Monika
Witkowska
W Krainie Kangurów
Australia marzyła mi się od wielu lat. I na marzeniach się kończyło "Daleko to i na pewno drogo" myślałam. Wydawało mi się, że jedynym sposobem na przejechanie tego kraju- kontynentu jest wynajęcie samochodu z napędem na 4 koła. Wyjazdu samodzielnego nie brałam w ogóle pod uwagę. W grupie zawsze to i bezpieczniej, i taniej. Ale jak przychodziło do organizowania wyprawy okazywało się, że... nie ma chętnych. Tzn. chętni są, ale albo nie mają pieniędzy, albo urlopu, albo rodzina nie pozwala... Aż pewnego dnia okazało się, że mam lecieć do Australii służbowo. Postanowiłam połączyć to z miesięcznym urlopem i ambitnymi planami podróżniczymi. Przyleciałam do Melbourne, samolot powrotny miałam z Sydney, zaś jako cel postawiłam sobie przejazd "w poprzek", czyli z Melbourne do Darwin (około 3900 km). Nie chciałam liczyć na czyjąkolwiek pomoc, choć miałam już pewne doświadczenie w podróżach w pojedynkę. Jak się okazało Australia to jeden z najłatwiejszych w podróżowaniu zakątków świata. Wniosek? Jak chcesz zwiedzić Australię " po prostu jedź tam! Poradzisz sobie na pewno!
Krótko o kraju
Powierzchnia:
7,7 mln km kw.
Liczba mieszkańców
Ok. 18 mln (2,3 osoby na km kw.).
Stolica
Canberra (350 tys. mieszkańców).
Największe miasta
Sydney (3,6 mln mieszkańców), Melbourne (3,1 mln), Brisbane (1,3 mln).
Informacje praktyczne
Czas
Australia podzielona jest na 3 strefy czasowe, przez co zależnie od stanu różnica czasu w stosunku do Polski wynosi 9- 11 godzin. Kiedy u nas jest południe w Perth jest godz. 21, w Adelajdzie 22.30, zaś w Sydney " 23- cia.
Ruch drogowy
Lewostronny, max. Prędkość w terenie zabudowanym 60 km/h.
System miar i wag
Metryczny, tj."normalny" (metry, kg, stopnie Celsjusza itd.).
Elektryczność
Napięcie 220- 240 V; wtyczki z 3- ma bolcami, ale inne niż brytyjskie).
Język
Angielski, a właściwie "australijski". Jest on dość specyficzny, głównie ze względu na akcent, sporo wyrażeń slangowych i notorycznie stosowane skróty. Jeśli więc usłyszymy "roo" to powinniśmy domyślić się, że chodzi o "kangaroo" (kangur), "keys" to "kilometres", a "uni" to skrót uniwersytetu. Oczywiście Aborygeni mówią własnymi językami.
Waluta
W obiegu są dolary australijskie (A$ = AUD). 1 USD to około 1,3 AUD. Nie ma problemów z wymianą pieniędzy, korzystaniem z powszechnie znanych kart bankowych czy z realizacją czeków podróżnych. Możemy też od razu polecieć z gotówką w postaci dolarów australijskich, które można kupić w polskich kantorach (1 AUD = 2,47 zł).
Organizacja wyjazdu
Wiza
Załatwia się ją w Ambasadzie Australii (Warszawa, ul. Estońska 3/5, tel. (0- 22)6176081 do 85). Zwykła wiza turystyczna ważna jest 3 miesiące, a kosztuje 107 zł.
Zdrowie, przepisy sanitarne
nie ma zagrożenia, jeśli chodzi o choroby tropikalne;
nie są wymagane żadne szczepienia (chyba, że w ciągu
ostatnich 6 miesięcy przebywaliśmy w regionie, gdzie panuje żółta febra);
obowiązuje zakaz przywozu wszelkich warzyw, owoców,
artykułów spożywczych;
woda w kranach zdatna jest do picia.
Przelot z Polski
Najdogodniejsze połączenie (z 1 przesiadką w Bangkoku) oferują Polskie Linie Lotnicze LOT w kooperacji z innymi przewoźnikami (bilety w cenie 1400- 1600 USD). Najtańszy dolot do Australii (za 1100 USD), ale z dwiema przesiadkami (w porcie europejskim i w Kuala Lumpur) zapewniają "Malaysia Airlines". Warto się zastanowić także nad biletem "dookoła świata" ("Air New Zealand" w kooperacji z LOT- em), który kosztuje wprawdzie 1635 USD, a daje możliwość zobaczenia "po drodze" wielu ciekawych miejsc typu Nowa Zelandia, Polinezja, Hawaje i in.
Klimat
Kiedy u nas jest lato, w Australii panuje zima i na odwrót. Właściwie wybór pory na wyjazd zależy od tego, który rejon chcemy zobaczyć. Np. dobrym okresem na eksplorowanie Tasmanii jest styczeń, ale na pustyni w Alice Springs będziemy wówczas ledwo żywi od upałów. Podczas mojej podróży we wrześniu w Melbourne i Adelajdzie chodziłam w polarze i kurtce przeciwdeszczowej, w Alice Springs przestawiłam się na wersje krótkich spodenek. Dalej " w Darwin czułam się jak w tropikach, zaś na Górze Kościuszki udało mi się jeszcze pojeździć na nartach.
Bezpieczeństwo
Drogi " nie wszyscy przyzwyczajeni są do ruchu lewostronnego, co dotyczy
zarówno kierowców, jak i pieszych. Jako kierowcy musimy być wyczuleni na
zderzenia z kangurami, co może być groźne w skutkach dla obydwu stron. Jeśli
zamierzamy jechać przez pustynię (np. na trasie z Adelajdy do Darwin) musimy
pamiętać o odpowiednim przygotowaniu technicznym samochodu, o zapasie paliwa
(często do najbliższej stacji będziemy mieli ponad 100 km) i o zapasie wody
pitnej (zaleca się 4,5 l na osobę na dzień). Nie polecam wjazdu wszędzie, gdzie
nam się podoba, o ile nie mamy samochodu z napędem na 4 koła.
Kąpiele " są rejony, gdzie nawet przy kuszących upałach
kąpiel może być niebezpieczna. Powody są różne " w oceanie prądy morskie, duży
przybój, rekiny, a nawet, jak w okolicach Darwin, parzące meduzy mogące
spowodować śmierć. Z kolei w rzekach nie lekceważmy ostrzeżeń przed
krokodylami.
