Anna Olej
Etiopia
Wizy
Kenijska do uzyskania na lotnisku w Nairobi. Koszt tranzytowej (7 dni) 10 USD, pobytowej (3 mies.) 30 USD, na lotnisku wydawana jest wiza jednokrotego przekroczenia granicy.
Etiopska - najbliżej w Moskwie lub Bonn (Moskwa Orlovo - Davidovsky pereułok 6, tel. 280- 16- 16, 280- 16- 76, fax 280- 66- 08, lub 5300 Bonn 1, Brentane Strasse 1 tel. 23- 30- 41, fax 23- 30- 45). W Kenii 30- dniowa wiza kosztuje 56 USD i wydawana jest następnego dnia po złożeniu podania (potrzebne 1 zdjęcie). Można ją następnie przedłużyć w Addis Abeba w Immigration Office na 3 miesiące (trzeba wykazać się kwitami wymiany z banku) lub na 30 dni (bez kwitów) - oba warianty w cenie 16 USD.
Zdrowie
Wymagane szczepienie to tężec (1 szczepienie), przydatne to żółta febra (1 szczepienie), żółtaczka (typu A i B - trzy szczepienia - łącznie pół roku), tyfus. Dokładnych informacji o szczepieniach udziela Sanepid na Żelaznej (Warszawa), tel. 620- 90- 01. Czasami na lotnisku wymagane jest okazanie żółtej książeczki (z aktualnymi szczepieniami). Najważniejszym problemem jest malaria, występująca w większości krajów afrykańskich. Aby się przed nią zabezpieczyć należy łykać pigułki (do dostania w Kenii jest Nivaquina, Paludryna, Metakelfin - my wybraliśmy ten ostatni - cena opakowania wystarczającego na 4 tygodnie - 10 USD). Dobrze jest też mieć ze sobą jakiś lek na wypadek ataku malarii - my kupiliśmy Cotexin (ok. 10 USD). Ponadto przydatna jest moskitiera (w Kenii jednoosobowa kosztuje 4- 5 USD) oraz jakiś krem na komary, a także kadzidełka na komary (do kupienia za ok. 1 USD w Nairobii). Z uwagi na różnego rodzaju pasożyty polecam picie wody mineralnej w butelkach (pod żadnym pozorem z kranu, studni) lub coli. Niebezpieczeństwo bilharcjozy uniemożliwia kąpiel w jeziorach i innych wodach stojących. A poza tym jest cała masa innych zagrożeń, o których można przeczytać w przewodniku, ale które przy zachowaniu podstaw higieny i odrobiny zdrowego rozsądku nie powinny dopaść zwykłego turysty. Chyba, ze jest nałogowym pechowcem, ale wtedy lepiej nie ruszać się z domu.
Przewodniki
Najlepszym przewodnikiem do zwiedzania Etiopii jest "Etiopia" wydawnictwa Bradt (Wielka Brytania). Generalna uwaga co do przewodników - ceny się zmieniają. Zwłaszcza najtańszych hoteli, które z chwilą, gdy znajdą się w przewodniku, stają sie trochę droższe (to trochę bywa czasem i dwu i trzykrotne). Natomiast adresy pozwalają się zorientować, gdzie w danym miejscu jest dzielnica tanich hoteli.
Transport miejscowy
Afrykańskie drogi są generalnie złe, a miejscami fatalne - jeździliśmy głównie autobusami i ciężarówkami - często 100 kilometrów pokonywaliśmy w 3- 4 godziny (i to bez specjalnych postojów u pociotków kierowcy), a bywało też często, że 150- 250 kilometrów jechaliśmy przez cały dzień. Szczególnie polecam podróżowanie na dachach ciężarówek - klimatyzacja i wspaniałe widoki po drodze gwarantowane. Należy tylko bardzo uważać, aby być dokładnie ubranym - i zakładać coś na głowę, w przeciwnym raziem można łatwo poparzyć się na słońcu. Cały transport rusza rano, więc jeśli planujemy dłuższą trasę, trzeba o świcie być w miejscu skąd, ruszają ciężarówki. Jeśli wysiądziemy gdzieś między większymi miastami, to można mieć kłopoty z zatrzymaniem samochodu, w którym byłoby miejsce - z reguły wyruszają one w trasę załadowane do nieprzytomności i raczej po drodze pasażerów nie zabierają. W nocy jeżdżą tylko samobójcy - co niezwykle opóźnia i podraża przemieszczanie się, bo trzeba przenocować, potem wyruszyć w trasę o 6 rano, około 5- 6 dojechać na miejsce i znowu przenocować.
