Joanna i Dariusz Grzymkiewicz

Turcja, Syria
i Jordania '97
- trampingowy elementarz

7 lipca Stambuł

Nasz autobus przyjechał do Stambułu z kilkugodzinnym opóźnieniem. Zamiast o planowanej 22:00 byliśmy na miejscu grubo po 1:00 w nocy. Autobus zatrzymał się pod stambulskim Hotelem Astor, bazą noclegową polskich i rosyjskich handlarzy, z cenami pokoi w granicach 30 USD od osoby. Nie przypadły nam do gustu ani klimat miejsca, ani cena, dlatego pomimo późnej pory pomaszerowaliśmy przez miasto do dzielnicy Sultanahmet. Po półgodzinnym marszu wzdłuż torów tramwajowych znaleźliśmy się pod Błękitnym Meczetem i trafiliśmy do Orient Youth Hostel.

W hostelu dostaliśmy miejsca na tarasie, ponieważ (co później okaże się regułą) pokoje zapełnione były po brzegi. Udało nam się stargować cenę z 5,5 USD do 3,4 USD, ponieważ po pierwsze mieliśmy zapłacić w dolarach, po drugie zrezygnowaliśmy ze śniadania wliczonego zwykle w cenę. Padliśmy umęczeni jak psy.

Rano stanęliśmy w kolejce oczekujących i wywalczyliśmy miejsca w dormitorium. Tym razem zdecydowaliśmy się płacić po 5,5 USD.

Zaraz za rogiem, przy hotelu jest mała piekarnia, gdzie smaczna bułka kosztuje 0,2 USD.

Zwiedzanie Stambułu rozpoczęliśmy od Pałacu Topkapí. Za wstęp należy zapłacić 2,5 USD (1,3USD z ISIC) i osobno 1,7 USD za wstęp do Haremu. Potem odwiedziliśmy Błękitny Meczet, Uniwersytet, Meczet Sulejmana, Most Atatürka i Bazar Egipski.

W poniedziałkowy wieczór w Orient Youth Hostel jest darmowy pokaz tańca brzucha.

1 USD = 149500 tureckich lirów. Najkorzystniejszego kursu należy spodziewać się w tzw. "döviz"- ach na Krytym Bazarze, w dzielnicach handlarzy Aksaray - Laleli i turystycznej Sultanahmet.

8 lipca Stambuł

Na śniadanie w Orient Youth Hostel dostaliśmy masełko, dżemik, jajko, herbatę (lub kawę - do wyboru) i półmisek pieczywa. Wiele się człowiek nie najadł, ale coś na ząb z samego rana jest zawsze dobrym pomysłem. Zaraz potem wybraliśmy się nad Bosfor, by zorientować się w promach do Yalova. Po drugiej stronie mostu Galata odkryliśmy knajpki z owocami morza. Talerz kalmarów z frytkami, sałatką i napojami kosztował ok. 6 USD.

Wstęp do Aya Sofia: 3,4 USD (1,3 z ISIC). Jest to jedno z tych miejsc na trasie, które robi największe wrażenie i pamięta się je do końca życia.

Codziennie o 21:00 można obejrzeć widowisko "światło i dźwięk" na minaretach Błękitnego Meczetu. Na budce przed obiektem wisi plan, który dokładnie przypisuje każdemu dniu odpowiadający mu język dla nagranego słuchowiska.

Najtańsze jedzenie dostać można w okolicach mostu Galata po stronie dzielnicy Eminönü, w okolicach Egipskiego Bazaru i Krytego Bazaru. Należy unikać restauracji i budek na turystycznej ulicy Divan Yolu, w rejonie największych zabytków. Ceny tu są. dwa razy wyższe. Celuje w tym herbaciarnia Derviş naprzeciwko Błękitnego Meczetu, która bez wcześniejszego ostrzeżenia doliczyła nam do rachunku 60 % ceny za tzw. opłatę serwisową.

9 lipca Stambuł - Bursa

Po śniadaniu spakowaliśmy plecaki i wyruszyliśmy do przystani Kabataş, skąd odpływają promy do Yalova.

Na peronach tramwajowych stoją specjalne budki, w których kupuje się bilety. Ów kawałek papierka wrzuca się następnie do otworu przy bramce. W tramwajach nie ma kasowników, jeśli więc uda się komuś przejść obok budki bez biletu lub budka jest nieczynna (przeważnie dzieje się tak na przedostatnim przystanku przed pętlą), ma przejazd za darmo.

