie całego pobytu na
Islandii. Wieje tak potwornie silny wiatr, że prawie nie da się jechać. Na
dodatek droga prowadzi przez góry, pnąc się wyżej i wyżej. Oprócz wiatru i złej
nawierzchni (choć znacznie lepszej niż ta do Dettifoss) do walki przeciw nam
włącza się deszcz. Zdarza się nawet, że podczas ulewy świeci słońce. Czegoś tak
bez sensu jeszcze nie przeżyłem. Na niektórych górskich odcinkach Ring Road
można natknąć się co ileś tam" kilometrów na wolno stojące chatki ratunkowe,
gdzie można schronić się w razie potrzeby. Wcześniej mijaliśmy już kilka takich
domków, ale dopiero teraz, wyczerpani walką z naturą, postanawiamy zobaczyć jak
wyglądają od środka. Dwa łóżka, zapas żywności, środki pierwszej pomocy, a
przede wszystkim ... bezwietrznie. Jest tu również dziennik, w którym wpisują
się osoby korzystające ze schronienia. Z wpisów wnioskujemy, że nocują w nich
turyści, najczęściej rowerzyści, choć oficjalny napis pozwala na korzystanie
tylko w uzasadnionych przypadkach. Bardzo spodobał nam się wpis jednego Włocha,
będący odpowiedzią na ten zakaz i świadczący o surowości tutejszego klimatu
cytuję: ...Podróżuję po Islandii rowerem. Czyż nie jest to wystarczający powód
bym mógł tu zanocować?". Wpis innego rowerzysty z Niemiec rozbawił nas, a
jednocześnie utwierdził w przekonaniu o słuszności profesjonalnego
przygotowania sprzętu przed wyprawą cytuję: Jestem na Islandii dwa tygodnie.
Oto bilans: 1. Złamany podnóżek. 2. Rozdarte wodoszczelne sakwy (firmy
Ortlieb!!!) i wyrwane z nich haki. 3. Bagażnik w dwóch kawałkach. 4. Osiem
szprych pękniętych. Jak tu przeżyć te następne dwa tygodnie, które mi
pozostały?!". Po przeczytaniu czegoś takiego dochodzę do wniosku, że ten mój
złamany wspornik to było minimum tego, co mogło się zdarzyć przy tak
wariackim" ciężarze bagażu, jaki miałem. Przypuszczam, że gdyby ten
nieszczęśnik" jechał z takim obciążeniem, to nie przetrwał by nawet tych dwóch
tygodni. Jeszcze tego samego dnia szczęśliwie docieramy do Egilsstaðir,
gdzie zamykamy pętlę. Przejechaliśmy blisko 2,5 tys. km po islandzkich
bezdrożach, co przy tak obciążonych rowerach jak nasze z pewnością jest dużym
osiągnięciem.
Nastał dzień ostatni. Z
Egilsstaðir w pełnym słońcu wyjeżdżamy na naszą" przełęcz, gdzie wita nas
mgła gęsta jak mleko. Na poboczach leżą jeszcze płaty śniegu. Dużo sprawniej
niż na początku wyprawy pokonujemy żwirowe odcinki i wspaniałym zjazdem
docieramy do SEYÐISFJÖRÐUR. Na przystani kupujemy bilety powrotne (są
droższe o blisko 100 dolarów, warto więc od razu w Danii kupić bilet w dwie
strony), później w banku wymieniamy walutę (dobre posunięcie, gdyż w promowym
kantorze jest bardzo niekorzystny kurs). Wieczorem jedyny tu kemping pęka w
szwach. Nic dziwnego, prom odpływa tylko raz w tygodniu w czwartki (89 kursów
w sezonie). Ostatnią noc spędzamy pod gołym niebem, tuż nad brzegiem fiordu.
Jest cicho, w spokojnej wodzie odbijają się światła osady w powietrzu unosi się
zapach ryb i morza. Długo nie mogę zasnąć, przeżywając jeszcze raz całą
wyprawę, świadom, że za chwilę wszystko się skończy.