Słońce " filtr i czapka na głowę są jak najbardziej
wskazane. Naprawdę nie lekceważmy tego typu rad...
Biwakowanie " trzeba uważać na żmije, jadowite węże,
pająki. Przy noclegach na dziko warto sprawdzać, czy w butach i torbach nie
mamy nieproszonych "gości".
Trasa
Trudno doradzić co "koniecznie" trzeba zwiedzić w Australii. Jednych interesują nowoczesne miasta, innych " zróżnicowane krajobrazy, przyroda, przestrzeń, kontakt z naturą, Aborygeni... Aby poznać Australię trzeba tam albo przyjechać na całe 3 miesiące (na tyle pozwala wiza turystyczna), albo przyjeżdżać na krócej, za to kilka razy, za każdym razem zwiedzając inny wycinek tego kraju- kontynentu. Miesiąc czasu to naprawdę niewiele, nawet gdy się podróżuje takim tempem jak ja (nocne przejazdy, wstawanie o świcie, przez cały dzień "na nogach"). Poza tym zawsze są takie miejsca, w których, aby "poczuć klimat", po prostu trzeba zostać trochę dłużej.
Przewodniki,
mapy, foldery
Po polsku póki co wydana jest jedynie "Australia" serii "Nelles Guide", ale najlepszym źródłem informacji jest niewątpliwie anglojęzyczny przewodnik "Australia" serii "Lonely Planet". Za to na miejscu, dosłownie wszędzie, można zebrać tony mapek, folderów, informatorów. Z myślą o tych, co na nadmiar pieniędzy nie narzekają, wydawane są specjalne, gratisowe czasopisma z propozycjami tras, tanich noclegów, kuponami rabatowymi na różne atrakcje. Najbardziej popularny jest "TNT Magazine" " w wersjach dotyczących każdego stanu oraz "Budget Traveller"
Legitymacje zniżkowe
Sporo zniżek możemy uzyskać posiadając legitymację ISIC (międzynarodowa legitymacja studencka), czasem także i EURO`26. Na miejscu można też wykupić różne inne karty, np. Nomads Dreamtime Card, International Travellers Club etc. Za początkową inwestycję, zwykle ok. 15 AUD, mamy później rabaty przy noclegach, transporcie, wstępach do muzeów i różnych atrakcjach.
Fotografowanie
Filmy można kupić wszędzie, wywołać oczywiście też (wywołanie + odbitki z filmu 36- klatkowego " 9.95 AUD). Tym, którzy mają bardziej fachowy sprzęt, polecam zabranie ze sobą filtrów polaryzacyjnych.
Ogólnie można fotografować wszystko oprócz Aborygenów, którzy zwykle nie zgadzają się na robienie zdjęć.
Rady praktyczne " różne
Zawsze warto mieć namiary na polskie placówki
dyplomatyczne. Oprócz Ambasady RP w Canberze (7 Turrana Str., Yarralumla, ACT,
tel. (00616)2731208 lub 2731211) możemy liczyć na konsulaty naszego kraju
mieszczące się w Sydney (10 Trelawney Str., Woollahra NSW, tel. (00612) 3639816
lub 3639818), w Brisbane (Level 15, ANZ Centre, 324 Queen Str., tel.
(07)2219564) oraz w Melbourne (Suite 3b, 12th Floor, 20 Collins Str.).
Warto nauczyć się symboli literowych, jakimi oznacza
się poszczególne stany, dzięki czemu będziemy wiedzieli, że broszurka opatrzona
symbolem literkami "QLD" to "Queensland", a NSW to Nowa Południowa Walia (New
South Wales) etc.
Wszystkie telefony rozpoczynające się od 1 800 " są
darmowe (zwykle dotyczą one rezerwacji wycieczek, hosteli, informacji
turystyczny
Jeśli chcemy dzwonić z Australii za granicę, najtańsze
połączenia są w ciągu tygodnia od godziny 22 do 7- mej oraz przez cały czas w
soboty i niedziele. Na krótką rozmowę z Polską wystarcza karta telefoniczna za
5 AUD.
W razie niebezpieczeństwa lub w sprawach awaryjnych
należy dzwonić pod numer 000 (z telefonów publicznych darmo) i dalej już
połączą z kim trzeba.
Transport na miejscu
Autostop
W niektórych stanach Australii jest to zabroniona forma podróżowania. Po serii morderstw, nagłośnionych przez prasę, mało kto chce próbować szczęścia stojąc przy drodze, a i kierowcy nie są zbyt ufni. Nawet w informatorach turystycznych ostrzega się, aby stopem nie jeździć i aby nie zabierać stopowiczów. Co do mnie, to zmuszona do "stopowania" (uciekł mi autobus, a musiałam zdążyć na samolot) stwierdzam, że moje doświadczenia wcale nie są złe. Inna sprawa, że jechałam za dnia, sama, tylko z małym plecaczkiem.
Popularne jest natomiast umawianie się na wspólny przejazd z innymi turystami, posiadającymi własny lub pożyczony samochód. Zazwyczaj odbywa się to na zasadzie podziału kosztów paliwa, albo nawet za darmo, tylko dla towarzystwa lub prowadzenia na zmianę. Ogłoszenia na ten temat, zarówno kierowców oferujących miejsce, jak i potencjalnych pasażerów szukających "okazji", można znaleźć w prawie każdym hostelu.
Wypożyczenie/zakup samochodu
Największa niezależność to oczywiście jazda samochodem, co polecam, zwłaszcza jeśli podróżujemy kilkuosobową ekipą i mamy chętnych do prowadzenia na zmianę. Za wypożyczenie samochodu musimy liczyć od 25 (okazja) do 50 AUD dziennie za mały samochód, ok. 75 AUD za duży i od ok. 90 AUD za samochód z napędem na 4 koła. Tzw. campervan z 2- 3 łóżkami kosztuje od 75 AUD za dzień, a "bushcamper" z napędem na 4 koła " od 120 AUD dziennie. Ceny benzyny wynoszą ok. 0,75 AUD za litr.