W Turcji są dwa rodzaje miejskich autobusów. W jednych bilet kupuje się w kiosku i wrzuca do otworu pudełka przy kierowcy. W drugich - bilet kupuje się u konduktora w autobusie. Bilet kupiony w budce niekoniecznie musi być uznany w autobusie z bileterem, który żąda zakupienia u niego biletu. Przejazd miejskim autobusem, tramwajem i metrem kosztuje 0,3 USD.

Za prom pasażerski z Kabataş do Yalova zapłaciliśmy po 5 USD. Nie ma zniżek na ISIC.

Zaraz po drugiej stronie w Yalova czekał autobus do Bursy za 2 USD od osoby. Dowiózł nas do nowoczesnego terminalu, znajdującego się na pustkowiu, ok. 10 km od miasta. Na szczęście bez problemu znaleźliśmy autobus do centrum (Heykel) za 0,3 USD. Tam zapakowaliśmy się do Hotelu Ipekçi za kosmiczną cenę 5,4 USD.

W Bursie niewiele rzeczy jest do zobaczenia. A ponieważ ceny ustalone odgórnie przez władze są dość wysokie, miasto nie zachęca do długiego pobytu.

10 lipca Bursa

Trudno jest odnaleźć w Bursie Stare Łaźnie (Eski Kaplíca). W przewodniku Lonely Planet mapa miasta kończy się zbyt wcześnie, w przewodniku Pascala jest fatalnie niedokładna. Za Nowymi Łaźniami należy odbić ulicą w lewo, a nie iść prosto, jak wynika z przewodnika Pascala. Najlepiej kierować się drogowskazami na Kervansaray Termal Hotel. Przyjemność zażycia kąpieli kosztuje tu prawie 13 USD (6 USD wstęp, po 3,5 USD za asystę przy myciu i masaż), dlatego z przybytku korzystają prawie wyłącznie turyści ekskluzywnych hoteli i tureccy biznesmeni.

Po wejściu do łaźni należy skierować się do drewnianej przebieralni, gdzie pozostawia się ubranie i owija kawałkiem płótna. Następnie wkracza się do marmurowego pomieszczenia, w którym z kraników w ścianie płynie gorąca woda. Tu należy umyć się dokładnie mydłem. Jeżeli wykupiło się asystę, w pomieszczeniu obok przystojny serwisant naciera ciało klienta ostrą rękawicą, a masażysta zamienia miejscami mięśnie łydek i ramion. Po zabiegu dobrze jest spłukać z siebie obfitą pianę i przejść do pomieszczenia głównego. Tu, oprócz cieknącej ze ściany wody, znajduje się duży basen z gorącą solanką. Czas zabawy jest nielimitowany.

Przy wyjściu serwisant podaje suchą ścierkę i owija ręcznikiem. Nic nie robi się samemu. W garderobie masażysta wyciera klienta, wykonuje krótki masaż i na znak zakończenia asysty wali otwartą dłonią w plecy.

Nie domagano się dodatkowych napiwków.

Przejazd autobusem miejskim spod Eski Kaplíca do centrum (bilety kupione w kiosku i wrzucone do otworu przy fotelu kierowcy) kosztowały 0,2 USD. Przy wsiadaniu otwarte są tylko pierwsze drzwi, by nikt nie wszedł bez biletu. Przy wysiadaniu dowolnymi drzwiami należy wcisnąć przycisk "żądanie" nad drzwiami.

Specjalność kulinarna Bursy to Iskender Kebap, czyli bułka pocięta na drobne kawałki, polana roztopionym masłem i pokryta warstwą mięsa z pomidorami i chłodnym jogurtem. W restauracji w centrum kosztował ok. 2,7 USD.

Dzisiejszy kurs dolara do lira wynosił 1 USD = 151000 lirów.

11 lipca Bursa - Çanakkale

Autobus z centrum Bursy (tzw. Heykel) do nowego terminalu, skąd odchodzą autobusy dalekobieżne, ma przystanek na Atatürk Caddesi. Stojąc plecami do Ulu Camii, a twarzą do poczty, (PTT) należy przejść na stronę poczty i udać się w lewo (w stronę pomnika Heykel). Przystanek znajduje się pod siedzibą Akbanku. Oznaczony jest szarą tabliczką zawieszoną na słupie. Napis głosi, że jest to przystanek autobusu nr 80 do Terminalu.

Nie bez powodu opisujemy powyższe z taką dokładnością. Zanim trafiliśmy na odpowiedni przystanek, uciekły nam trzy autobusy. Zaczęło się od tego, że panienka w Tourist Information Office kazała nam stanąć na przystanku dolmuşów na prawo od poczty i machać ręką na przejeżdżające autobusy. Technika nie sprawdziła się, a żaden z miejscowych nie potrafił określić, gdzie rzeczony przystanek się znajduje.

Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na fakt, że wszystkie pojazdy na Atatürk Caddesi poruszają się w jedną stronę. Skoro więc droga jest jednokierunkowa, oznacza to, że autobusy poruszają się po pętli i przystanek znajduje się w tym samym miejscu, co przystanek z terminalu. Podróżnicy, którzy zapamiętają, w którym miejscu wysiedli po przybyciu do miasta, z łatwością trafią na przystanek powrotny.

Do Çanakkale dojechaliśmy autobusami firmy Kamil Koç za 6 USD na osobę. Tu zatrzymaliśmy się w hotelu Anzac House na Cumhuriyet Meydani No. 61 (tel. +90 286 217- 01- 56). Łóżko w dormitorium kosztuje 3,6 USD. Na powitanie właściciel poczęstował nas pyszną herbatą jabłkową. Było czysto, gorąca woda w prysznicu i papier toaletowy w toalecie. Obsługa świetnie mówiła po angielsku. Zaproponowano nam wycieczkę do Troi (przejazd, opłaty wstępu, przewodnik) za 8 USD od osoby. Wielu hotelowych gości korzysta z tej oferty. O 18:00 organizowane jest barbecue, na którym za 3,5 USD dostaje się kawałek kurczaka, cielęciny i siekańca z grilla z ryżem, sałatką z pomidorów, chłodnym piwem i pieczywem. Trochę mało, jak za taką cenę.

12 lipca Çanakkale - Assos

Z Çanakkale do Troi dojeżdża się dolmuşem za niecałego dolara w jedną stronę. Bilet wstępu kosztuje 1,7 USD (0,7 USD z ISIC). W związku z tym zupełnie nie opłaca się brać wycieczki za 8 USD z hotelu. Przewodnika również można wynająć dopiero na miejscu.

Z Çanakkale udaliśmy się do Assos. Najpierw z dworca za 1,7 USD do Ayvacíku i stamtąd dolmuşem za 1 USD do Assos. Dolmuş wysadził nas przy nadmorskiej przystani (Iskele), obrośniętej gęsto hotelikami i polami kempingowymi. Na polu Assos Öz Camping, trochę na uboczu w gaju oliwnym, płaciliśmy 0,7 USD od głowy za noc. Mają kiepską restaurację, choć tanią. Ceny innych restauracji, np. polecanej przez Lonely Planet knajpy na Dost Camping, są "turystyczne". Danie mięsne kosztuje tam 3,5 USD.

Z samego rana w jednym z dwóch sklepików przy przystani można kupić bułkę za standardową cenę 0,2 USD. Mają też dobre, tureckie wina za 4,3 USD/but., których nie omieszkaliśmy wieczorem degustować na drewnianym pomoście nad morzem.

13 lipca Assos

Na wzgórzu w wiosce Behramkale (tak obecnie nazywa się starożytne Assos) znajdują się ruiny świątyni Ateny. W związku z tym jest tam również mnóstwo hotelików i restauracji, dużo tańszych niż przy przystani. Jedyny problem polega na tym, że owe restauracje znajdują się o 1,5 godziny drogi pod górę od przystani i morza. Jeśli jednak ktoś wybiera się zwiedzić ruiny w porach posiłku, nie powinien bez potrzeby wydawać pieniędzy na dole. Dzisiaj za całkiem obfite śniadanie zapłaciliśmy niecałe 5 USD na dwie osoby. Podali wspaniałe, świeże oliwki i pierwszorzędny ayran.

Do świątyni Ateny można wejść za darmo przed godz. 10:00 rano. Potem w budce pojawia się kasjer i sprzedaje bilety.

W Assos przy przystani można wymienić pieniądze w droższych hotelach, ale po pirackim kursie, co przy większych kwotach daje zdecydowanie odczuwalną różnicę.

14 lipca Assos

Oprócz sklepu z chlebem, który znaliśmy od początku, bo zatrzymują się przy nim dolmuşy, jest jeszcze jeden, na tyłach hotelu Kervansaray, nad samym morzem. Chleb rozchodzi się rano błyskawicznie.

Do Assos warto przyjechać z maską do nurkowania. Przezroczystość wody jest idealna, morze spokojne. Niedaleko od brzegu znaleźć można piękne muszle, pogonić się z rybami i ośmiornicami. Co prawda, w sklepiku przy przystani sporadycznie pojawiają się okulary pływackie, ale są produkcji chińskiej i nie wyglądają zbyt dobrze. Kosztują 3,7 USD.

Dziś ze zdumieniem stwierdziliśmy, wnikliwie analizując mapę, że wielka wyspa naprzeciwko naszego kempingu to naprawdę Lesbos.