Fotografowanie
Podróżniku! Jeśli nie jesteś fotoreporterem żyjącym ze sprzedaży zdjęć zastanów się zanim wyjmiesz aparat by uwiecznić kolejną uliczną scenkę! Generalnie tamtejsi ludzie nie lubią być fotografowani i należy to uszanować. Wypada spytać się, czy można zrobić zdjęcie, a w przypadku odmowy z uśmiechem się pożegnać. Po co stawać się kolejnym "tourist faranj"? Czasem najpiękniejsze zdjęcia to te, których nie zrobiliśmy. Bardzo często miałam odczucie, że wyjmując aparat natychmiast ogólną życzliwość zmieniam w niechęć wobec kolejnego bogatego "tourist" (skoro stać mnie było, aby tam dotrzeć, to już musiałam być naprawdę bogata). Czasem ludzie proszą, aby zrobić im zdjęcia i przysłać - ja w takich chwilach prosiłam, aby mi napisali swój adres w notesie - a jeśli był po amharsku, to go potem w Polsce kserowałam i naklejałam na kopertę.
Czas
To wymysł białych ludzi. Tu nikt się specjalnie nie śpieszy. Wschody słońca są o 6 rano a zachody o 6 wieczór. Prawie natychmiast zapada zmrok, więc lepiej nie oddalać się zbytnio na samotne romantyczne wieczorne spacery. W Etiopii panuje też inny podział czasu (pomijam drobiazg, że jest tam 13 miesięcy) - 6 rano czasu europejskiego jest godziną 0 czasu etiopskiego. Zatem 9 rano wypada tam o 3. Robiliśmy przeliczniki czasowe, pamiętając że nasza 7 rano to ich 1, a nasza 7 wieczór to ich 1 w nocy. To czasem utrudnia życie, tym bardziej, że trzeba dokładnie upewnić się, wg jakiego czasu odjeżdża autobus!
Prezenty
NIE i jeszcze raz NIE!!! Zabieranie ze sobą kilograma długopisów na souveniry jest bez sensu. Osobiście polecam zabranie kilku użytkowych rzeczy, typu zegarki za 2 USD, na sytuacje typu łapówki lub argument w targowaniu się. Natomiast jeśli naprawdę chcemy komuś się odwdzięczyć, bardzo dobrym pomysłem jest przysłanie mu jego zdjęcia jako pamiątki. Ma to dużo większą wartość i jest dużo lepsze niż bycie turystą - Świętym Mikołajem. To przez takich "mikołajów" w każdej wiosce ścigać Cię będą hordy dzieci, wołając "give me pen!".
Przebieg podróży
Nasza wyprawa była dwuosobowa. Od dawna chcieliśmy zobaczyć Afrykę - po dłuższym zastanowieniu zdecydowaliśmy się pojechać do Etiopii. Kenię traktowaliśmy właściwie jako kraj tranzytowy, ponieważ wydawało nam się, że tam właśnie będzie najtaniej dolecieć, stąd zarówno przylot, jak i odlot nastąpiły z Nairobi. Etiopia nas oczarowała - to przepiękny kraj, o bogatej kulturze i historii, w którym każdy może znaleźć coś dla siebie. No i jest on w Polsce stosunkowo mało znany.
Z Nairobii wyruszyliśmy w kierunku Etiopii. Najpierw dotarliśmy do Isiolo (7 godz., 250 sch), a następnie do Samburu National Park. Wynajęcie samochodu w Isiolo na cały dzień jazdy po parku kosztuje min. 5000 sch, wstęp do parku 27 USD/os. My postanowiliśmy w ramach obniżania kosztów zwiedzić park podłączając się do jakiejś wycieczki - udało nam się zabrać za 500 sch/os. z parą australijczyków na pięciogodzinne foto- safari. Problem polega na tym, że do parku wszyscy przyjeżdżają na noc, a do bramy wyjściowej z parku jest 18 km A ponieważ w parku mieszkają również dzikie zwierzęta, więc jest absolutny zakaz chodzenia pieszo poza terenem obozu. Na miejscu do dyspozycji turystów jest hotel (z bieżącą wodą w kranie!) - na który nie było nas stać, oraz obozowisko z namiotami. Następnego dnia rano wraz z innymi turystami zabraliśmy się z powrotem do Isiolo. Stąd do Etiopii podróżowaliśmy dwa dni (Isiolo - Marsabit, Marsabit - Moyale). Koszt łączny wyniósł około 1000- 1200 sch, choć spotkaliśmy trampów, którzy za całą tą trasę zapłacili 500 sch - ale oni znali swahili
Noclegi w hotelikach po drodze są w cenie 150- 200 sch za pokój (dwuosobowy z jednym łóżkiem, generalnie w hotelach płaci się za łóżko, a nie ilość osób w nim śpiących).