Jeśli chcemy kupić samochód " jednym z najbardziej znanych miejsc zawierania transakcji tego typu jest giełda na Kings Cross w Sydney (7 dni w tygodniu, całodobowo). Można też wybrać się na niedzielną giełdę przy stacji kolejowej Flemington w Sydney.
Autobusy rejsowe
Dwie największe australijskie kompanie autobusowe to "Greyhound Pioneer" oraz "McCafferty`s", ale są też lokalni, mniejsi przewoźnicy.
Warto zainteresować się też tzw. "pass`ami", czyli biletami ważnymi przez dany okres czasu, na określonej trasie lub na określony kilometrami dystans, bez względu na liczbę przerw w podróży. I tak, korzystając z oferty kompanii "Greyhound Pioneer", możemy wykupić passy obejmujące limity od 2000 km (176 AUD) do 20 000 km (1344 AUD). Możemy też za 499 AUD jeździć, gdzie chcemy, np. przez 7 dni lub xs 982 AUD " przez 3 tygodnie. Z kolei jeśli wiemy, gdzie chcemy dotrzeć, bardziej opłaca się nam kupno passu na określoną trasę. Np. półroczny bilet na trasę Sydney " Melbourne " Adelajda " Ayers Rock " Darwin " Kakadu kosztuje 520 AUD, zaś roczny na całą Australię to wydatek 1491 AUD.
Na zniżki od normalnych cen przejazdów (zwykle 10%) mogą liczyć studenci i posiadacze kart ISIC, VIP, YHA, Nomad i in. Całkiem sporo można też oszczędzić odpowiednio wcześniej wykupując bilet, choć takiego tańszego biletu nie możemy zwrócić, nie zmienialna jest też data podróży.
Bardzo dobre propozycje można znaleźć w pismach podróżniczych. Np. w TNT Magazine ogłaszała się firma proponująca przejazd Sydney " Perth za 152 AUD, Sydney " Darwin za 198 AUD i Sydney " Adelajda za 50 AUD. To naprawdę super tanio!
Wycieczki trampingowe
Nie brak w Australii firm nastawionych na "niskobudżetowych plecakowiczów". Korzystając z ich usług, można przejechać daną trasę zwiedzając po drodze co się da, co ważne " zwykle w fajnym gronie. Ceny są dużo niższe w stosunku do "normalnych" biur podróży, choć oczywiście standard też jest niższy (zresztą to w tym przypadku akurat "plus"). Zamiast autokaru są minibusy albo samochody terenowe, zamiast hoteli " campingi (namioty są już zwykle rozstawione), zamiast restauracji " przygotowywane wspólnymi siłami posiłki w plenerze. Kierowca pełni funkcję przewodnika i ogólnego szefa. Ze swoich doświadczeń, a także opinii innych, w Północnym Terytorium polecam najpopularniejszą tam firmę " "Northern Territory Adventure Tours". Ich propozycje to m.in.: 6- dniowy przejazd z Darwin do Alice Springs (po drodze m.in. Katherine Gorge, pławienie się w Thermal Springs, przystanek przy Devils Marbles i potem " safari z Ayers Rock, Olgas, Kings Canyon i Aboriginal Culture, co w sumie kosztuje 520 AUD. Z kolei 2- dniowe safari z Ayers Rock, Olgas i Kings Canyon ma cenę 210 AUD, 2- dniowe safari w Kakadu National Park " 240 AUD, a 3- dniowe w Kakadu N.P. " 375 AUD. Informacje i rezerwacje " pod numerem bezpłatnego telefonu 1 800 063 838.
Z kolei na odcinku Alice Springs " Adelajda " Melbourne " Sydney najbardziej widoczne i chwalone jest biuro "Wayward Bus" (tel. 1- 800 882 823). Przejazd trasy Melbourne " Sydney zajmuje 3 dni i kosztuje 120 AUD (za noclegi i jedzenie płaci się samemu). W programie jest m.in. Canberra, Kosciusko National Park, Murray River i pobyt na farmie z możliwością wycieczki górskiej (pieszo, na koniach lub rowerze górskim). Z kolei 3 dniowy przejazd od Melbourne do Adelajdy wzdłuż wybrzeża słynną Great Ocean Road kosztuje 160 AUD (z wyżywieniem), zaś 8 dniowa trasa z Adelajdy do Alice Sprigs (po drodze m.in. Flinders Ranges, Cobber Pedy, Uluru, Olgas i Kings Canyon) to 600 AUD (w cenie wszystko: transport, noclegi, wyżywienie).
Kolej
Nie jest to popularny środek transportu " linia kolejowa jest dość słabo rozwinięta, pociągi są wolne i bynajmniej nie tanie. Najsłynniejszym, wręcz historycznym pociągiem jest tzw. Ghan między Adelajdą a Alice Springs, ale w obecnych czasach to już nieco naciągana atrakcja.
Samoloty
Podróże samolotami są ogólnie dość drogie. Np. oficjalna taryfa w jedną stronę z Sydney do Alice Sprigs to 505 AUD, choć zarówno Ansett jak i Qantas " najwięksi australijscy przewoźnicy powietrzni, udzielają różnorakich zniżek. Najniższe ceny " promocje i okazje znajdziemy w magazynach dla "backpackers" (czyli niskobudżetowych turystów) oraz w biurach turystycznych w centrum miast (nigdy na lotnisku!). Warto dowiedzieć się też o tzw. air- passy, czyli kupony na określoną ilość przelotów, co zwykle jest sporo tańsze niż pojedyncze bilety.
Przykładowe ceny połączeń zagranicznych (oferty "z miasta"): Sydney " Nowa Zelandia " Sydney " od 340 AUD, Sydney " Tajlandia (w jedną stronę) " 560 AUD, Sydney " Londyn (w jedna stronę) " 900 AUD.
Noclegi
campingi- Dobry sposób na noclegi, zwłaszcza w parkach
narodowych. Stawki są zróżnicowane w zależności od standardu " np. w Połudiowej
Australii za przenocowanie na polu biwakowym bez żadnej infrastruktury
zapłacimy 3 AUD od osoby, a w miejscu z toaletami, miejscem na ognisku, z
dostępem do wody " od 4 AUD.
hostele (schroniska): za łóżko w dormitoriach (salach
wieloosobowych) musimy liczyć od 10 (rzadko)- 15 AUD. Poza schroniskami sieci
YHA, w których jest pościel, w pozostałych zazwyczaj przydaje się własny śpiwór
(można też pożyczyć pościel " koszt ok. 3 AUD). Nie wszędzie są wydzielone
dormitoria "damskie", powszechna jest koedukacja. Za pokój w hostelu zapłacimy
ok. 30 AUS.
motele i hotele: ceny od ok. 30- 40 AUD w górę (zależnie
od standardu i lokalizacji). Np. za nocleg w pokoju 2- osobowym (klimatyzacja,
TV etc.) w Ayers Rock, z widokiem na słynną skałę Uluru, zapłacimy 394 AUD.
