Monika Witkowska

 

W KRAINIE LODU I RENIFERÓW

Pewnego grudniowego poranka popatrzyłam przez okno pełna złości: co to za zima bez śniegu!? I wymyśliłam. Dosyć jeżdżenia zimą w tropiki lub na narty na południe Europy (o ile południem można nazwać włoskie Dolomity). Tym razem pojadę tam, gdzie jest zimno, trwa polarna noc i też jest egzotycznie, choć inaczej. Zamiast palm - sosny pokryte śnieżnymi czapami, zamiast ananasów - mięso renifera, zamiast Krzyża Południa na niebie - zorza polarna. Znałam już Laponię fińską i norweską, ale z wędrówek letnich, czemu więc zimą nie pojechać do Laponii szwedzkiej? Jak pomyślałam, tak zrobiłam. W niespełna dwa miesiące później, w środku nocy, wylądowałam w położonej 140 km za kręgiem polarnym Kirunie.

Termin wybrałam nieprzypadkowo. W ostatni weekend stycznia odbywa się w Kirunie Festiwal Śniegowy, w ramach którego rozgrywane są mistrzostwa w rzeźbach śnieżnych.

Natomiast zawsze w pierwszy weekend lutego (właściwie - od czwartku do niedzieli) w Jokkmokk, tuż przy kręgu polarnym, już od 394 lat odbywa się targ, na który zjeżdżają Saamowie (tak nazywają się mieszkańcy Laponii) z całej Skandynawii.

Jako znany zmarzluch (tropiki znoszę świetnie) najbardziej obawiałam się zimna. Dzień przed moim przylotem termometry w tym rejonie wskazywały -51 stopni. Ale nie było wcale tak źle - wręcz przeciwnie - przeziębiłam się dopiero po powrocie do Polski. A jechać na  północ warto, bo naprawdę jest tam i ciekawie, i pięknie.

 

 

TERMIN WYJAZDU: przełom stycznia i lutego 1999 r.

 

CZAS TRWANIA:  11 dni

 

EKIPA:  w pojedynkę

 

TRASA: Szwedzka Laponia (Kiruna, Abisko, Jukkasjärvi, Jokkmokk)

 

DOLOT: Wyboru nie ma - swoje usługi oferują na tej trasie tylko Skandynawskie Linie Lotncize SAS. Przelot Warszawa-Kiruna, z przesiadką w Sztokholmie w styczniu 1999 roku kosztował wraz z podatkami ok. 2000 zł. Alternatywą (tańszą) dla przelotu może być dojazd pociągiem przy zastosowaniu biletu Inter-Rail.

 

WALUTA: korony szwedzkie (SEK). Możemy kupić je w polskich kantorach (w tym czasie 1 SEK = 0,47 zł), albo też na miejscu wymienić dolary, marki. Na lotnisku Amanda w Sztokholmie w lutym 1999 roku przelicznik wynosił 7,73 SEK za 1 USD, przy czym w zależności od sumy pobierano opłaty manipulacyjne (do 100 koron - bez opłat, 101-500 SEK - 20 SEK opłaty, 501-2000 SEK - opłata 25 SEK itd.).

 

KOSZTY: Niestety, wyprawy na północ Szwecji raczej nie można zaliczać do niskobudżetowych, zwłaszcza zimą. Kraj to w ogóle stosunkowo drogi, a przy trzaskającym mrozie trudno oszczędzać. Ciepłe posiłki są konieczne, spać pod namiotem raczej trudno (choć spotkałam Niemców, którzy namiot wzięli), a w zamieci śnieżnej nie liczmy na stopa. Poza tym jakoś trzeba się na tą daleką Północ dostać.  Uważam, że przy i tak oszczędnym trybie podróżowania, mniej więcej 30 dolarów dziennie wydać musimy. Na pocieszenie zapewniam, że zimowa Laponia jest tego warta.

 

POGODA:  Na mój przyjazd się ociepliło, tzn. z temperatury -51 stopni, które termometry w Jukkasjärvi pokazywały dzień wcześniej, zrobiły się "tropiki"”" czyli ok. -30, -35 stopni.  Były dni piękne (słoneczko, błękitne niebo, skrzący się śnieg), były też i takie, kiedy zamiecie i panująca na dworze szarówka wcale nie zachęcały do wyjścia gdziekolwiek.

 

NOC POLARNA: To bzdura, że rzekomo cały czas jest ciemno. Gdy mówiłam miejscowym, że tak u nas myśli się o nocy polarnej, wywoływało to pełen politowania dla naszej niewiedzy uśmiech. Noc polarna polega na tym, że przez kilka miesięcy nie widać na niebie słońca, natomiast  przez kilka godzin w ciągu dnia jest prawie normalnie widno.

 

PRZEWODNIKI: Niestety nie ma "Lonely Planet" o Szwecji. Korzystałam z przewodnika "Szwecja" wydawnictwa "Pascal" (tłumaczenie serii "The Rough Guide"), "Sweden" - anglojęzycznej serii "Blue Guide" oraz "Scandinavia" - anglojęzycznej wersji "Michelina". W każdym z nich Laponia traktowana jest dość marginalnie, choć najwyżej oceniam "Michelina". Poza tym wspomagałam się materiałami z Ambasady Szwecji w Warszawie oraz z miejscowych punktów informacji turystycznej.