Granica kenijsko- etiopska
Nie należy do moich ulubionych. Przyjechaliśmy wieczorem i dowiedzieliśmy się, że autobus w kierunku Addis wyrusza o 6 rano. Niestety, przejście granicy nie było możliwe między 18 a 8. Następnego dnia przyszliśmy o ósmej, ale strażnik poinformował nas, że celnik nie odprawi nas przed 9 bo Etiopczycy otwierają granicę dopiero o dziewiątej. Odczekaliśmy, wypełniliśmy formularze i po pół godzinie przeszlismy na drugą stronę.
Etiopia
Po drugiej stronie okazało się, że:
a) najpierw musimy pójść ponad kilometr do Immigration, aby wbito nam pieczątkę wjazdu,
b) wrócić ten sam dystans na granicę do odprawy celnej.
Wszelkie dyskusje i próba odwrócenia kolejności nie mają sensu i dowodzą tylko tego, że jeszcze mamy w sobie za dużo obcych nawyków. Przy wjeździe należy podać ilość wwożonej waluty, co jest następnie wpisane do paszportu (!). Ma to służyć zniechęceniu turystów do wymiany pieniędzy na czarnym rynku - przy wyjeździe należy pokazać kwity wymiany z banku (chociaż zawsze można je zgubić). W Etiopii monetą obiegową są byry, kurs w banku 1 USD = = 6,35 byr, na czarnym rynku 1 USD = 6,1- 6,5b. Aby mieć pole manewru (nie wszędzie są banki) nie deklarowaliśmy wszystkich naszych pieniędzy, lecz część przewieźliśmy tradycyjnie w skarpetkach. Ilość pieniędzy wwożonych na kartach kredytowych nie jest notowana, ponieważ te można i tak realizować tylko w banku i to najlepiej w Addis. Ponieważ przekraczaliśmy granicę w niedzielę, więc już od razu zmuszeni byliśmy do negocjacji ceny z cinkciarzami.
Warto nauczyć się kilku podstawowych słówek i liczebników, bo wtedy nie tylko ludzie stają się od razu bardziej życzliwi, ale i łatwiej jest nie przepłacać (pamiętając, że 1 USD to ok 6- 7 b). Często ustalano przy nas cenę i od razu mogliśmy się zorientować ile powinniśmy zapłacić np. za nocleg czy jedzenie.
Liczebniki etiopskie
1 and, 2 hulet, 3 sost, 4 arat, 5 amist, 6 sidist, 7 sabat, 8 simint, 9 zefen, 10 asir, 11 asir and, etc.
Podstawowe słówka
iszi - ok, w porządku, tak
cziger jelem - no problem
salem - pozdrowienie
szinta bet - toaleta
machina - samochód
- to po amharsku hotel (nie wiem jak to się wymawia), warto zapamiętać ten znak, bo są miejsca, gdzie nie ma żadnego szyldu po angielsku!
Podróż lokalnym transportem - uwagi
praktyczne
W autobusie warto postarać się o miejsce siedzące z możliwością wyprostowania kolan - bywa to szczególnie istotne na długich trasach. Należy bezwzględnie zlokalizować głośniki i starać się usiąść tak daleko od nich, jak to możliwe. W przeciwnym wypadku ryzykujemy trwałą utratę słuchu i wrażliwości na jakąkolwiek muzykę. Dobrze jest także ustalić, z której strony będzie świecić słońce - przy całodziennej jeździe okno południowe może wykończyć każdego. Autobusy na dalekie trasy wyruszają o 5 rano (bez specjalnych opóźnień!). Należy liczyć przeciętnie ok 6 godzin na przejechanie 150 km. Bilety kupuje się przed odjazdem u kierowcy, ceny zwykle nie są zawyżane - generalnie 100 km kosztuje ok. 10b. Po ok. dwóch godzinach jazdy jest zazwyczaj przerwa śniadaniowa. Generalnie wszystko, co jeździ, zabiera ilu się da pasażerów już na pierwszym przystanku. Ale oczywiście warto czasem zaryzykować. W końcu ktoś na pewno znajdzie wolne miejsce.