Wyżywienie
Najpopularniejszy zestaw obiadowy to oczywiście "fish & chips" czyli ryba z frytkami. Stosunkowo tanio jest w fast- foodach, Mc Donalds`ach, w miejscowej wersji "Burger Kinga" w Australii zwanej "Hungry Jack" czy w knajpkach chińskich. Koniecznie jednak przynajmniej raz powinniśmy zaszaleć i wybrać się do jakiejś lepszej restauracji, serwującej mięso kangura, krokodyla lub emu. Do popicia polecam całkiem niezłe australijskie wina oraz piwa, które najbardziej opłaca się zamawiać... dzbankami.
A w ogóle jeśli nocujemy w schroniskach, to zawsze możemy skorzystać (bezpłatnie) z kuchni. Warto jednak mieć własne naczynia i sztućce.
Dziennik podróży
Trasa
Melbourne " Adelaide " Alice Springs " Darwin " Kakadu National Park " Sydney " Canberra " Thredbo (Kościuszko National Park) " Sydney.
Środki transportu
Autobusy rejsowe, samochody i mikrobusy biur turystycznych, helikopter, autostop, rower etc. Na odcinku z Darwin do Sydney " przelot samolotem.
Termin
Końcówka sierpnia i wrzesień 1997 r.
28.08 Melbourne
Pierwsze kroki na australijskiej ziemi kieruję do biura informacji turystycznej.
Zaopatrzona w mapę miasta, foldery etc. jadę do ludzi, u których mam nocować, zostawiam u nich plecak i idę do centrum. Wymieniam pieniądze, funduję sobie hamburgera za 3 AUD + herbatę za 1 AUD, wjeżdżam na punkt widokowy na jednym z biurowców... Miasto ładne, ale nie różni się niczym szczególnym od wielu podobnych np. w Stanach. Właściwie całe centrum i wszystko, co ciekawe, można obejść na piechotę, ale jak ktoś chce można kupić bilety na wszelkie środki transportu (pociąg, tramwaj i autobusy). Np. za bilet 2- godzinny w ścisłym centrum zapłacimy 2,20 AUD, za dzienny 4,30 AUD.
29.08, 30.08,
01.09 Great Ocean Road (Melbourne
" Adelajda)
Odcinek między Melbourne a Adelajdą to ponoć jedna z najpiękniejszych widokowo tras Australii. Nie ukrywam " jest co oglądać, choć nie brak i zdecydowanie przereklamowanych miejsc. Warto zobaczyć "Skały 12 Apostołów", rainforest, czyli las deszczowy 13 km od Apollo Bay, a w okolicach Port Fairy przy odrobinie szczęścia można trafić na podpływające do brzegu młode wieloryby. Jest też trochę ciekawostek typu: kangury pasące się na polu golfowym etc., kilka kraterów wulkanów (wygasłych), owiane legendami Wybrzeże Wraków...
2.09 Adelajda
W czasie przyrządzania sobie śniadania w hostelowej kuchni poznaję Cecille " Francuzkę, która podobnie jak ja " jeździ sama. Idziemy razem do miasta. Na Central Market obżeramy się ciachami (2 AUD za sztukę), zwiedzamy katedrę, ciekawe South Australia Museum i Ogród Botaniczny. Potem, już bez koleżanki, idę do ZOO, tylko po to, aby zobaczyć dziobaka, którego, jak się okazuje, akurat tu nie mają. Za to robię zdjęcia wombatów, których na wolności pewnie by mi się nie udało zobaczyć. Odwiedzam też bardzo interesujące Muzeum Emigracji, gdzie jest nawet cały dział poświęcony Polsce
Po drodze na dworzec Greyhounda, na który idę, by sprawdzić ceny przejazdów, natrafiam na biuro "Sunway Travel" sprzedające bilety "LOT- u" (220A Morphett St., Adelaide 5000 STH). Wchodzę do środka i w ten sposób poznaję przeuroczą panią " Janinę Hiziak. Na stojaku polskie gazety, na ścianie " znajome plakaty, co chwila wpada jakiś Polonus... Wcale nie odczuwam, że jestem w Australii...
3.09 Adelajda
Nadal ganiam po mieście i żałuję, że nie pojechałam z Cecille na wycieczkę szlakiem winiarni w słynnej tu Barossa Valley (cały dzień " 35 AUD, w tym lunch z degustacją kangura). Wieczorem idę na festyn " coś jakby połączenie wesołego miasteczka z koncertami i Targami Poznańskimi. Główną atrakcję stanowią zakupy. Skoro tak, to kupuję za 10 AUD wydmuszkę jaja emu " będzie służyła jako pisanka na Wielkanoc.
4.09 Kangaroo Island
Kapitalne miejsce ta Wyspa Kangurów! Polecam wybranie się tam na min. 2 dni. Ja po jednym dniu miałam niedosyt, ale nie mogłam zostać dłużej. Minusem są dość wysokie koszty eskapady. Jeśli nie chcemy żadnej opieki biur turystycznych i tak musimy liczyć się z wydatkiem 60 AUD za prom (tam i z powrotem), a po wyspie mającej 155 km długości też jakoś trzeba się poruszać. Wycieczka na której byłam, organizowana przez firmę "Kangaroo Island Sealink" kosztowała wprawdzie 139 AUD, ale miała wliczone już wszystko: dojazd z i do Adelajdy, prom, transfery na miejscu, obiad na farmie, suchy prowiant w ramach kolacji, a do tego naprawdę ciekawy program. Obejrzeliśmy destylarnię oleju eukaliptusowego, zerodowane skały o niesamowitych kształtach, ale najważniejsze były foki i słonie morskie, do których można podejść na 2- 3 metry oraz kangury, koala i jakieś pokraczne kaczki. Szkoda, że nie zostaliśmy, aby obserwować wracające z morza pingwiny (widziałam taki "spektakl" w Nowej Zelandii " kapitalne widowisko. Pingwiny są w programie wycieczki 2- dniowej).