 

INFORMACJA TURYSTYCZNA:

ˇ      w Kirunie: tel. (46) (0)98 01 88 80, fax (48) (0)980 182 86, e-mail: lappland@kiruna.se

ˇ      w Jokkmokk: tel. (46)(0)97112140, fax 97117289,

e-mail: jokkmokk.turistbyra@jokkmokk.se   http://www.jokkmokk.se/turism

ˇ      w innych miejscowościach - praktycznie każda miejscowość odwiedzana przez turystów posiada punkt informacji turystycznej. Poza tym na foldery, ulotki, plany miast możemy liczyć także w muzeach, schroniskach, czasem nawet w sklepach

ˇ      na stronach internetowych, np. www.lappland.se

ˇ      przed wyjazdem - bardzo dużo ciekawych materiałów otrzymać można w Ambasadzie Królestwa Szwecji w Warszawie, ul. Bagatela 3

 

SYSTEM MIAR I WAG: Wszystko tak jak w Polsce, choć często przy odległościach podaje się mile. 1 mila to 10 km.

 

ELEKTRYCZNOŚĆ: wtyczki takie jak u nas, napięcie też

 

BEZPIECZEŃSTWO: Szwecja to kraj bardzo bezpieczny. Nikt nikogo bez powodu raczej nie zaczepia, kradzieże to ewenement, bez problemów można spacerować późną nocą.

 

TELEFONY:

ˇ      Ze zwykłych telefonów najtaniej jest korzystać wieczorami - karta na 30 impulsów (za 30 SEK) starczyła mi na dwie, zupełnie wystarczające rozmowy z Polską.

ˇ       Połączenie lokalne kosztuje 2 korony.

ˇ      Jeśli chodzi o telefony komórkowe to jako abonent sieci ERA-GSM nie miałam żadnych problemów z łącznością. Do wyboru są 3 miejscowe sieci: Telia, Europol i Comviq. Dzwoniąc ze Szwecji do Polski (i z "komórki", i ze zwykłego telefonu) wykręcamy 009-48.

ˇ      Dla dzwoniących z Polski: kierunkowy do Szwecji to 0046.

 

NOCLEGI:

- w Kirunie wybór jest całkiem niezły. Oto niektóre możliwości, tanie i drogie:

ˇ       hotele - najlepszy jest położony idealnie w centrum "SCANDIC Hotel Ferrum", adres: Lars Jansongatan 15, tel. (46) 0980398600; pokój 1-osobowy zimą 1999 roku kosztował  1085 SEK, dwuosobowy 1550 SEK (śniadanie już wliczone); w weekendy ceny hoteli obniżane są o ponad 1/3

ˇ       hostele - najtańsze i najpopularniejsze są:

Ø   STF Vandrarhem przy Bergmastaregatan 7; ceny: 120 SEK w pokoju 3-4 os., 140 SEK w pokoju 1-2 osobowym; dodatkowo musimy liczyć 40 SEK za pościel

Ø   Yellow House przy Hantverkaregatan 25; ceny: 120 SEK w dormitorium, 150 SEK w trójce, 200 SEK w dwójce, 300 SEK w trójce; dodatkowo  50 SEK za pościel, 50 SEK za śniadanie

ˇ      kwatery prywatne - całkiem sensowne warunki można mieć już za 150 SEK

 

W rezerwacji noclegów zarówno w Kirunie, jak i w jej okolicach (Abisko, Nikkaluokta i in.) pomoże nam kontakt z informacją turystyczną w Kirunie (-> "informacja turystyczna").

 

- w Jukkasjärvi -kompleks Hotelu Lodowego (Ice Hotel)

ICE HOTEl, Marknadsvagen 63, 981 91 Jukkasjärvi

tel. (+46) (0)980 - 66 800, fax - 66 890

e-mail: reception@icehotel.com

http://www.icehotel.com 

Ceny:

 > bungalowy (dwa oddzielne pokoje, w sumie 4 łóżka, prysznic, WC, wyposażona kuchnia) - grudzień-kwiecień 1000 SEK/ noc (maj-listopad 700 SEK/noc) + pościel 65 SEK od osoby + śniadanie 65 SEK/os.; serwis sprzątaczki przed wyjazdem 200 SEK/os.     

> ICE hotel                  pn.-środa             czw.-niedz. (ceny w SEK)

 Pok. 1 os.                   1000              1200

pok. 2 os.                     650/os.           750 /os.

apartament                   850                 950

wstęp (zwiedzanie)          60                 60

 

- w Jokkmokk

> schronisko młodzieżowe: STF Vandrarhem Jokkmokk, Asgard, Asgatan 20, 962 31 Jokkmokk, tel./fax 0971 559 77; ceny - ok. 120 SEK

Uwaga: w okresie Zimowego Jarmarku Saamów w lutym noclegi są zaklepane już kilka miesięcy wcześniej. Oznacza to także raptowny wzrost cen - nocleg na kwaterze prywatnej (kiepski pokój, bez śniadania) kosztuje wtedy nawet 400 SEK. Podczas ostatniego jarmarku organizatorzy zadbali jednak o tych, którzy przyjechali "w ciemno", a pieniędzy raczej nie mieli i udostępnili im za symboliczne 50 SEK od osoby podłogę w miejscowej szkole.

 

TRANSPORT:

ˇ      Mimo srogiej zimy drogi są na ogół bardzo dobrze utrzymane, na bieżąco odśnieżane.

ˇ      Autobusy jeżdżą co do minuty.

ˇ      Dworce po godzinach kursowania autobusów (a już na pewno nocą) - są zamknięte.

ˇ      Poszczególne linie (także długodystansowe) mają swoje numery, co bardzo ułatwia turystom orientację (numer linii jest na autobusie i na wydrukowanych rozkładach jazdy). Na przykład linia Gällivare-Jokkmokk ma numer 44, zaś na trasie Kiruna-Jukkasjärvi kursują autobusy linii 501.