Bardzo ryzykowne jest przerywanie podróży pomiędzy etapowymi miejscowościami, ponieważ można mieć kłopoty z zatrzymaniem przejeżdżających pojazdów.
Moyale - Addis Abeba
Ceny autobusów na tej trasie (wg całodziennych etapów):
Moyale - Yabelo 10b, Yabelo - Awash 10b, Awash - Shashemene 10b,
Shashemene - Addis 20b.
Z Moyale pojechaliśmy do Yabelo - malutkiej wioski położonej na skraju Parku Narodowego. Tu po raz pierwszy spotkaliśmy się z etiopską kuchnią. Najczęściej dostępnym daniem jest indżera (5- 8 b) - tradycyjny placek do wspólnego jedzenia podawany z różnymi sosami - z reguły piekielnie ostrymi.
Nawet w największej wiosce można kupić jajecznicę (inkulat 2- 5 b) oraz spagetti (macaroni 4- 6 b). Chleb kosztuje 1 b, papier toaletowy 3 b, coca- cola 1,2 - 3 b, piwo 3 b. Doskonałym napojem jest herbata (szai 0,20 b) zaprawiana korzennymi przyprawami i kawa z mlekiem (buna bołatat 0,30 b). Dostępne owoce to najczęściej pomarańcze i banany. Zupełnie niezwykłymi miejscami są w Etiopii odpowiedniki naszych kawiarni, gdzie podawane są pyszne ciastka (0,5 b) i soki wyciskane z prawdziwych owoców (1,5 b).
Następnym etapem podróży był Awash - jeden z popularniejszych kurortów, gdzie można wynająć łódkę, aby z jeziora podziwiać flamingi i hipopotamy. My akurat ze zwierzyny spotkaliśmy jedynie błotne bawoły i zimorodki. Generalnie staraliśmy się utrzymać nasze noclegi w cenie 1 USD za pokój (czyli podobnie jak w Kenii za łóżko). Nawet w najbardziej turystycznym miejscu jest to możliwe, wymaga tylko czasem odrobiny hartu ducha, odporności na dodatkowych lokatorów (pchły) i na klaustrofobię (pokój jest czasem tylko o pół metra szerszy niż łóżko). W wielu hotelach można zlecić zrobienie prania, co kosztuje od 1 do 15 b (w zależności od kłopotów z występowaniem wody w danym rejonie). Tamtejszy system prania nie uznaje proszków piorących z impetem w głąb, poprzestając na najprostszej metodzie: mało wody, mało mydła, dużo piany. 100% skuteczności.
W Awash także skusiliśmy się na rozrywkę kulturalną, a mianowicie poszliśmy do kina. Niestety wyświetlany był jedynie amerykański film "science fiction" mający, lekko licząc, 30 lat. Ciekawostką było to, że film wyświetlano w oryginalnej wersji językowej (bez podpisów), a sądząc po naszych kontaktach z etiopczykami ich znajomość angielskiego często ograniczała się do pytania "What country do you belong?" Niemniej jednak publiczność oglądała go z zapartym tchem.
Shashemene należy potraktować jako kolejny etap w dotarciu do Addis Abeby - chyba, że ktoś byłby bardzo zainteresowany odwiedzeniem tamtejszej komuny rastafarian, ale nie przepadają oni zbytnio za turystami. I trudno im się dziwić, bo żyją zgodnie ze swoją religią i obyczajami, a nie chcą być traktowani jako ciekawostka turystyczna do robienia zdjęć.