Jest piękna pogoda, wreszcie
w pełnej krasie możemy zachwycać się pięknem fiordu SEYÐIS. Robimy ostatnie zdjęcia,
po czy udajemy się na terminal. Obserwujemy, jak nowi przybysze wysiadają na
brzeg. Wśród pojazdów brylują przedziwne samochody terenowe, często z rurami
wydechowymi na dachu (wnętrze Islandii pełne jest rzek bez mostów) oraz
motocykle crossowe, również specjalnie przygotowane. Są także nasi koledzy po
fachu". Kilka rowerowych grup postanowiło zmierzyć się z Islandią, nas bardzo
cieszy, że są wśród nich Czesi. Wszyscy ruszają w trasę z werwą i animuszem, a
my zastanawiamy się, w którym miejscu Islandia sprowadzi ich na ziemię i nauczy
pokory. Telewizja z Reykjaviku kręci reportaż o rowerzystach, i nawet nam
podczas wjazdu na prom udaje się załapać" w kadr. Trochę ze smutkiem
opuszczamy ląd. Gdy wypływamy z fiordu mgła niespodziewanie zasnuła brzeg.
Jeszcze przez chwilę widać szczyt góry i po wyspie pozostaje jedynie
wspomnienie. Do zobaczenia Islandio!
Zakończyłem wyprawę moich
marzeń. Islandia, ta popularna wśród zachodnich rowerzystów wyspa, spełniła
oczekiwania i mimo wszystko okazała się dla nas łaskawa. Poznaliśmy wiele z jej
tajemnic, przeżyliśmy tutaj niezapomniane chwile. Pomimo że dotarcie na nią
jest kosztowne, moim zdaniem warto podjąć to niezwykłe wyzwanie, by przenieść
się w czasy pierwotne, sprawdzić się, by przeżyć tu przygodę swojego życia.
DODATKOWE INFORMACJE:
Specyfika podróży rowerem sprawia, że nie trzeba zbytnio kombinować by gdziekolwiek dotrzeć. W związku z tym, posługując się broszurką Iceland Summer 97" wydawaną przez największe islandzkie biuro turystyczne BSI TRAVEL, wybrałem kilka informacji przydatnych turystom oraz najciekawsze propozycje wycieczek po Wyspie ognia i lodu".
Uwaga 1: W tekście opisałem większość najatrakcyjniejszych miejsc dla turystów. Te, które nie znalazły się na mojej trasie przedstawiam przy okazji opisu wycieczek.
Uwaga 2: Przy opisie wycieczek ceny obejmują przejazdy w obie strony, chyba że jest zaznaczone inaczej.
Uwaga 3: Inflacja na Islandii jest znikoma, więc śmiało można kalkulować koszty podróży wg podanych cen (1997 rok).
Autobusowe bilety
wieloprzejazdowe:
1. FULL CIRCLE PASSPORT
Bilet ważny na jedno pełne okrążenie Islandii drogą nr 1 (tzw. Ring Road) bez ograniczenia czasu i ilości przystanków. Należy jedynie pamiętać, że w okresie od 1 października do 15 maja autobus nie kursuje na odcinku Akureyri Egilsstaðir Höfn. Za wszystkie wypady" poza Ring Road trzeba dodatkowo zapłacić.
Cena: 230 USD.
2.
FULL
CIRCLE PASSPORT + THE WESTFJORDS
Obowiązuje na przejazdy drogą nr 1 wraz z obszarem Zachodnich Fiordów (północno-zachodnia część Islandii)
Cena: 338 USD
3.
THE
OMNIBUS PASSPORT
Bilet uprawniający do podróży autobusem kursowym po całej Islandii (nie dotyczy przejazdów górskimi autobusami przez interior). Można kupić bilet ważny przez 1 do 4 tygodni. Zakupu można dokonać w każdy dzień tygodnia i bilet jest ważny dokładnie 7, 14, 21 lub 28 dni.
Ceny: 1 tydzień 250 USD, 2 tyg. 365 USD, 3 tyg. 475 USD, 4 tyg. 530 USD.
Ceny wybranych imprez
turystycznych biura BSI TRAVEL:
WYCIECZKI Z REYKJAVIKU:
1.
Wycieczki
autobusami kursowymi
a) Do Błękitnej Laguny.
Cena: 18 USD / 2-3 razy dziennie / przez cały rok.
b) Do Parku Narodowego Þingvellir.
Cena: 18 USD / raz dziennie / od 15.05 do 15.09.
c) Na wyspy Westmana (Westmannaeyjar).