ˇ      W dni weekendowe i świąteczne znacznie maleje częstotliwość kursowania autobusów.

     Na linii Kiruna-Jukkasjärvi w normalne dni kursuje 8 autobusów dziennie, a w

     sobotę i niedzielę w ogóle nic nie jeździ!

ˇ      Taksówki są dość drogie. Na przykład z lotniska w Kirunie do miasta zapłaciłam 160 SEK. Lepiej wynająć za pośrednictwem biura turystycznego taksówkę zbiorową za 240 SEK (przy 8 osobach daje to jedynie koszt 30 SEK na pasażera).

ˇ      Ceny transportu:

Ø   autobusy - za przejazd z Kiruny do Jukkasjärvi (20 minut) zapłacimy 20 SEK, za bilet Kiruna-Jokkmokk (ok. 140 km) - 155 SEK.

Ø    pociąg - trasa Kiruna - Abisko (ok. 100 km) kosztowała mnie 100 koron. Zniżki na legitymację ISIC nie przysługują.

ˇ      Na autostop lepiej nie liczmy - ruch jest stosunkowo mały, mamy szansę nieźle zmarznąć (postójmy z godzinkę w zawiei śnieżnej to zobaczymy), a kierowcy raczej niechętnie zabierają.

 

WYŻYWIENIE:

Jeśli bardzo zależy nam na obniżeniu kosztów, niektóre produkty możemy wziąć z Polski. Przy założeniu noclegów w schroniskach, zawsze będziemy mogli skorzystać z kuchni. Na miejscu jedzenie jest stosunkowo drogie, oczywiście najtańsze w supermarketach.

Wybrane ceny z supermarketu (w SEK)

    zupka chińska                                               4,70

   chleb (najtańszy, przeceniony, 600 g)            10

   cola (0,5 l)                                                     9,70

   cola 1 l                                                         13,90

   kiełbasa z renifera                                         30-50

 

CO WARTO ZABRAĆ:

ˇ      grzałkę, kubek  - nie ma to jak gorąca herbata czy zupka typu "gorący kubek", gdy zmarznięty człek wraca do pokoju. Oczywiście można pójść do restauracji, ale po pierwsze - nie zawsze ona w pobliżu jest, po drugie - często wymaga to ponownego wyjścia na mróz, po trzecie - ceny w Szwecji odbierają niekiedy apetyt

ˇ      ubranie polarowe -> "ubranie"

ˇ      okulary przeciwsłoneczne - odblask od śniegu bywa naprawdę niesamowity

ˇ      ochraniacze na spodnie - dzięki nim nie przemoczymy nogawek i śnieg nie nasypie nam się do butów

ˇ      krem (tłusty) do smarowania twarzy + tłusta szminka  (bezbarwna wazelina)

ˇ      jedzenie - zupki typu gorący kubek, czekolada na gorąco (w proszku), suche kiełbasy, słodycze - to, co kaloryczne

 

UBRANIE:

Jedyna słuszna zasada ubierania się w tym klimacie to "na cebulkę". W moje wersji (czyli zmarzlucha do potęgi) wyglądało to tak: leginsy, kalesony polarowe,  grube dżinsy, 2 pary skarpet wełnianych, buty goreteksowe. Od góry: bluzka polarowa (polar 100), na to bluza polarowa (polar 200) + rozpinany polar 300, a na wierzch kurtka goreteksowa. Na głowę czapka wełniana, na dłonie - rękawiczki (czasem nawet dwie pary). To był standard. W zasadzie nawet przy -35 ogólnie nie marzłam - jedyny problem miałam z palcami u nóg i rąk (nawet najgrubsze rękawice ani skarpety nie okazywały się skuteczne. Ale kończyny marzną mi zawsze). Uwaga: rękawice narciarskie, które miałam, nie spisywały się najlepiej. O wiele lepsze były kupione w Kirunie rękawice z wełny tamtejszych owiec.

Na wycieczkę na skuterach śnieżnych dostałam dodatkowe ubranie - kombinezon, buty  typu ciepłe kalosze, specjalne rękawice i czapkę-uszankę z sierści renifera. Czułam się jak kosmonauta, ale nawet przy dużej szybkości było mi ciepło.

Czasami, przy wędrówkach przez głęboki śnieg, na spodnie zakładałam ochraniacze ortalionowe. Oczywiście zawsze byłam nasmarowana tłustym kremem (zwłaszcza policzki, nos, uszy). W słoneczne dni nosiłam okulary.

 

PROGRAM:

ˇ      Chyba trafionym pomysłem było potraktowanie Kiruny jako bazy wypadowej, dzięki czemu podczas wypadów do poszczególnych miejsc nie musiałam zabierać całego, wielkiego bagażu.

ˇ      Z Kiruny można zrobić sobie wypad do norweskiego Narviku, choćby po to, by odwiedzić tam groby polskich żołnierzy (na dwóch cmentarzach), zobaczyć pomnik "Groma" i wpaść do bardzo ciekawego Muzeum Wojny, zw. też Muzeum Czerwonego Krzyża. Przy dobrej organizacji (dojazd pociągiem, autobusem) obrócimy z powrotem do Kiruny nawet w ciągu jednego dnia.

 

ˇ      Co warto zobaczyć? (tam gdzie wykrzyknik - dane miejsce polecam szczególnie)

 

Ø   Kiruna - kościół (!), ratusz , kopalnia LKAB(!!!), podziemna hodowla grzybów(!!), Samergarden (muzeum Saamów), w końcu stycznia - Snow Festiwal (koncerty, pokazy, wyścigi, konkurs rzeźb ze śniegu) (!)