Turcy słabo mówią obcymi językami. Są jednak skorzy do nawiązywania kontaktów. Są serdeczni, przyjacielscy i uczynni. Jak na razie okazuje się bardziej przydatny niemiecki w rozmowach z "cywilami". W punktach typowo turystycznych i większości biur autobusowych jest zwykle ktoś, kto zna angielski.

15 lipca Assos - Bergama

Z rana zapakowaliśmy się do dolmuşa i dojechaliśmy do Ayvacíku (1 USD). Stamtąd autobusem za niecałe 5 USD dojechaliśmy do miejsca, gdzie z autostrady odchodzi droga do Bergamy (Pergamonu). Niewiele autobusów zatrzymuje się w środku miasta. Większość z nich przystaje po prostu na owym skrzyżowaniu i męcz się podróżniku dalej sam. Na szczęście stoją tu taksówki i nieraz zatrzymują się dolmuşy, które za 1 USD za osobę dowożą porzuconych pasażerów do centrum.

W Bergamie znaleźliśmy hotel Berlin Pension (Ertugrul Mah. Mustafa Yazící Cd. No. 5), uliczkę w bok od głównej Izmir Caddesi, zaraz naprzeciwko Muzeum Archeologicznego (3,3 USD od głowy za nocleg w dwójkach). Nocleg na materacu na tarasie kosztuje 2,6 USD. Naprzeciwko hotelu jest Supermarket Şok, w którym ceny są dwa razy niższe niż w małych sklepikach (np. za 1,5 litra wody 0,2 USD przy standardowej cenie 0,7 USD). W hotelu Pergamon Pension opisywanym w Lonely Planet ceny pokoi kształtują się w okolicach 4,6 USD/os., ale hotel naprawdę jest luksusowy.

Wejście do Czerwonej Bazyliki kosztuje 1,3 USD (0,7 USD z ISIC), a do Asclepionu 1,6 USD (0,7 USD z ISIC).

Za 13 USD kupiliśmy dziś maskę do nurkowania z fajką na wypadek, gdybyśmy mieli gdzieś jeszcze możliwość zanurkować.

Dzisiejszy kurs bankowy dolara do lira: 1 USD = 152300 lirów.

16 lipca Bergama - Selçuk

Z rana wynajęliśmy taksówkę za 5,2 USD (w/g taksometru!) i wjechaliśmy na Akropol (wstęp 1,6 USD; 0,7 USD z ISIC). Stamtąd pieszo przez ruiny Middle City zeszliśmy do miasta.

Z Bergamy nie znaleźliśmy bezpośredniego autobusu do Selçuk, wsiedliśmy więc w autobus do Izmiru (2,6 USD), a stamtąd w ciągu dwóch minut przesiedliśmy się w autobus do Selçuk (1,6 USD).

W Selçuk przy dworcu autobusowym dopadli nas hotelowi naganiacze i doprowadzili do Saray Pension (3,3 USD za nocleg jednej osoby). By dojść do niego należy odszukać najpierw na mapie ulicę Kubilay Caddesi (równoległą do głównej Atatürk Caddesi, przebiegającą między dworcem autobusowym a targowiskiem) i pójść nią do końca na południe (w dół mapy). Wszystkie ulice w Selçuku oprócz kilku głównych mają numery zamiast nazw. Tak więc na końcu Kubilay Caddesi - ok. 1 km - gdy po prawej miniesz Pension Monaco, a po lewej ujrzysz wielkie białe hangary hurtowni, skręć w prawo. To drugi budynek - jakieś 20 m - od Kubilay Caddesi.

Wstęp do Muzeum Efezu kosztuje 2 USD (1 USD z ISIC). Warto je odwiedzić.

Zaopatrzyliśmy się dzisiaj w słowniczek turecko- angielsko- turecki za 3 USD. Jak się później okazało był to rozsądny zakup - bez słowniczka w niektórych miejscach trudno się porozumieć. Dodatkową frajdę sprawiało nam tłumaczenie sobie tureckich szyldów i reklam, a nawet nagłówków w gazetach.

17 lipca Selçuk - gdzieś po drodze do Nevşehir

Z samego rana po śniadaniu wybraliśmy się pieszo do Efezu. Płaska droga (3 km) wiedzie cienistą aleją morw i modrzewi. Nawet w największy upał nie ma problemu z dojściem.

Wstęp do ruin Efezu kosztuje 3,3 USD (1,3 USD z ISIC). Przed bramą, na straganach, można zaopatrzyć się w wodę i wymienić pieniądze po rozsądnym kursie. Spokojne zwiedzanie zajmuje kilka godzin, głównie z powodu tłumu turystów kłębiącego się w alejach lub zasłaniającego obiekty.