Addis Abeba jest jak na stolicę przystało największa i najdroższa. Generalnie wszystkie podawane na trasie ceny należy pomnożyć przez dwa. Rekompensuje to nieco czarnorynkowy kurs dolara 1 USD = 7,05 b. Nasz pierwszy nocleg wypadł w dość przyjemnym hoteliku położonym w centrum niedaleko Piazza (15 b). Niestety, nie zorientowaliśmy się w porę, że jest to regularny dom publiczny. Właściwie nawet by nam to zbytnio nie przeszkadzało, gdyby nie awantury wybuchające co jakiś czas między pannami o klientów. Przy poszukiwaniach hotelu należy uwzględnić, że wielu etiopczyków często nie odróżnia słów fifteen i fifty, co często utrudnia precyzyjne określenie ceny. Po mieście najlepiej poruszać się mikrobusami (0,70 b) ponieważ Addis jest naprawdę ogromne. Osławione Merkato - czyli targ, gdzie można kupić również pamiątki podzielony jest ściśle na sektory - jedzenie, tekstylia, AGD etc. Sektor turystyczny to po prostu masa straganów z pamiątkami. Są tu przepiękne krzyże, haftowane bluzy i oczywiście wszystko to jest robione ręcznie.
Zarówno w stolicy, jak i w innych miastach, do banków i urzędów pocztowych nie pozwala się wnosić toreb, plecaków i aparatów fotograficznych. Przed wejściem do jakiegokolwiek urzędu (poczta, immigration etc) wchodzących poddaje się rewizji. Jest to trochę uciążliwe, ale tak działa system i nie ma co z tym walczyć. Generalnie nigdy nam nic nie zginęło z rzeczy pozostawianych u strażników. Osobiście doradzam ograniczenie do minimum bywania w takich miejscach - głównie ze względu na koszmarne kolejki. Warto poświęcić pół jednego dnia w czasie poróży na wysłanie wszystkich listów i kartek - najlepiej z Addis, gdyż z innych miast (podobno) często korespondencja nie dochodzi. Telefon do Polski kosztuje 16,50 b za minutę, ale trzeba zamawiać rozmowę na minimum trzy minuty
Uwaga
Zanim udamy się na odkrywanie dzikich ostępów, lepiej wymienić wcześniej odpowiednią ilość dolarów, bo może się nagle okazać, że w jakiejś wiosce nie stać nas będzie nawet na kolację, bo nie będzie jak wymienić pieniędzy. Raz nam sie tak zdarzyło, że proponowano nam wymianę w stosunku jeden byr za jeden dolar.
Doskonałą formą zwiedzania Etiopii (dla osób o mocnych nerwach i większym budżecie) jest wykupienie biletu lotniczego. Przykładowo bilet z przerwami na trasie Addis - Bahar Dar - Gonder - Lalibela - Aksum - Addis (czyli szlakiem największych atrakcji) kosztuje 180 USD i ważny jest przez 3 tygodnie. Co prawda, jak twierdziła Amerykanka podróżująca w ten sposób, na 5 odlotów tylko jeden odbył się o czasie, ale za to nie miała ani jednego międzylądowania awaryjnego (statystyka wypadków lotniczych nie jest publikowana). Ta forma transportu jest szczególnie godna polecenia osobom, które nie mają czasu - transport lądowy jest tak wolny (stan autobusów z reguły jest fatalny, zaś większość dróg to górskie wyboiste serpentyny), że często odcinek 100- 200 km pokonywaliśmy cały dzień.
Addis Abeba - Debre Libanos - Dejen
- Bahar Dar
Przykładowy czas i koszty transportu:
Debre Libanos - Dejen (7- 16, 10 b),
Dejen - Motte (6- 12, 15 b), Motte - Bahar Dar (150 km. 14- 19, 10 b).
Debre Libanos jest malutką wioską znaną ze wspaniałego klasztoru, do którego jednak kobietom wstęp jest wzbroniony. Do tej pory spotkaliśmy się w Etiopii z wołaniami (głównie przez dzieci, ale nie tylko) "you, you" i "faranji" (czyli obcokrajowiec), natomiast tu po raz pierwszy wołano za nami "tourist". Wyjechaliśmy z Addis o 7 rano, dotarliśmy po południu. Po zwiedzeniu klasztoru przez mojego współtowarzysza podróży (mnie pozostało pilnowanie bagaży) chcieliśmy ruszyć dalej, ale jako że była już piąta po południu szanse na transport zmalały do zera. Zatem postanowiliśmy zanocować "na dziko" - tym bardziej, że okolica była przepiękna (przełomy Nilu), a nocleg w wiosce wiązał się z pełnieniem roli atrakcji turystycznej - tym razem dla miejscowych. Zmyliliśmy tropy, dzięki czemu mieliśmy najbardziej przestronny pokój - gwiazdy nad nami i gwiazdy pod nami bo biwakowaliśmy na zboczu ogromnego kanionu. Namiotu nie wzięliśmy programowo, wychodząc z założenia, że lepiej mieć lekkie plecaki (mój ważył 12 kg), a poza tym namiot od razu rzuca się w oczy. Niestety okazało się, że na tej wyskokości nasze śpiwory i ubrania są o dużo za cienkie i potężnie zmarzliśmy. Za to wschód słońca zrekompensował wszystko.