Jest to grupa 15 wysp i 30 szkierów słynących jako oaza ptaków. Tylko jedna wyspa Heimaey jest zamieszkała (ok. 5000 mieszkańców). Można na niej zobaczyć skutki erupcji wulkanu z 1973 roku, która omal nie zniszczyła całej wyspy. Tylko dzięki ofiarności jej mieszkańców, którzy przez kilka dni polewali gorącą lawę wodą udało się uratować port przed zalaniem, a dzięki temu zachować sens zamieszkiwania wyspy. Do dziś wielkie wrażenie robią zatopione w lawie domy. Jest to atrakcja, której (mając fundusze) nie wolno przegapić! Autobus zawozi do Þorlakshöfn (1 godzina), skąd kursuje prom na Heimaey (2 godz. 45 min.).
Cena: 64 USD / raz dziennie / przez cały rok.
d) Wycieczka do Geysir i Gullfoss.
Cena: 42 USD / 1-2 razy dziennie / od 1.05 do 30.09.
e) Dookoła Snćfellsjökull.
Snćfellsjökull wspaniała, fotogeniczna góra położona w zachodniej Islandii. Miejsce gdzie Juliusz Verne rozpoczął swoją Podróż do wnętrza ziemi".
Cena: 86 USD / 5 razy w tygodniu / od 2.06 do 29.08 / czas trwania: 11 godzin.
f) Wycieczka do Skogafoss.
Cena: 50 USD / raz dziennie / przez cały rok.
2.
Wycieczki
autobusowe z przewodnikiem
a) Obserwowanie delfinów i waleni.
Autobus zawozi do Keflavik lub Sandgerði. Tutaj można wybrać dwa rejsy: krótszy (3 godz.) lub dłuższy (5 godz.). Podczas dłuższego rejsu statek podpływa również do wysp, gdzie na klifach można obserwować ptasie kolonie. Cena obejmuje przejazd autobusem, rejs statkiem oraz wizytę w Centrum Naturalnym.
Cena: 81 USD (krótszy) i 122 USD (dłuższy) / 4 razy w tygodniu / od 15.05 do 31.10.
b) Obserwowanie dużych wielorybów (Waleń Błękitny, Humpback itd.) w fiordzie Breiðafjörður.
Wycieczka obejmuje przejazd autobusem do Stykkisholmur, a stąd 6-7-godzinny rejs. Można wybrać się na rejs krótszy (3 godz.), podczas którego ogląda się mniejsze walenie, których jest tu pełno podczas lata.
Cena: 103 USD (krótszy) i 125 USD (dłuższy) / razy w tygodniu / od 15.06 do 31.08.
c) Podglądanie kolonii maskonurów.
Rejs rozpoczyna się w samym Reykjaviku (min. 4 pasażerów). Łódź zatrzymuje się na wyspie Viðey (30-40 minut postoju), gdzie są łatwe piesze ścieżki i można zobaczyć tysiące maskonurów, obejrzeć farmę i stary kościół.
Cena: 47 USD / raz dziennie / od 15.06 do 20.08 / czas trwania: 2,5 godziny.
d) Wizyta przy gorących źródłach w Krisuvik połączona z kąpielą w Błękitnej Lagunie.
Cena: 56 USD / raz dziennie / od 1.05 do 30.09 / czas trwania: 6 godzin.
e) Wycieczka Golden circle".
Przejazd na trasie Hveragerði Geysir Gullfoss Þingvellir.
Cena: 73 USD / 5-7 razy w tygodniu / cały rok / czas trwania: 8 godzin.
3.
Autobusowe
wycieczki przez górski interior.
a) Przez interior do Parku Narodowego Skaftafell.
Przejeżdża się przez Landmannalaugar obszar niezwykle zróżnicowanych gór, pól lawy i gorących źródeł. Autobus zatrzymuje się tu na 1,5 godz. Jest to czas, by np. zażyć relaksacyjnej kąpieli w ciepłym źródle. Dalej ogląda się wspaniały wodospad Ofćrufoss (1 godz. postoju), a później wycieczka prowadzi przez pole lawy Laki największy historyczny wypływ lawy na Ziemi, datowany na 1783-84 r. Lawa wydobywała się z rzędu kraterów Lakagigar. Po 11 godzinach dociera się do Skaftafell. Powrót dnia następnego.
Cena: 87 USD (w jedną stronę) / raz dziennie / od lipca do 7.09 (w zależności od przejezdności dróg).
b) Trasą Kjölur do Akureyri.
Mija się po drodze Geysir, Gulfoss, Hveravellir (tutaj istnieje możliwość przenocowania i kontynuacji podróży dnia następnego)
Cena: 87 USD (w jedną stronę) / raz dziennie / od lipca do 31.08 / czas trwania: 10,5 godziny.
c) Przejazd trasą Sprengisanður do Akureyri.