5.09 Adelajda i droga
na północ
Dzień na oglądanie tego, czego jeszcze zobaczyć w Adelajdzie nie zdążyłam. W aborygeńskiej galerii "Tandanya" (trochę ciekawej sztuki) biję się z myślami, czy kupić za 25 AUD książkę o aborygeńskich zwyczajach. Drogo, ale kupuję, najwyżej zrezygnuję z kilku kolacji. Janina (poznana Polka) z mężem zapraszają mnie do kawiarni, którą obsługują nasi rodacy. Wsuwam pyszną "apple pie", czyli szarlotkę na gorąco.
Punktualnie o 18- tej jestem na dworcu autobusowym i wsiadam do "Greyhounda". Od Cobber Pedy dzieli mnie dystans 860 km. Ledwo sadowię się na swoim miejscu, słyszę, jak para przede mną rozmawia... po polsku. Okazuje się, że to rodzeństwo z Pszczyny " przyjechali na wakacje do rodziny, a przy okazji trochę zwiedzają. Trudno nam rozmawiać, bo w autobusie ryczy video. Klnę w duchu, bo przydatne w takiej sytuacji koreczki do uszu zostawiłam w plecaku załadowanym do bagażnika.
6.09 W Cobber Pedy
Kiedy o 5- tej rano wysiadam z autobusu jest ciemno i strasznie zimno. Razem z Irlandczykiem Andy jesteśmy jedynymi, którzy zdecydowali się zostać w uśpionym miasteczku " reszta jedzie od razu do Alice Springs. Zastanawiamy się, co z sobą począć, a tu podchodzi kobieta i proponuje gratisowe podwiezienie do prowadzonego przez nią hostelu. Pytamy o cenę noclegu " 15 AUD. OK, nawet nie chce nam się targować.
Do 9- tej śpię. Zwiedzanie miasta rozpoczynam od sprawdzenia cen wycieczek po okolicy. Najlepszą ofertę znajduję w konkurencyjnym hostelu, prowadzonym przez uroczą Francuzkę " Radekę. Gdyby nie to, że już opłaciłam nocleg, chętnie bym się tam przeniosła (miła obsługa, kawa i herbata gratis, a cena " niższa; polecam: "Radeka`s Downunder").
Rozpoczynam poszukiwania mieszkających w miasteczku Polaków. Okazuje się, że jeden z miejscowych sklepów prowadzony jest przez polskie małżeństwo. Poznaję Ryśka (jego żona jest jak na ironię losu w Polsce), a od niego wędruję do najstarszego mieszkańca " pana Henryka. Jest on już głuchy, początkowo ignoruje mnie, ale gdy widzi orzełka na moim plecaku, rozpromienia się.
Popołudnie spędzam na wycieczce za 25 AUD. W kameralnej grupce oglądamy pobliski cmentarz z grobem największego tutejszego pijaka, zaglądamy do wykutego w skale kościółka, jedziemy do kopalni opali i nawet sami próbujemy coś tam znaleźć (bezskutecznie). Odwiedzamy też słynnego Harryego i robimy zdjęcia najdłuższego płotu świata, czyli 9600 km ogrodzenia chroniącego przed dingo.
Wieczorem Rysiek zaprasza mnie do siebie na kolację. W urządzonym w polskim stylu domu zajadam się pyszną kiełbasą. Na pożegnanie dostaję oszlifowanego w mojej obecności opala.
7.09 Cobber Pedy "
Alice Springs
Wstaję o 4- ej, żeby o 5- tej złapać "Greyhounda" do Alice Springs. Nadzieje na spanie w autobusie okazują się niespełnione " przede mną siedzi dwójka roskosznych bachorów drących się w niebogłosy.
Po 9 godzinach podróży dojeżdżam do Alice Springs. Poznani Angole polecają mi nocleg w "Melanka Lodge Motel", gdzie są najtańsze dormitoria, a poza tym jest to tuż obok stacji autobusów, prawie w centrum " idealne położenie. Bardzo fajne miejsce " miła obsługa i świetna atmosfera, na co duży wpływ ma w dzień basen, a w nocy " bar i dyskoteka. Wreszcie jest gorąco i mogę założyć krótkie spodenki. Idę zobaczyć miasteczko. Wdrapuję się na Anzac Hill skąd mam panoramę okolicy, odszukuję budynek stacji Flying Doctor, gdzie dowiaduję się, jak wygląda system pomocy medycznej dla farmerów mieszkającym setki km od miasta, odwiedzam galerię Panorama Guth (bez rewelacji) i ponad godzinę spędzam w Aboriginal Art. & Culture Centre (bardzo ciekawe). Jak ktoś chce nauczyć się grać na didgeriddoo (taka długa tuba " typowy aborygeński instrument), to na miejscu prowadzone są lekcje (10 AUD).
Na wieczór przyrządzam obrzydliwą fasolkę kupioną w miejscowym supermarkecie (na etykietce na puszce lepiej wyglądała). Gdy siedzę smętna nad talerzem dosiada się do mnie jakiś Australijczyk, który wmawia mi, że jechaliśmy razem autobusem. Stawia butelkę wina, co wydatnie poprawia mi nastrój.
8.09 Alice Springs "
Kings Kanion " Uluru
Zrywam się o świcie (jak zwykle), zostawiam w hostelowej przechowalni swój bagaż i jadę na 2- dniowe safari za 210 AUD. Zaczynamy od Kings Kanyon, gdzie urządzamy sobie 6 km spacer po skałach, podczas którego nasz przewodnik szkoli nas odnośnie do roślinek i tego, jak sobie radzić w buszu. Po południu dojeżdżamy do Uluru " świętej góry Aborygenów, celu naszej wyprawy. W oczekiwaniu na zachód słońca otwieramy szampana, ale szybko zostawiamy kubki z nie dopitą zawartością i łapiemy za aparaty, aby uwiecznić nabierający czerwonej barwy monolit. Przy okazji spotykam Polaków poznanych w drodze do Alice Springs. Też wykupili safari, ale 3- dniowe (za 310 AUD).