Ø   Jukkasjärvi - kościółek z XVII wieku (!), mini-skansen, Hotel Lodowy(!!!) - naprawdę zbudowany z lodu i śniegu! W środku panuje temperatura -5 stopni, a śpi się na lodowych łóżkach; wycieczki (skuterami śnieżnymi, psim zaprzęgiem) (!!!)

Ø   Esrange - centrum kosmiczne (!!)

Ø   Abisko - przewodniki piszą dużo o szlaku Kungsleden (500 km), o pięknych widokach, zwłaszcza na słynną Lapporten - do sprawdzenia. Ja w mgle i zawiei nie widziałam nic...

Ø   Gällivare - panorama ze wzgórza Dunret, kościół Lappkytka, kopalnia w Malmberget

Ø   Jokkmokk - Ajtte - muzeum gór i kultury Saami(!); kościoły - stary kościół Saamów oryginalnie z XVIII w. (po pożarze - współczesna rekonstrukcja) i nowy - z XIX wieku; linia Koła Podbiegunowego (Kręgu Polarnego) - zaznaczona tablicami w 2 miejscach, tj. na 2 drogach dojazdowych (nr 97 i 45) do Jokkmokk (ok. 10 km od miasteczka). No ale przede wszystkim warto tu zobaczyć Zimowy Targ (!!!), na który zjeżdżają Saamowie z całej Skandynawii. Tegoroczny targ był już 394. w historii.

 

DOBRE RADY:

ˇ      Jeśli się z kimś umawiamy a nie znamy miasta, zawsze pewnym miejscem jest tzw. Folkets Hus, czyli odpowiednik lokalnego domu kultury. Praktycznie każde miasto budynek taki ma, zazwyczaj w samym centrum, i co ważne - wszyscy wiedzą, gdzie się on znajduje.

ˇ      Fotografującym radzę zabrać zapas baterii (na miejscu są, ale drogie), gdyż przy dużych mrozach wyładowują się one wyjątkowo szybko. Jeśli mamy bardziej profesjonalny sprzęt, warto zaopatrzyć się w tzw. batery pack na baterie "paluszki"-akumulatorki, ale oczywiście wtedy musimy pomyśleć też o ładowarce. Zarówno aparat, jak i baterie w miarę możliwości dobrze jest chronić przed zimnem.

ˇ      Nie mówmy o rodowitych mieszkańcach północnej Skandynawii (dotyczy także Norwegii, Finlandii, a nawet niektórych terenów Rosji) - Lapończycy, lecz Saamowie. Oni sami tak właśnie siebie nazywają, szczycąc się swoimi zwyczajami, kulturą i językiem.

ˇ      Jeśli prowadzimy samochód, bierzmy pod uwagę realia zimowej jazdy, ale także - możliwość zderzenia z reniferem, o czym zresztą na ogół ostrzegają znaki.

ˇ      W Sztokholmie mam trochę czasu, to i owo więc sprawdzam. Kilka wniosków: * strefa wolnoclowa jest tu ogólnie droga      * ze wszystkich samolotów wychodzi się rękawami, co oznacza, że w porcie wylotu spokojnie możemy schować kurtkę i nie nosić jej niepotrzebnie    * jeśli nam się nudzi, a złaknieni jesteśmy informacji w rodzimym języku - skorzystajmy z Robert`s Cafe zlokalizowanej w centrum lotniska, w tzw. Sky City pomiędzy terminalem międzynarodowym i krajowym. Wśród licznych wykładanych w tej kafejce gazet jest także nasza "Wyborcza", "Rzeczpospolita", "Życie" oraz "NIE"  *nie zostawiajmy kupna pocztówek na lotnisko - są bardzo drogie (10 SEK)    * jeśli wylatujemy ze Szwecji, a nie zdążyliśmy wysłać pocztówek,  spokojnie możemy to zrobić na lotnisku - są zarówno skrzynki, jak i poczta     * w przypadku, gdy mamy naprawdę dużo czasu, możemy wybrać się do miasta. Bezpośredni, ekspresowy autobus kosztuje 60 koron, za 30 koron możemy kombinować z wersją przesiadkową autobus + pociąg.

 

PRZYKŁADOWE CENY (W KORONACH SZWEDZKICH)

ˇ      taxi z lotniska w Kirunie do centrum miasta                                     160

ˇ      taksówka zbiorowa z centrum Kiruny na lotnisko                            240

ˇ      karta telefoniczna na 30 impulsów                                               30-40

ˇ      lokalna rozmowa telefoniczna                                                             2

ˇ      automatyczna skrytka na przechowanie bagażu na dworcu autobusowym w Gällivare     

                                                                                                           15/doba

ˇ      pociąg Kiruna-Abisko                                                                               100

ˇ      autobus Kiruna-Jukkäsjarvi                                                                         20

ˇ      autobus Kiruna-Gällivare-Jokkmokk                                                         155

ˇ      piwo na dyskotece                                                                          45

ˇ      wstęp na dyskotekę                                                                                    80

ˇ      kawa                                                                                                          15

ˇ      hot dog w fast-foodzie                                                                           15-20

ˇ      zestaw napój + hamburger + frytki w fast foodzie                       45-50

ˇ      znaczek na pocztówkę w Europie                                                                7

ˇ      pocztówka                                                                                                  4

 

 

 

 

Dzień po dniu w skrócie

 