Cena: 87 USD (w jedną stronę) / raz dziennie / od 15.07 do 15.08 / czas trwania: 10 godzin.
4.
Autobusowe
wycieczki przez interior z przewodnikiem.
a) Z Reykjaviku do Myvatn przez interior.
Spędza
się cały dzień w interiorze, oglądając m.in. Herðubreið, Askja, lodowce
Vatnajökull, Hofsjökull i
Tungnafellsjökull, czarną pustynię, wodospady (np. przecudny Aldeyarfoss),
bazaltowe kolumny lawy. W cenę wliczony jest transport, przewodnik i piknik
lunch.
Cena: 185 USD (108 USD w jedną stronę) / 2 razy w tygodniu / lipiec - sierpień / czas trwania: 12 godzin.
5.
Imprezy dla
aktywnych.
a) Rafting kanionem rzeki Hvita.
Dojazd autobusem na miejsce startu. Po drodze zwiedza się Þingvellir, Geysir i Gullfoss.
Cena: 125 USD / 5 razy w tygodniu / czas trwania: 10 godzin.
b) Wycieczki na islandzkich konikach po ciekawych rejonach południowo zachodniej Islandii.
Cena: od 55 do 108 USD / czas trwania: 3-8 godzin.
c) Skuterem po lodowcu.
Impreza obejmuje dojazd do lodowca, a następnie wycieczki skuterami po lodowcu. W cenę wliczone jest wypożyczenie kombinezonu, okularów ochronnych i zwykle gorąca kawa. Z Reykjaviku organizowane są wycieczki na 3 lodowce:
- Snćfellsjökull cena 145 USD, organizowana 5 razy w tygodniu od 2.06 do 29.08, przejażdżka skuterem trwa 1,5-2 godziny.
- Myrdalsjökull cena 157 USD, organizowana raz dziennie od 15.06 do 15.09, przejażdżka skuterem trwa 1 godzinę.
- Langjökull cena 147 USD, organizowana raz dziennie od 1.07 do 31.08, przejażdżka skuterem trwa 1 godzinę.
6.
Jednodniowe
wycieczki lotnicze.
a) Lot do Akureyri, a dalej autobusem do Myvatn z przystankiem przy Goðafoss. W programie jest m.in. oglądanie pól gorącego błota Namaskarð, gorących podziemnych źródeł Grjotagja, czy też spacer do Dimmuborgir. Powrót samolotem z Akureyri.
Cena: 266 USD / raz dziennie / od 15.05 do 30.09 / czas trwania: 12 godzin.
b) Lot do Höfn, po czym autobusem do Jöklasel przy lodowcu Vatnajökull. Następnie uczestników czeka pełna atrakcji przejażdżka skuterem po lodowcu do kilku ciekawych miejsc. Na koniec pływanie amfibią wśród gór lodowych w lagunie Jökulsarlon. Powrót z Höfn do Reykjaviku.
Cena: 375 USD / raz dziennie / od 1.06 do 4.09 / czas trwania: 12 godzin.
c) Lot do Höfn, skąd wyrusza się jeepem na lodowiec Vatnajökull. Jadąc specjalnie przystosowanymi jeepami po lodowcu można oglądać Grimsvötn, Kverkfjöll i Herðubreið. Zjazd z lodowca w jego północno wschodniej części, po czym przejazd ciekawymi drogami przez Hallormsstaðarskogur do Egilsstaðir, skąd wraca się samolotem do Reykjaviku.
Cena: 405 USD / 6 razy w tygodniu / od 1.07 do 30.09 (w zależności od przejezdności górskich dróg) / czas trwania: 14 godzin.
d) Lot na wyspy Westmana połączony ze zwiedzaniem autobusem wyspy Heymaey.
Cena: 166 USD / raz dziennie / cały rok / czas trwania: 11 godzin.
7.
AIR BUS ROVER"
wycieczki lotniczo autobusowe.