Nocujemy na campingu, rozkładając śpiwory wokół ogniska. Do namiotów idą spać tylko Japończycy, panicznie bojący się węży.
9.09 Ayers Rock " Olgas
" Alice Springs
O 4.15 pobudka, o 5- ej wyjazd. Pada pytanie, kto wchodzi na Ayers Rock. Razem ze mną zgłasza się tylko dwóch Holendrów. Reszta rezygnuje, tłumacząc się poszanowaniem aborygeńskiej tradycji (wg niej " na Ayers Rock nie powinno się wchodzić), ale tak naprawdę chyba podziałały na nich opowieści, że nie jest to łatwa i bezpieczna góra. Co do mnie " Aborygenów szanuję, ale skoro pobierają 15 AUD za wstęp, to chyba komercję stawiają wyżej niż tradycje. Niestety, okazuje się że jest za silny wiatr i szlak na górę jest zamknięty. Dowiadujemy się też o kolejnej ofierze Uluru " ktoś zginął na jej zboczu zaledwie dzień wcześniej.
Oglądamy wschód słońca, potem urządzamy "piknik śniadaniowy" i dalej w drogę, zobaczyć pobliskie Olgas. W końcu wracamy pod Uluru, zwiedzamy Centrum Twórczości Aborygeńskiej i ostatni raz podjeżdżamy pod wielki monolit. Okazuje się, że w międzyczasie otworzyli szlak. Dostajemy 2 godziny czasu na wejście, i nagle... wszyscy z grupy chcą wejść. Góra wcale nie jest taka trudna, jak straszyli (pod warunkiem jednak, że ma się dobre buty), choć wiele osób po drodze rezygnuje. Na szczyt prawie wbiegam, potem w pędzie powrót, ale dzięki temu wystarcza mi jeszcze czasu, aby przejść się wzdłuż podstawy i dotrzeć do rysunków naskalnych.
Do Alice Springs dojeżdżamy na wieczór. Zgłaszam się do recepcji, gdzie robiłam rezerwację na sali wieloosobowej, a tu... dostaję klucz do pokoju 2- osobowego. W dodatku " nie chcą przyjąć ode mnie pieniędzy. Początkowo myślę że to pomyłka, ale wkrótce dowiaduję się, że to zupełnie bezinteresowna robota Jansona " szefa hotelu. Swój chłop! Padam ze zmęczenia, ale koledzy z safari ściągają mnie do pubu na imprezę pożegnalną naszej międzynarodowej grupki. Dołączam do grona fanów australijskiego piwa!
10.09 Alice Springs i
okolice
Najpopularniejszą formą zwiedzania Alice Springs jest, jak zauważam, kupno za 20 AUD 1- dniowego biletu na autobus turystyczny, z którego wysiada się przy ciekawych miejscach. Ja natomiast pożyczam rower. Na początku mam trochę problemów z przystosowaniem się do ruchu lewostronnego, potem pęd powietrza omal nie wrzuca mnie pod koła Road Train (taki TIR z trzema przyczepami), ale na szczęście kończy się tylko pokrwawionym kolanem i porcją przekleństw, zarówno z mojej strony, jak i kierowcy. Na rowerze docieram do School of Air, gdzie podsłuchuję, jak wyglądają lekcje przez radiostację, potem do Telegraph Station i starego cmentarza, i w końcu pedałuję 20 km, aby z drugiej strony miasteczka zobaczyć farmę strusi prowadzoną przez przesympatyczną rodzinę Clair.
Wieczorem w mieście postanawiam spróbować, jak smakuje mięso kangura. Wybór mam niewielki " potrawy tego typu serwuje w mieście tylko dość droga jak dla mnie restauracja "Overlanders Steakhouse". Z menu wybieram najtańsze danie " za 12 AUD, tj. kilka elegancko podanych plasterków. W trakcie delektowania się kangurem poznaję szefa restauracji " Wayne`a Krafta i jego znajomych. Postanawiamy przenieść się do miejscowej dyskoteki, w której spotykam z kolei moich kumpli " Holendrów.
11.09 Alice Springs i
droga na północ
Po nocnych szaleństwach trudno mi wstać. Przedpołudnie spędzam wśród Aborygenów. Praktycznie nie ma szans, aby pomieszkać z nimi na ich terytorium. Konieczne są zezwolenia, a takowych turystom raczej nie wydaje się. Nie mam wyboru " mogę zobaczyć tylko aborygeńską "Cepelię", czyli show dla turystów. Dzięki miejscowym kontaktom jestem podłączona pod grupę amerykańskich turystów, którzy za tę przyjemność w biurze "Rod Steinert Tours" płacą 69 AUD. Aborygeni uczą nas rzucać bumerangiem, pomalowane, półnagie kobiety prezentują rytualny taniec i częstują tłustymi larwami, świeżo wyciągniętymi ze spróchniałego pniaka. Skosztowanie larwy to dla mnie spore przeżycie (podpiekam ją w ognisku, aby się nie ruszała), za to miodowe mrówki (z kroplą miodu w odwłoku) przełykam znacznie łatwiej.
Na godzinę przed odjazdem autobusu w kierunku Darwin wpadam pożegnać Krafta " szefa restauracji, w której wczoraj byłam na kolacji. Zostaję poczęstowana wspaniałym obiadem " na talerzu mam krokodyla (super!), wielbłąda, emu i kangura. Popijam otwartym specjalnie szampanem.
Szkoda mi wyjeżdżać z Alice Springs. Dopiero z perspektywy czasu stwierdzę, że najlepszych, najbardziej życzliwych Australijczyków poznałam właśnie w tym małym, zagubionym na pustyni miasteczku.
12.09 Katherin Gorge "
Darwin
Po 13 godzinach podróży, o 4.30 nad ranem, półprzytomna wypakowuję się z "Greyhounda" w uśpionym jeszcze Katherine. Wizja lokalna wykazuje, że autobus do Katherine Gorge mam dopiero o 8- ej rano, dzięki czemu po przywiązaniu plecaka do nogi, mogę się jeszcze nieco przekimać na stole w kącie pustej o tej porze knajpy.