29 stycznia      Warszawa - Sztokholm - Kiruna

Po przesiadce w Sztokholmie około 22.00 ląduję w Kirunie. Wychodząc z samolotu czuję się jak w innym świecie. Wokoło tylko przestrzeń, biel śniegu, przez co noc nie jest tak ciemna.  Żadnych oznak cywilizacji.  Nie widać żadnych świateł miasta, mam wrażenie, że jestem na śniegowej pustyni. Wszyscy jakoś szybko opuszczają niepozorny budynek lotniska - przylecieli tu przeważnie na odwiedziny do żołnierzy w miejscowej jednostce. Okazuje się, że do miasta jest kawał drogi, a żadnego transportu nie ma. Kilka taksówek, które się pojawiły, błyskawicznie się rozjechało, a do ostatniej pakuje się jakaś rodzinka i już się z nimi nie zmieszczę. Jest cholernie zimno, a na dodatek wojak opiekujący się lotniskiem właśnie zamyka ostatni zamek i gdzieś sobie idzie. Trochę jest zaskoczony, dlaczego tu stoję, w końcu przez radiostację wzywa jeszcze jedną taxi.

Po drodze wypatruję zorzy polarnej. Taksówkarz mówi, że bywają, ale on już nawet nie zwraca na nie uwagi. Za kurs do miasta, zgodnie z urzędowym cennikiem, inkasuje 160 koron. Już po północy kwateruję się w całkiem miłym pokoju. Padam ze zmęczenia...

 

30 stycznia                Kiruna

W ciągu godziny znam już prawie całą Kirunę (godzina na obejście tej metropolii zupełnie wystarczy), ale nie nudzę się, bo w ramach Festiwalu Śniegowego sporo tu się dzieje. Wśród atrakcji są wyścigi zaprzęgów reniferowych, przejażdżki zaprzęgami psów, Mistrzostwa Szwecji w Rzeźbach Śniegowych. To już któryś z kolei dzień festiwalu (ostatni), ale tak naprawdę codziennie program był podobny i dla cudzoziemca jeden dzień tutejszych atrakcji w  zupełności wystarczy. Najciekawsze są rzeźby śniegowe w miejscowym parku, a te najpiękniej wyglądają po zmroku, gdy są podświetlane.

Okazuje się, że Kiruna zimą stanowi główną bazę ekip testujących samochody. Na początek zaprzyjaźniam się z chłopcami z Volvo (Holendrzy i Francuzi), przez których zostaję wyciągnięta wieczorem na dyskotekę (dla gości spoza hotelu wstęp 80 SEK). Dyskoteka jak dyskoteka - przede wszystkim tłum pijanych młodych Szwedów.

 

 31 stycznia            Kiruna - Abisko - Kiruna

Dzień upływa mi pod znakiem wycieczki pod norweską granicę, w okolice Abisko. W tamtą stronę jadę pociągiem (100 SEK), dojeżdżając do stacji Bjorkliden (dwa przystanki za Abisko). Jak opowiadają poznani w czasie jazdy Szwedzi jest tam ponoć super ładnie, można pojeździć na nartach (wyciągi, nartostrady różnej trudności) - po prostu rewelacja. Rzeczywistość jest inna. Włażę na wskazaną górę, ale zamiast widoków jest szaro i mgliście. A wyciągi - nie chodziły bo sezon rozpoczyna się dopiero za dwa tygodnie. Na dodatek schronisko zamknięte, żadnych ludzi. Próba spaceru po górach kończy się dość szybko, tzn. w pierwszej zaspie. Cóż robić, wracam do stacji i podjeżdżam pociągiem do stacji Abisko-Turiststation (Abisko ma dwa przystanki). Tam z kolei ma być festyn z okazji powitania słońca. Po miesiącach nocy polarnej tego dnia po raz pierwszy pojawia się ono na niebie. Ale że jest pochmurno - słońca nie widać, festyn więc przełożono. Miejscowe schronisko także zamknięte na cztery spusty. Trochę to dziwne, bo w folderach reklamowane jest całoroczne, tym bardziej że swój początek (lub koniec, zależy jak idziemy) ma tutaj najsłynniejszy szwedzki szlak górski - 500 km Kungsleden (Szlak Królewski). W końcu szczękając zębami z zimna znajduję jakiegoś pracownika, ale pytanie o możliwość wypicia herbaty spotyka się z ponownym uświadomieniem mi: "nieczynne". I znowu - "Przyjedź za 2 tygodnie, podczas ferii zimowych". Na pocieszenie idę przez zaspy (tylko 200 m) do jedynej dostępnej w tym czasie atrakcji turystycznej - mini-skansenu Saamów. Właściwie to kilka rozwalających się budowli, ale dobre i to. Słynnej doliny zwanej Lapporten (Brama do Laponii) oczywiście przy tej widoczności nie widzę; nie pozostaje mi nic innego, jak kupić pocztówkę.

   Spacer 2 km do Abisko międzynarodową (bo  prowadzącą z Narviku) szosą uświadamia mi, że na autostop raczej nie ma co liczyć. Mało co jeździ, a jak już jeździ, to nie zabiera. Dopiero w Abisko zatrzymują się śmieszne, małe samochody, jak się okazało - nowe modele autka "Smart" testowane przez Niemców. Moi dobroczyńcy nie dość, że jadą do Kiruny, to jeszcze mieszkają w tym samym hotelu.

Wieczorem spotykam się na piwie z kolegami z Volvo. Próbuję namówić ich do wspólnej imprezy integracyjnej z poznaną tego dnia ekipą Mercedesa. Okazuje się, że większej gafy popełnić chyba nie mogłam...