Następnym etapem podróży były przełomy Błękitnego Nilu. Była to niezwykła podróż serpentynami - najpierw kilka godzin w dół, a potem dwie godziny do góry. Aby mieć pełnię widoków zdecydowaliśmy się jechać na dachu ciężarówki. Dzięki temu mieliśmy non- stop klimatyzację i już po godzinie byliśmy kompletnie pokryci kurzem. Ale warto było. Jedyne co psuło nam kontemplację piękna wokół to wraki ciężarówek, które nie wyrobiły się na zakrętach To tak zamiast znaków ostrzegawczych. Właściwie trudno traktować Dejen jako bazę wypadową do spacerów nad przełomy, ponieważ wioska jest o dobrych kilka kilometrów dalej, zaś zejście nad przełomy i powrót zajmują kilka godzin. Tak więc poprzestaliśmy na noclegu i następnego dnia skoro świt wyruszyliśmy do Bahar Daru.
Jest to doskonałe miasto na kilkudniowy postój w podróży. Po pierwsze - można wynająć łódź i popłynąć na wyspy na ogromnym jeziorze Tana (jak głosi legenda, na jednej z wysp zatrzymała się Matka Boska) gdzie panowie mogą podziwiać wspaniałe klasztory. Po jeziorze (zresztą ogromnym) można zrobić dwudniowy rejs z postojami na wyspach (2 dni - 100 b). Po drugie - niedaleko znajdują się wodospady Błękitnego Nilu. Ponieważ wynajęcie łodzi było dla nas zbyt kosztowne, zdecydowaliśmy się na dłuższy wypad nad wodospad do Tys Abay. Ponadto w Bahar Darze jest targ, na który w niedzielę przychodzą wieśniacy z okolicznych wiosek i jest to doskonała okazja do spotkania wielu różnych plemion.
Bahar Dar - Tis Abay: 1,5 b, 40 min, o 15 ostatni autobus powrotny z wioski
Wodospady
Tis Abay to naprawdę malutka wioska. Wszyscy znają wszystkich, a już w szczególności przyjezdnych. Aby mieć odrobinę spokoju i trochę zabawy stwierdziliśmy, że nie znamy angielskiego - jedynie poco italiano. I już po chwili wszyscy wiedzieli, że na nas nie da się poćwiczyć konwersacji, co uwolniło nas od monotonnych mini rozmówek.
Kilka uwag technicznych przed zobaczeniem wodospadu:
1. Warto założyć wysokie buty z protektorem - pył wodny sprawia, że ścieżka jest błotnista i łatwo można się poślizgnąć.
2. Najpiękniejsza półkolista tęcza nad całym wodospadem jest do 9 rano.
3. Zachód słońca nie jest widowiskowy, bo zasłonięty górami, a do tego powród do wioski po zmroku może być niebezpieczny, bo ścieżka jest mocno kamienista.
4. Wstęp kosztuje 15 b, z legitymacją ISIC 5 b. Bez biletu wejść się nie da.
5. Nie trzeba wynajmować przewodnika, aby trafić na miejsce.
Nad wodospadami można spędzić cały dzień, tym bardziej, że można zejść do rzeki płynącej u stóp wodospadu i spędzić trochę czasu na pławieniu się oraz oglądać wodospady z dołu, co też jest niesamowitym przeżyciem. Trzeba tylko mieć coś do ochrony aparatu fotograficznego przed wodą.