O 7- mej rozpoczynam przygotowania do całodziennego pobytu w Parku Narodowym: długie spodnie zamieniam na krótkie, myję się w dworcowej łazience, oddaję duży plecak do przechowalni bagażu. Po pół godzinie jazdy pierwszym autobusem docieram do Visitors Ceter Parku. Warto. Zaczynam od wycieczki w góry, co akurat nie jest dobrym pomysłem, bo widoki raczej kiepskie, zaś wchodzenie na skały w temperaturze 50 stopni C, to po prostu masochizm. Dużo fajniejszy jest rejs statkiem po rzece między pionowymi ścianami wąwozu. Widoki kapitalne. Najlepiej jednak wynająć kajak, ale to już propozycja dla tych, którzy mają na to co najmniej 2 dni czasu. Przy jednym dniu optymalny jest 4- godzinny rejs statkiem. Ale największym hitem okazuje się lot helikopterem, na który zabiera mnie poznany pilot (normalnie taka przyjemność to 60 AUD za 10 min.).
Do Darwin udaje mi się dotrzeć dopiero o 22- ej. Dobrze, że jeszcze w Alice Springs zrobiłam sobie rezerwację łóżka w dormitorium, bo inaczej byłby problem z miejscem.
13.09 Kakadu National
Park
W ramach zwiedzania chyba najsłynniejszego parku narodowego Australii " Kakadu, już w Alice Springs zdecydowałam się na 3- dniowe safari. Długo się wahałam, bo suma 320 AUD przyprawia o zawrót głowy, ale uległam perswazji, że to jedyna szansa aby zobaczyć ten rejon, bo bez samochodu z napędem na 4 koła nic w Kakadu N.P. się nie zdziała. Oczywiście przejrzałam oferty różnych firm, w końcu wybierając "Northern Territory Adventure Tours". Ceny takie jak u konkurencji, już ich znam (safari z Ayers Rock też oni organizowali), a poza tym wszyscy ich chwalą. Myślałam też o ofercie 2- dniowej za 240 AUD, ale ci, którzy wrócili z Kakadu, przekonali mnie, że jak już tam jechać to na 3 dni. Rezerwację zrobiłam dzwoniąc na bezpłatny numer telefoniczny 3 dni wcześniej, dzięki czemu teraz mogłam tylko po prostu przyjść na zbiórkę. Wyjazd jak zwykle bladym świtem. Pierwszy dzień to oglądanie kopców termitów, muzeum ekologiczne, pluskanie się w jakimś jeziorku, ale przede wszystkim pełen wrażeń rejs po billabong`u czyli rozlewisku rzeki " mnóstwo ptactwa, krokodyle i cudowny zachód słońca.
Noc spędzamy w namiotach. Tym razem straszenie wężami wszystkim się udzieliło " nikt nie jest chętny do spania na dworze.
14.09 Kakadu National
Park
Zwijamy biwak prawie po omacku " na godzinę przed wschodem słońca. Warto jednak wcześnie wstać " cisza, krzyk ptaków i coraz mocniej świecące nad rozlewiskami słońce. Szybkie śniadanie na łonie natury i jedziemy oglądać Ubirr Rock " skalne malowidła Aborygenów sprzed 40 tys. lat. Okolica ładna " to właśnie tu kręcili "Indiana Jones". Po południu docieramy do Barramundie Gorge " idziemy w góry, a tam " wspaniały wodospad i jeziora w skałach, oczywiście kąpiemy się.
Wieczór " ognisko, kolacja z grilla, namioty...
15.09 Kakadu National
Park, powrót do Darwin
Jak zwykle " pobudka skoro świt i jedziemy do wodospadów. Tym razem napęd na 4 koła okazuje się niezbędny. Na początek usiłujemy dotrzeć do Twin Falls. Nasz przewodnik uprzedza: trzeba przepłynąć wpław 200 m, "a tymi znakami (pokazuje ostrzeżenie przed krokodylami) to się nie przejmujcie, bo krokodyli tu nie ma". Już jesteśmy w wodzie, gdy ktoś pokazuje na brzeg: A to co to jest? "O, krokodyl" " ze stoickim spokojem stwierdza przewodnik " "ale to jest małogroźny gatunek". Profilaktycznie zaczynamy płynąć szybciej...
Wodospad Twin Falls okazuje się faktycznie imponujący, natomiast jak wygląda Jim Jim możemy zobaczyć tylko na pocztówkach. Z uwagi na suchą porę... wysechł. Woda jest w nim w porze deszczowej, ale wtedy nie można do niego dojechać.
Wodospady to ostatni punkt programu wycieczki. Na wieczór wracamy do Darwin. Jestem padnięta, ale poznany Australijczyk wyciąga mnie jeszcze na objazd miasta. Przy okazji zaglądamy do kasyna " Australijczycy uwielbiają hazard. Gdy już naprawdę zamierzam iść spać, spotykam znajomych z wycieczki. Zamiast w łóżku ląduję w pubie, stwierdzając że "XXXX", czyli "cztery iksy", to jedno z lepszych piw, jakie piłam...
16.09 Darwin " Sydney
Trudno nazwać Darwin fascynującym miastem, tym bardziej, że po cyklonie, jaki przeszedł w 1974 roku, jest ono praktycznie w całości odbudowane. Żałuję natomiast, że nie mam czasu, aby skoczyć na zamieszkane przez aborygeńskie plemię Tiwi wyspy Bathurst i Melville oraz do Litchfield National Park
Na śniadanie jem croc- burgera (czyli hamburgera z krokodyla), a potem włóczę się trochę po mieście. W samo południe " wsiadam do autobusu, który za 5 AUD wiezie mnie na lotnisko. Przy odprawie bagażowej poznaję Toma " Kanadyjczyka mieszkającego w Sydney. W trakcie miłej pogawędki w czasie lotu Tom pyta, gdzie nocuję w Sydney. Mówię, że jeszcze nie wiem. Do wylotu do Europy mam jeszcze 2 dni, trzeba to jakoś wykorzystać. Liczę, że może uda mi się załapać na jakiś nocny autobus do Kościuszko National Park, ale gdy dzwonię po przylocie do informacji, okazuje się, że połączenie mam chyba dopiero rano (pani dokładnie nie wie). W tej sytuacji korzystam z zaproszenia Toma na nocleg do jego rodziny.