Ideą tych imprez jest to, by turysta mógł obejrzeć Islandię z wysoka, lecąc w jedną stronę samolotem, a wracając autobusem poznać jej atrakcje. W większości wypadków można sobie wybrać, w którą stronę chce się lecieć, a w którą jechać autobusem. Podróżując tym systemem, podczas etapu autobusowego", można zrobić sobie dwie przerwy, a w czasie dłuższych podróży nawet trzy. Przykładowe ceny:
a) Reykjavik Akureyri trasą Sprengisanður (autobus)
Akureyri Reykjavik (samolot)
Cena: 172 USD
b) Reykjavik Akureyri (samolot)
Akureyri Reykjavik trasą Kjölur (autobus)
Cena: 165 USD
c) Reykjavik Isafjörður (aurobus i prom)
Isafjörður Reykjavik (samolot)
lub vice versa
Cena: 172 USD
d)
Reykjavik
Egilsstaðir przez Akureyri lub Höfn (autobus)
Egilsstaðir Reykjavik
(samolot) lub vice versa
Uwaga: Nie jest możliwy przejazd autobusem w ciągu 1 dnia.
Cena: 219 USD
Na AIR BUS ROVER" dzieci (4-11 lat) mają 50 % zniżki (młodsze za darmo). Generalnie wycieczki te organizowane są od czerwca do września.
WYCIECZKI Z INNYCH REJONÓW ISLANDII:
1. Z Akureyri przez Husavik można wyruszyć na bardzo popularną wycieczkę do Kverkfjöll.
Dzień 1 dojazd do Kverkfjöll.
Dzień 2 eksploracja lodowych jaskiń. Piesza wycieczka do grot utworzonych w lodowcu przez gorące źródła.
Dzień 3 powrót, podczas którego zwiedza się Askja i jezioro wulkaniczne Viti. Na koniec krótki przystanek nad Myvatn.
Cena: 196 USD / 2 razy w tygodniu / od 28.06 do 31.08.
2. Rejs łodzią z Husavik i oglądanie wielorybów.
Cena: 38 USD / 1-4 razy dziennie / od 1.05 do 20.09 / czas trwania: 3 godziny.
3. Z Myvatn (Reykhlið) do Askja oglądając po drodze Herðubreið. Na miejscu możliwość kąpieli w jeziorze kraterze Viti.
Cena: 82 USD / 3-7 razy w tygodniu / od 20.06 do 31.08 / czas trwania: 12-13 godzin.
4. Z Myvatn zwiedzanie Narodowego Parku Kanionu rzeki Jökulsa. Po kolei ogląda się wodospady Selfoss, Dettifoss i Hafragilsfoss (w tym miejscu kanion osiąga głębokość 120 m.). Dalej można obejrzeć: Hljoðaklettar (Skały echa") ścianę bazaltowych kolumn charakteryzujących się niezwykłą akustyką, Asbyrgi niezwykłe formacje skalne o wys. 90 metrów), a później na półwyspie Tjörnes kolonie maskonurów. Ostatni przystanek przed powrotem do Myvatn jest w Husavik. Istnieje możliwość przerwania wycieczki w Parku Narodowym lub Husavik (oglądanie wielorybów) i jej kontynuacja dnia następnego.
Cena: 64 USD / raz dziennie / od 20.06 do 5.09 / czas trwania: 10 godzin.
5. Zwiedzanie większości atrakcji obszaru Myvatn (Namaskarð, Dimmuborgir, Klasar, Hverfjall itd.).
Cena: 59 USD / raz dziennie / od 5.06 do 5.09 / czas trwania: 8 godzin.
6. Z Höfn bus wyrusza do Jöklasel. Stąd 1,5 godzinna przejażdżka skuterami po lodowcu Vatnajökull. Na koniec wizyta w lodowej lagunie Jökulsarlon, gdzie pływa się amfibią wśród gór lodowych.
Cena: 144 USD / raz dziennie / od 1.06 do 7.09 / czas trwania: 9 godzin.
7. Ze Skaftafell i Kirkjubćjarklaustur organizowane są wypady w interior do Lakagigar i Eldgja.
Cena: 40-75 USD / raz dziennie / lipiec i sierpień / czas trwania: 10-12 godzin.
Biuro BSI TRAVEL organizuje także ciekawe WYCIECZKI KILKUDNIOWE.
1. 5-cio dniowy wyjazd z Reykjaviku przez interior (w jedną stronę trasą Sprengisanður, powrót trasą Kjölur) do Myvatn połączony ze zwiedzaniem największych atrakcji leżących na tej trasie. Jedzenie i śpiwór należy załatwić we własnym zakresie. Cena takiej imprezy to 605 USD, wyjazdy organizowane są raz w tygodniu w okresie od 30.06 do 11.08.