 

1 lutego                        Kiruna - Jukkasjärvi

Wstaję bladym świtem, a właściwie dużo przed świtem, bo o 6.30, a rozwidnia się o tej porze około 9.00. Zostawiam w depozycie w hotelu duży plecak i tylko z małym robię 3-dniowy wypad do Jukkasjärvi. Najpierw jednak zwiedzam położone ok. 40 km na północny-wschód od Kiruny Centrum Kosmiczne Esrange. Ogólnie - wyższa technika - komputery, wielkie anteny, balony wynoszące w stratosferę sondy atmosferyczne, satelity telekomunikacyjne...

Z Centrum samochodem rozwożącym pocztę cofam się do Jukkasjärvi. Tego dnia mam nocować w hotelu lodowym, co oznacza, że do wieczora muszę coś z sobą zrobić, bo w pokoju ze śniegu i lodu dłużej niż pół godziny trudno wytrzymać. Poza tym trudno mówić o typowym pokoju - nie ma tam ani szaf, ani drzwi, i co chwilę zaglądają ciekawscy turyści. Większość śpiących w Ice Hotelu wynajmuje dodatkowo zwykły bungalow - to także zabezpieczenie, na wypadek gdyby w nocy za bardzo zmarzli. No ale to dodatkowe, dość wysokie koszty.

Zostawiam bety w specjalnej szatni i idę zobaczyć wioskę. Zaglądam do mini-skansenu (wstęp 50 SEK), potem docieram na koniec tej naprawdę długiej osady, do uroczego drewnianego kościółka (wstęp za darmo). We wnętrzu jest bardzo ładny tryptyk z Saamami w regionalnych strojach. W książce, która wystawiona jest na sprzedaż wyczytuję (strona 11), że w 1804 roku pojawił się tu polski ksiądz Józef  Euzebiusz Jabłonowski. Tabliczka go upamiętniająca wisi  na  plebani - niestety zamkniętej.

Po południu zwiedzam Hotel Lodowy. W kaplicy trafiam na ślub dwójki Anglików. Noc poślubną spędzą oczywiście na lodowym łóżku.

Wieczorem zjawia się w hotelu wycieczka Rosjan. Mają problemy z dogadaniem się, więc im pomagam, a potem - lądujemy w lodowym barze. Bar, zwany Absolut Bar (wiadomo kto ma nad nim patronat) "lodowy" jest pod każdym względem - nawet szklanki zrobione są z lodu! Trzeba szybko pić, bo inaczej drink zamarznie!

Przed położeniem się spać - trudna decyzja: jak w panującej w pokoju temperaturze (w lodowym hotelu panuje stała temperatura około -5 stopni) rozebrać się do spania? W końcu zostaję w swej polarowej bieliźnie i ładuję się do śpiwora, który ponoć stanowi wyposażenie szwedzkiej armii na zimowych poligonach. Nawet nie jest  tak źle - lodowe łóżko przykryte skórami z renifera wcale nie jest takie zimne. Na głowę nakładam czapkę, za to nieopatrznie nie domykam zamka błyskawicznego przy nogach. Efekt - budzę się w nocy i pół godziny rozcieram stopy.

 

2 lutego                     Jukkasjärvi

Mimo odmrożonego policzka - świetny dzień!

Na lodowym łóżku śpi się doskonale. Rano obsługa budzi mnie, podając szklankę gorącego soku z cytryny, chyba zamiast polopiryny. Potem gonię do sauny, wygrzewam się i niczym młody bóg zjawiam się na śniadaniu.

Cały prawie dzień spędzam na skuterze śnieżnym. Fantastyczna zabawa. Jest nas mała grupka - dwaj poznani w barze Angole, ja i nasz przewodnik - Mikolas. Początkowo jeździmy wolno i ostrożnie, ale potem - szaleństwo na całego. Na zamarzniętej rzece służącej jako autostrada biję rekordy prędkości. Wprawdzie skala prędkościomierza pokazuje mi limit 200 km/h, ale dochodzę tylko do 80 km/h. Więcej nie mogę, bo w goglach nic nie widzę, a bez gogli zamarzają mi oczy. Nie mniej pasjonująca jest jazda przez las. Dwa razy ląduję w zaspie, ale w końcu nabieram wprawy. Cała sztuka to odpowiednie manipulowanie gazem, no i balansowanie ciałem. W połowie dnia, gdzieś w środku lasu przy obozowisku drwali, gotujemy na ognisku zupę z łososia i gulasz z renifera. Do popicia - kawa z... serem. Wracamy już po zmroku, na światłach.

Przed jazdą na skuterze śnieżnym warto się odpowiednio ubrać. Ja pożyczyłam sobie specjalny kombinezon, czapkę wyściełaną futrem reniferowym, porządne rękawice. Na twarz nałożyłam grubą tapetę kremu, ale i tak, mimo że było tylko -15 stopni, błękitne niebo, słoneczko - policzek odmroziłam. A sama jazda? Prawa jazdy nie trzeba, ale trzeba uważać, bo wypadki się zdarzają. Podstawa to nie wystawiać nóg poza płozy.

Po południu w miejscowym sklepiku poznaję niesamowitą parę - ona rodowita Szwedka, ale z Południa, on - Haitańczyk. Pobrali się, zamieszkali w Jukkasjarvi i teraz on wyrabia szkło artystyczne, a ona zajmuje się dzieckiem i prowadzi sklep. Co jak co, ale facet z  Karaibów w tym zimnie?