17.09 Sydney " Canberra
Jeśli ktoś nastawia się na zwiedzanie Sydney, to warto poświęcić na to przynajmniej 2- 3 dni. Po moim wcześniejszym pobycie w tym mieście polecam przede wszystkim Operę (można zwiedzać w środku), wjazd na wieżę widokową (świetna panorama; 6 AUD), poza tym są też liczne muzea. W zależności od tego, co kto lubi, wybór jest spory " np. bardzo ciekawe Australian Museum (5 AUD; rewelacyjny dział przyrodniczy), Muzeum Marynistyczne (jedno z najlepszych tego typu, jakie widziałam), doskonałe Akwarium (drogo " 14.50 AUD). Jest też rosyjska łódź podwodna, a nawet Muzeum Coca- Coli, w którym można popróbować kilkunastu odmian coli i sprite`ów. Jeśli ma się więcej czasu, można zrobić sobie półdniowy wypad za miasto do Koala Park (są tam nie tylko koala) lub na cały dzień do Blue Mountains.
No, ale ja tym razem Sydney sobie odpuszczam, zostawiam wszystkie bety w domu Toma i tylko z małym plecaczkiem melduję się o 8- mej rano przy Circular Quay, skąd odjeżdżają autobusy dalekobieżne. Uparłam się na Górę Kościuszki, czyli muszę dojechać do Thredbo. Optymalnym połączeniem jest "Clipper Ski- Bus" za 60 AUD w jedną stronę lub 105 AUD w dwie, ale że szczyt sezonu już minął " codzienne połączenia są skasowane. Poza tym jeśliby nawet były, to autobus wyjeżdża z Sydney w nocy i na rano jest w Thredbo. Zmieniam więc plany i zamiast bezpośrednio do Thredbo, kupuję bilet do Canberry. Po 4 godzinach jazdy jestem w stolicy Australii i z miejsca nabywam całodzienny bilet na specjalny autobus obwożący po wszystkich ciekawszych miejscach " tzw. Canberra Explorer (18 AUD za cały dzień, choć jeśli myślimy tylko o objeździe miasta, bez wysiadania, wtedy lepiej kupić bilet godzinny " 7 AUD). Zwiedzam Parlament, Galerię Narodową, podziwiam Captain Cook Water Jet " wielką fontannę ze słupem wody na wysokość 110 m, ale największe wrażenie robi na mnie Memorial War. Idę tam trochę z obowiązku " kolejny Grób Nieznanego Żołnierza " myślę. Tymczasem szok " takiego muzeum wojny, tak sugestywnego i interesującego, jeszcze nie widziałam. Robi wrażenie... Swoją drogą jest też trochę pamiątek polskich (mundur, zdjęcia).
O 18- tej jest już ciemno, miasto sprawia wrażenie wymarłego. Autobus do Thredbo mam o 3- ej nad ranem. Nie wiem, co z sobą zrobić. Sprawdzam ceny hosteli " najtańsze łóżko w dormitorium " 16 AUD. Dość drogo, a mnie kończą się już pieniądze. Przeczekać na dworcu mogę tylko do 22- ej " potem hala jest zamykana. No to przeniosę się do kasyna " postanawiam, ale po godzinie jestem już tak zmarznięta i głodna, że odżałowuję 16 AUD i idę do hostelu. Robię sobie ucztę ze spaghetti z puszki i szybko idę spać.
18.09 Thredbo " Sydney
Kiedy o 2.30 dzwoni budzik " ledwo udaje mi się zwlec z łóżka. Dosypiam już w autobusie. Gdy się budzę jestem już w górach, nad którymi wschodzi słońce. Pobyt w Thredbo zaczynam od zjedzenia czekolady, po czym pełna energii, z mapą zdobytą w recepcji miejscowego hotelu, zwiedzam okolicę.
O 8- mej ruszają wyciągi, w związku z czym wysupłuję resztki pieniędzy, kupuję karnet na pół dnia (52 AUD, choć na cały dzień już tylko 60 AUD) i negocjuję zniżkę na wypożyczenie sprzętu (normalna cena " od 35 AUD dziennie za komplet). W końcu w prawie nowiutkich Rossignol`ach wjeżdżam krzesełkami na górę i zaczynam szaleć na stoku. Pytam wyciągowych o Górę Kościuszki " wszyscy mi odradzają ten kierunek: bo to daleko (6 km w jedną stronę), bo jest zima, bo jestem sama, a to są góry, bo przecież mam mało czasu. Jedynie ten ostatni argument jest dla mnie przekonywujący. Wiem już, że do Sydney muszę wracać autostopem (nie tylko z braku wystarczającej gotówki, swoją drogą nie ma popołudniowego autobusu), a ta forma podróży wymaga trochę czasu. Spóźnić się nie mogę " przecież następnego dnia rano wylatuję do Europy. Wyliczam, że o 13- tej muszę zacząć odwrót z Thredbo. Góra Kościuszki jednak nie daje mi spokoju " idę w jej kierunku, ale przy kolejnym wzgórzu, mokra od potu stwierdzam, że faktycznie nie zdążę. Czuję gorzki smak porażki, ale pocieszam się, że w takim razie muszę tu jeszcze raz wrócić.
Sprawdzam nartostrady " łatwe, nawet "czarna" jest łatwa. Niechętnie oddaję "deski". Dowiaduję się przy okazji, że w miejscowym kościele jest polski ksiądz " Father Wally Stefansky, jak mi uprzejmie donoszą tubylcy. Szkoda, że nie mogę go odwiedzić.
W ramach obiadu funduję sobie pizzę "Kosciusko special" (11 AUS) i wychodzę na obrzeża miasta.
Stopowanie idzie mi rewelacyjnie. Samochody dobre, kierowcy biorą chętnie. Po drodze robię sobie przerwę na zwiedzenie Muzeum Parku. Jest to pierwsze miejsce, gdzie prawidłowo piszą nazwę: "Kościuszko".
W Sydney, w domu Toma jestem już o 20- tej. Około 400 km przejechałam z facetem, który "zabawiał" mnie opowieściami o słynnym mordercy autostopowiczów (głośna sprawa, z zakopanymi w lesie zwłokami).
19.09 Sydney " Polska
Rano " pakowanie, ostatnie śniadanie, po czym Tom odwozi mnie na lotnisko. Po ok. 30 godzinach w powietrzu i na lotniskach (bilet mam trochę "dookoła" " przez Nową Zelandię, Los Angeles i Frankfurt) ląduję na ukochanym Okęciu...