2. Dla rządnych przygód organizowane są kilkudniowe rajdy na islandzkich koniach. Przykładowe ceny to: 358 USD za dwa dni, 469 USD za trzy dni i 912 USD za 7-dniowy rajd.
3. Również tuptacze" znajdą tu coś dla siebie. 6-cio dniowa marszruta na trasie Þorsmörk Landmannalaugar i vice versa kosztuje 201 USD. W cenę wliczony jest dojazd górskim autobusem z Reykjaviku, powrót oraz 5 noclegów w górskich chatach.
Ceny popularnych REJSÓW PROMOWYCH.
1.
Stykkisholmur Flatey Island (ptasia wyspa) Brjanslćkur.
Cena: 23
USD / raz dziennie / czas trwania rejsu: 2 godz. 45 min.
2. Akureyri Grimsey Island
Wyspa Grimsey jest najbardziej na północ położonym skrawkiem Islandii. Przez nią przechodzi linia koła polarnego, w związku z czym można tu otrzymać dyplom zaświadczający jego przekroczenie.
Cena: 64 USD / 2 razy w tygodniu.
3.
Þorlakshöfn
Wyspy Westmanna
Cena: 23 USD / 1-2 razy dziennie / czas trwania rejsu: 2 godz. 45 min.
Zasobniejsi w gotówkę
turyści mogą wyruszyć na GRENLANDIĘ.
1. 3, 4 lub 5-cio dniowa wycieczka na wschodnie wybrzeże do Ammassalik.
Impreza obejmuje lot z Keflavik do Kulusuk, następnie przelot śmigłowcem do oddalonego o 30 km Ammassalik, gdzie uczestnicy zostają zakwaterowani w hotelu. Z Ammassalik organizowane są atrakcyjne wypady (za które niestety trzeba płacić osobno i to słono") np. do Doliny Kwiatów, oglądanie gór lodowych, kilka rejsów łódką do ciekawych miejsc, czy też przelot śmigłowcem nad lodowcem Mitivagkat. W cenę wycieczki wliczony jest transport z Islandii, przelot śmigłowcem do Ammassalik, zakwaterowanie w hotelu, obiado-kolacje oraz powrót na Islandię.
Ceny: 755 USD 3 dni, 840 USD 4 dni, 925 USD 5 dni. Organizowane są od 17.06 do 31.08
2. Można spędzić również 3-5 dni na zachodnim wybrzeżu w Narsaq lub Narsarsuaq. Ceny wahają się od 1000 do 1200 USD za podobne jak wyżej usługi.
Zdaję sobie sprawę, że ceny wycieczek po Islandii są bardzo wysokie i nie na kieszeń większości globtroterów, ale może warto przed wyjazdem odłożyć pewną kwotę na tę jedną, wymarzoną imprezę?
Informacje dla miłośników
roweru.
Na Islandii bez problemu można wypożyczyć górski rower. Ceny w biurze BSI TRAVEL:
1 dzień 18 USD, 1 tydzień 108 USD, 2 tygodnie 195 USD, 3 tygodnie 225 USD, 4 tygodnie 295 USD. Rower wypożyczyć można w każdym dniu tygodnia i otrzymuje się do niego zapięcie, zestaw narzędzi z łatkami, pompkę i bidon. Za dodatkową opłatą (2,50 USD za dzień) można wypożyczyć komplet sakw.
Posiadacze karty OMNIBUS PASSPORT mogą wypożyczyć rower z 50% zniżką, zaś dla posiadaczy FULL-CIRCLE PASSPORT zniżka wynosi 20%.
Bez kłopotu można przewieźć rower autobusem. Ponieważ liczba jednośladów, która może być zabrana jednym kursem jest ograniczona, obowiązuje zasada kto pierwszy ten lepszy". Nie ma możliwości wcześniejszej rezerwacji miejsca na rower. Ceny biletów 6 USD na trasie do 100 km i 8,50 USD na trasie dłuższej.
Z Reykjaviku można wyruszyć na zorganizowaną, unikalną rowerową wycieczkę po polach lawy półwyspu Reykjanes, zakończoną odprężającą kąpielą w Błękitnej Lagunie. Czas trwania 5-6 godzin, dystans rowerowy 38 km, cena 70 USD (wliczone wypożyczenie roweru z bidonem, przeciwdeszczowy ubiór, eskorta jeepa, piknik lunch, powrót busem do Reykjaviku), organizowane są 5-7 razy w tygodniu od czerwca do sierpnia, wymagane minimum 3 osoby.