Wieczorem znowu wypatruję zorzy polarnej. I znowu nic... Noc spędzam już nie w lodowym domku, lecz w bungalowie. Dużym plusem bungalowów jest kuchnia - wreszcie mogę wykorzystać przywiezione zapasy.

 

Dla zainteresowanych -  jakie atrakcje (i za ile) oferuje Ice Hotel w Jukkasjärvi (ceny w SEK)

ˇ       krótka wycieczka na skuterach śnieżnych (1,5 h)                                   495

ˇ       skutery od 9.30 do 15 (wycieczka całodzienna, z lunchem)        895

ˇ       krótka wycieczka w psim zaprzęgu (1,5 h)                                            825

ˇ       zaprzęg psi - wycieczka całodzienna (4-5 godzin, z lunchem)      1750

ˇ       wycieczka o kulturze Saami + zaprzęgi reniferowe                                750

ˇ       tradycyjna sauna z opowieściami jak za dawnych lat bywało       150

ˇ       pożyczenie nart śladowych na cały dzień                                                100

ˇ       mini kurs jazdy na śladówkach (z instruktorem)                          550

ˇ       pożyczenie zimowych ubrań (buty, skarpety, czapki, rękawice)    100/os.

 

3 lutego          Jukkasjärvi

Ponieważ zaprzyjaźniona obsługa hotelu proponuje mi udział w wycieczce pod hasłem "Życie Saamów", to korzystam. Program jest typowo turystyczny, o Saamach już sporo wiem, no ale liczę na to, że dowiem się więcej. Przewodnikiem jest zresztą Saam z krwi i kości. Zaczynamy od skansenu, w którym już byłam, potem wizyta w kościele, który też już znam, ale potem robi się już ciekawiej. Docieramy do zagrody pełnej reniferów i obserwujemy jak nasz przewodnik karmi zwierzaki. Próbuję łapać rogacze na lasso, ale zdecydowanie kiepsko mi idzie. Za to powożenie zaprzęgiem reniferowym - jeśli nie liczyć zakończenia jazdy na płocie, to już chyba znacznie lepiej. Na koniec wołają na posiłek - znowu gulasz z renifera, ale tym razem z niego rezygnuję i gonię na popołudniowy autobus do Kiruny. W Kirunie jestem umówiona na zwiedzanie tzw. LKAB - największej w Europie kopalni rud żelaza. Latem organizowane są regularne wejścia dla grup turystycznych, zimą jest to atrakcja tylko na specjalne zamówienia. Szczerze mówiąc, nie łatwo było mi przekonać dyrekcję kopalni, że chcę zjechać na dół, no ale się udało. Niestety i tak zjeżdżam (a właściwie - wjeżdżam - dwukierunkową szosą) tylko do poziomu "turystycznego", czyli na 500 m pod powierzchnię ziemi (najniższe szyby sięgają -1500). Pokazują mi ogromne transportery, objaśniają proces wydobycia rud...

Ostatnim autobusem - ok. 20.00 wracam do Jukkasjärvi. Właśnie postanawiam położyć się grzecznie spać, gdy rozlega się pukanie. W drzwiach stoją moi koledzy od testów Volvo, którzy postanowili przyjechać z Kiruny na nocne odwiedziny. Następnego dnia rano dowiaduję się, że gdy raczyliśmy się winem opowiadając dowcipy, na niebie była piękna zorza polarna.

 

4 lutego       Jukkasjärvi - Kiruna - Gällivare - Jokkmokk

Przed wyjazdem z Jukkajsjärvi udaje mi się jeszcze załapać na rundkę psim zaprzęgiem. Niesamowite jak człowiek-powożący umie sterować stadem rozszczekanych psiaków. Jedno słowo i błękitnookie malamuty wiedzą, w którą stronę skręcić, biec, czy się zatrzymać. Szkolenie takiej sfory zabiera od miesiąca do roku.

Po raz ostatni obchodzę Hotel Lodowy, żegnam się ze znajomymi. Do Kiruny wracam ze znajomymi Angolami, których odwozi na lotnisko zamówiona taksówka, więc jak sami stwierdzili nie ma problemu bym się z nimi załapała. W Kirunie mam trochę czasu, który wykorzystuję na zobaczenie Samergarden - wystawy o Saamach. Eksponatów jest niewiele, ale kobieta, która mnie oprowadza opowiada mnóstwo ciekawych historii. Tak ciekawych, że omal nie spóźniam się na autobus do Gällivare. W dużym pośpiechu  zabieram z depozytu w hotelu swój duży plecak i gonię na dworzec. Nieszczęśliwie gdzieś głęboko zapakowałam czapkę, ale że się spieszę, to już jej nie szukam, tylko przy 25 stopniach na minusie idę z gołą głową. Na efekty nie muszę długo czekać - przez następne 2 godziny pieką mnie uszy i pękają z bólu zatoki.

Do przejechania mam ok. 140 km - na południe, prawie pod granicę Kręgu Arktycznego. Za oknem zawieja, ośnieżony las, pustkowie. Mniej więcej w połowie drogi, w Gällivare, mam przesiadkę. Chyba wszyscy którzy jadą, wybierają się na targ Saamów do Jokkmokk.

W Jokkmok mam zarezerwowaną kwaterę prywatną. Zdzierstwo straszne - 400 koron za noc, a warunki delikatnie mówiąc skromne. Nie było jednak wyboru. Na czas trwania jarmarku wszystkie miejsca noclegowe są zarezerwowane kilka miesięcy wcześniej. Jarmark to także okazja do podniesienia cen. Później dopiero dowiaduję się, że dla tych, którzy zupełnie zostali na lodzie, udostępniono salę gimnastyczną w miejscowej szkole, gdzie można było za 50 SEK spać na podłodze. Byli nawet desperaci, którzy przyjechali z namiotami.