Bahar Dar - Gonder - Lalibela -
Addis Abeba
Z Bahar Daru pojechaliśmy do Gonderu. Miejsce to słynie z pałaców zbudowanych w XVIIw. przez króla Fasylidesa. Wyglądają one jak średniowieczne warownie i pewnie nie zachwycałyby specjalnie w Anglii czy Francji, ale na tym kontynecie jest to coś absolutnie niezwykłego. Wstęp kosztuje 50 b, nie ma zniżki ISIC, w cenie biletu jest przewodnik. Jest to miejsce, gdzie z pewnością spotkać można innych turystów, wymienić się informacjami i doświadczeniami. Z tym, że po Etiopii podróżuje bardzo mało trampów. My spotkaliśmy praktycznie tylko czterech. Ponadto koniecznie należy zobaczyć kościół koptyjski Debre Birham Selasje (10 b) z pięknymi malowidłami ściennymi. Przy odrobinie szczęścia można także wziąć udział w niedzielnej mszy. O ile dobrze zrozumieliśmy, msza zaczyna się o 10 wieczór w sobotę i aż do 4 rano odprawiana jest tylko przez kapłanów, dopiero od 4 aż do 10 rano mogą w niej uczesniczyć wierni. Obawiam się, że nie jesteśmy miłośnikami etiopskiej muzyki sakralnej (zupełnie odmienne pojęcie harmonii od naszego), ale z pewnością warto choć raz przeżyć coś takiego.
"Insz Allach! Nie ma Boga nad Boga! Módlcie się, gdyż modlitwa jest lepsza od snu!" - nie jesteśmy o tym do końca przekonani, ale dzielnica najtańszych hoteli w Gonderze mieści się między dwoma meczetami, co w praktyce oznacza dwukrotną pobudkę w nocy na modlitwy.
Z Gonderu pojechaliśmy do Debarku (8 b) - punktu wypadowego w góry Siemen. Z górami jest ten problem, że aby pójść na trekking wymagane jest:
a) wynajęcie przewodnika,
b) wynajęcie konia do transportu bagażu,
c) wynajęcie przewodnika do konia,
d) wynajęcie strażnika do pilnowania tego wszystkiego,
e) wykupienie pozwolenia na trekking.
Jest to forma popierania lokalnej prywatnej inicjatywy. Kosztuje to ok. 10- 15 USD za dzień. Żegnaj samotności w górach, ale za to można się poczuć jak prawdziwy odkrywca z własną karawaną. Co prawda niektórzy próbują to wszystko ominąć i pójść przed siebie z kompasem (map nie ma żadnych), ale naprawdę trudno zrobić to niepostrzeżenie. Góry - te najbardziej interesujące - znajdują się o 23 kilometry od Debarku i właściwie z drogi ich nie widać. Zrobiliśmy sobie dwa długie wypady, tłumacząc przez pierwsze kilometry, że idziemy tylko na spacer i w tym celu naprawdę nie musimy wynajmować przewodnika, konia, przewodnika do konia itd... W Debarku nasze drogi się rozeszły - mój współtowarzysz pojechał, aby "zrobić" pełną trasę i zobaczyś Aksum oraz klasztory w Debre Damos (tylko dla mężczyzn), a ja pojechałam do Lalibeli, ponieważ zbliżał się już czas mojego powrotu.
Z Debarku wyruszyłam o świcie i jeszcze tego samego dnia udało mi się dotrzeć do Debre Tabor (łącznie 22 b), gdzie przenocowałam i od rana wyruszyłam dalej na trasę. W hotelu powiedziano mi, że z Debre Tabor do Gaynt dotrę bez problemu (prawda), a potem od razu będę mieć autobus bezpośredni do Volvia. Nie prawda.
Prawdziwym problemem podczas całej wyprawy było uzyskanie wiarygodnej informacji. Nie ma dziś autobusu. Jest rano. O drugiej. O czwartej. Jest dużo autobusów. Jest jeden na dwa dni. Podobnie z czasem i odległością. Odcinek Volvia - Lalibela w skrajnych wersjach wynosi od 30 do 130 km i od 3 do 8 godzin jazdy. W Debarku ten sam urzędnik poinformował mnie, że telefon do Gonderu kosztuje 100, 3000 i 400 b za minutę (!!!), że dziś nie da się zadzwonić i że mogę zadzwonić choćby zaraz.