 

 

5 lutego  Jokkmokk

Jarmark - czyli organizowany już po raz 394 doroczny zimowy targ Saamów, jest rzeczywiście świetny. Tyle że wszystko raczej drogie. Można kupić kiełbasę z łosia lub renifera, lapońskie rękodzieło (ciekawie inkrustowane łyżki), naszyjniki z szamańskimi symbolami, ładne, inkrustowane noże. Trafiam też na stragan z kapciami w motywy zakopiańskie i z góralskimi szkatułkami. Na moje ciekawskie pytanie zadane po angielsku odpowiedź pada oczywiście po polsku - tak, oczywiście, to wszystko "Made in Podhale". Polaków wśród sprzedających jest zresztą więcej. Zażarcie targuję cenę swetra w norweskie wzory, gdy żona właściciela okazuje się... Warszawianką. W ten sposób sweter kupuję za połowę ceny i ląduję u Gosi na herbacie.

W południe wpadam na godzinę do miejscowej informacji turystycznej, popołudnie zaś spędzam w Ajtte - to jest miejscowym muzeum prezentującym tutejszą przyrodę i kulturę Saamów. Bardzo ciekawa ekspozycja! Przy okazji załapuję się też na koncert tradycyjnych pieśni Saamów zw. joik.

Wieczorem, właściwie aż do późnych godzin nocno-rannych bawię się na najprawdziwszej wiejskiej zabawie urządzonej w stodole, normalnie pełniącej funkcję muzeum ludowego. Przygrywa kapela, bawi się głównie młodzież. Tańców ludowych uczą w tym kraju w ramach wf-u. I dobrze. Do tańca proszą tu głównie dziewczyny - jak nie wyciągną facetów, to tańczą z babciami, koleżankami. Wyciągają też i mnie...

 

6 lutego   Jokkmokk

Do południa czas spędzam nad jeziorem, gdzie można przejechać się psim zaprzęgiem. Ponieważ nie jest to tania przyjemność, a ja już to znam, tym razem ograniczam się tylko do fotografowania uroczych psiaków. Ale i tak kończy się tym, że po zaprzyjaźnieniu się z właścicielem zaprzęgu, robię rundkę wokół jeziora. Potem idę na wyścigi zaprzęgów reniferów. Niektóre z rogaczy są na tyle złośliwe, że celowo wjeżdżają w zaspy, by zwalić swego woźnicę w kopny śnieg.

Po południu znowu jestem na targu Saamów. Przy okazji trafiam na degustację potraw z renifera. Najlepsza jest zupa z jego języka.

Wieczorem moja gospodyni usiłuje wyciągnąć mnie na koncert jakiejś lokalnej gwiazdy, ale wybieram jeszcze raz, tak jak wczoraj, zabawę ludową. Tym razem bawię się głównie z... Murzynami. Chłopcy pochodzą z Afryki Zachodniej, czyli znajomych mi terenów, studiują w Sztokholmie, a do Jokkmokk zostali zaproszeni jako spece od gry na tam-tamach. Po prostu - gwiazdorzy. Szwedzkie tańce ludowe tańczą lepiej od Szwedów.

 

7 lutego    Jokkmokk-Kiruna

Z poznanym wczoraj Polakiem jadę rano ok. 10 km na południe na linię Kręgu Polarnego. Przy okazji robię też zdjęcia znaków: "Uwaga renifery!". Nie obywa się bez przygód - najpierw samochód nie chce nam zapalić, a w drodze powrotnej - kilkakrotnie gaśnie. Jakoś jednak udaje nam się wrócić.

Dzień upływa mi pod znakiem zakupów. Kupuję kiełbasę z renifera, naszyjnik-amulet z symbolami saamskiego szamana i kilka innych pamiątek.  Po południu odjeżdżam do Kiruny. Na dworzec wyjeżdża po mnie umówiony telefonicznie właściciel hodowli grzybów. Ale grzybów niezwykłych, bo japońskich, i w niezwykłym miejscu, bo w pustym szybie kopalni. Znowu zjeżdżam na znajomy już poziom -500 metrów pod powierzchnią. Z tymi grzybkami to doskonały pomysł. Grzybki są świetne zarówno gotowane, jak i surowe, no a przy okazji jakie wykorzystanie zbędnej powierzchni!

Wieczorem nie mam wyboru - zostaję zmuszona do urządzenia skromnej imprezy pożegnalnej dla poznanych w Kirunie życzliwych mi ludzi...

 

8 lutego      Kiruna-Sztokholm-Warszawa

Rano podczas śniadania koledzy z Volvo pytają, czy widziałam wreszcie zorzę polarną. Wczoraj, po imprezie w moim pokoju była ponoć na całym niebie. Oczywiście nie widziałam...

Mam kilka godzin czasu - wykorzystuję je na zwiedzenie miejscowego kościoła zwanego Świątynią Nomadów, potem składam wizytę w siedzibie Parlamentu Saamów i w szkole, gdzie uczą się saamskie dzieci.

Na lotnisko pojechałam tym razem taksówką-mikrobusem, wynajętą wspólnie z poznanymi Włochami. Dzięki temu zamiast 160 zapłaciłam tylko 30 SEK.

Gdy odlatuję Kiruna i okoliczna tundra skrzy się śniegiem rozświetlonym promieniami słońca. Zupełnie inaczej wygląda ten świat niż w momencie, kiedy tu przyleciałam...