W końcu udało mi się znaleźć ciężarówkę, która jedzie do Volvia. Szukanie ciężarówki polegało na kilkakrotnym powiedzeniu głośno i wyrażnie nazwy punktu docelowego w zwarty tłum, który obserwował moje poczynania. Aby urozmaicić sobie podróż wysiadłam na skrzyżowaniu z nikąd do nikąd, w wiosce gdzie było 7 chat i skąd prowadziła droga wprost serpentynami do Lalibeli. Oszczędziłam sobie w ten sposób ok. 3 godzin jazdy i zyskałam okazję do obejrzenia wioski, gdzie chyba rzadko ktokolwiek zostaje, bo nie ma tu absolutnie nic (poza 7 chatami, dziećmi, krowami i małym stadkiem drobiu). Zostałam zaproszona na wieczór do jednej z chat, co skończyło się pokazem tańców, ze strony mieszkańców, i koncertem wokalnym w moim wykonaniu. Chata, w której mieszkałam, wyposażona była dodatkowo w klimatyzację - czyli gigantyczne szpary w ścianach, a ponieważ wioska mieściła się na przełęczy, była to kolejna noc spędzona na odliczaniu godzin do świtu.
Następnego dnia rano wyruszyłam do Lalibeli. Udało mi się jechać na dachu ciężarówki - zdecydowanie warto, bo widoki były jak zwykle przepiękne. Sama Lalibela jest bardzo turystycznym miejscem, słynnym z wykutych w skale kościołów. Dlatego też trudno tu o naprawdę tani hotel (płaciłam 10 b), zaś bilet wstępu do kościołów jest wprost zabójczy - 16 USD, brak zniżek za ISIC. Największym problemem jest uwolnienie się od dzieci- przewodników, które nie dadzą żyć dopóki się nie zdecyduje na usługi jednego z nich. Koszt wynajęcia przewodnika zależy od jego wieku i znajomości angielskiego i wynosi od 20 do 60 b. Nad miasteczkiem jest klasztor na szczycie góry - jest to wspaniałe miejsce na poranny spacer (lepiej wyruszyć naprawdę rano, bo wtedy droga jest w cieniu), przewodnik kosztuje 20 b i wstęp kolejne 20 b. Wnętrze klasztoru - o ile nie jest się zapalonym etiopistą, można sobie spokojnie odpuścić - takie same krzyże i księgi można zobaczyć w pozostałych kościołach. Natomaist widok z góry na górzytą pustynię jest doskonały.
Z Lalibeli do Addis jechałam 2 dni:
Lalibela - Volvia od godz. 6 do 14, 16 b,
Volvia - Dese od godz. 14 do 19, 9 b (nocleg w Dese - 8 b),
Dese - Addis od godz. 6 do 16, 25 b.
I to właściwie koniec mojej podróży, bo następny tydzień wracałam. Ponieważ nie mogłam ryzykować powrotu lądem (pora deszczowa) z Addis do Nairobii poleciałam samolotem (280 USD + wiza tranzytowa do Kenii 10 USD), stamtąd do Londynu i potem 2 dni w autobusie do Warszawy. Na pewno nie było to najtańsze połączenie, ale dzięki temu dotarłam do domu wieczorem 23 grudnia. W samą porę...
Tak skończyło się moje pierwsze spotkanie z Afryką.
Przeciętnie, kiedy byłam sama, wydawałam ok 50 b dziennie, (nie licząc wstępów) na transport, noclegi i jedzenie. Oczywiście można zejść poniżej tej kwoty, ale albo siedząc na wsi, gdzie życie jest generalnie tańsze, albo targując się bardzo zawzięcie.
Łącznie cała wyprawa kosztowała mnie 1600 USD.
Warto przed wyjazdem przeczytać:
Jan Wraksa: "Etiopia",
A. Wilczyński: "Każdemu według marzeń",
Ryszard Kapuściński: "Cesarz".
A na koniec uwagi dla samotnych (i
nie tylko) kobiet
Przydatne są zdjęcia dzieci (mogą być własne fotki z dzieciństwa) - bardzo pomaga to w nawiazywaniu konwersacji. Wiadomo, że jadąc poza Europę trzeba się liczyć, iż kobieta (a zwłaszcza samotna) budzi duże zainteresowanie. Dlatego nie należy dodatkowo prowokować. Warto zabrać luźne długie spodnie i bluzkę z długim rękawem. Jeśli spódnica, to zdecydowanie raczej długa niż mini. Co i tak nie uchroni przed propozycjami w stylu "you me good relationship, sex no problem". Nie warto robić o to awantury, wystarczy zdecydowanie odmówić.