Po powrocie do Selçuku znaleźliśmy bezpośredni autobus do Kapadocji (są co najmniej dwa: o 17:00 i o 21:00). W biurze firmy Pamukkale na dworcu autobusowym obniżono nam cenę za osobę z 17,7 do 13,1 USD. Podjęliśmy więc błyskawiczną decyzję i "wyczekowaliśmy" się z hotelu, by złapać wcześniejszy autobus. W cenę wliczone są jak zwykle napoje oraz śniadanie w autobusie. Ponieważ autobus jedzie całą noc, oszczędza się także na noclegu.

Dostaliśmy miejsca na samym końcu autobusu: najbardziej trzęsie, wieje lodem od klimatyzacji i siedzenia nie rozkładają się do tyłu.

Przy okazji sprawdzaliśmy dziś przez okno ceny paliw w mijanych stacjach benzynowych. Okazuje się, że panuje zupełna dowolność i każda stacja dyktuje inne ceny. Największe różnice wykazywały stacje BP - na każdej ceny były inne. Wydaje się jednak, że najtańsze są stacje tureckie (Türkpetrol, Petrol Ofisi lub Total), choć być może nie wynika to z poniższego zestawienia, oraz te położone na trasie z daleka od miast. Oto ceny porównawcze w USD:

                                                Normal                    Super

BP                                           0,56- 0,81                0,66- 0,86

Elf                                           0,80                         0,87

Shell                                        0,59                         0,64

Mobil                      0,54                         0,58

Total                                       0,59                         0,61- 0,63

O/Pek                      0,81                         0,87

Tuta                                        0,55- 0,61                0,59- 0,66

Petrol Ofisi                             0,58                         0,63

Türkpetrol                              0,58                         0,63

Dzisiejszy kurs dolara do lira: 1 USD = 152950 lirów.

18 lipca Nevşehir

Ok. 6:00 rano autobus porzucił nas 100 m od dworca autobusowego w Nevşehir. Natychmiast dopadł nas natrętny taksówkarz w kożuchu (my ubrani byliśmy w T- shirty i krótkie spodenki, a zimno było jak piorun) i zaproponował nam kurs do Göreme za 3,3 USD od osoby. Poszliśmy na dworzec. Tutaj wyszedł nam na spotkanie przemiły właściciel biura podróży, który zobowiązał się udzielić nam bezpłatnych informacji o regionie. Ponieważ było nam zimno, byliśmy zaspani i nie bardzo wiedzieliśmy co robić dalej, zgodziliśmy się zajrzeć do jego ciepłego biura. Oczywiście natychmiast zaproponował nam package tour, przy czym najtańsza wersja (sam transport do wybranych miejsc, bez przewodnika, opłat za wstęp i lunchu) kosztowała 20 USD od osoby i to już ze zniżką dla studentów. Stwierdził również, że w Nevşehir nie ma tanich hoteli, najtańszy kosztuje 12 USD, ale on załatwi go nam za 7 USD od osoby. Posłaliśmy tego przemiłego człowieka do diabła. Odnaleźliśmy Ipek Palas Oteli. Nie jest to może standard gwiazdkowy, rzeklibyśmy nawet - nie jest to żaden standard, ale za 2,6 USD od głowy w pokojach trzyosobowych z ciepłą wodą w prysznicach na korytarzu.

Minibus do Kaymakl (podziemne miasto) można złapać na przystanku koło Tourism Information. Kosztuje 0,3 USD. W Kaymakl można złapać kolejny minibus (również za 0,3 USD) do kolejnego podziemnego miasta w Derinkuyu. W Derinkuyu, przy podziemnym mieście stoją terenowe taksówki, które zabiorą Cię tam, gdzie chcesz - np. do doliny Ilhara. Powrót z Derinkuyu do Nevşehir, nie wiedzieć czemu, kosztuje 1 USD. Wejścia do podziemnych miast w Kaymakl i Derinkuyu: po 1,6 USD (0,7 z ISIC).

19 lipca Göreme

Autobusu do Göreme szukaliśmy na dworcu autobusowym. Okazało się, że minibusy i dolmuşy nie odchodzą już z dworca, tylko z przystanków w centrum miasta (np. z tego przy Tourism Information). Z dworca odchodzą tylko autobusy dalekobieżne. Wsiedliśmy w taki do Kayseri i dojechaliśmy do Göreme za 0,7 USD od osoby.

Przy dworcu w Göreme znajduje się biuro, które udziela bezpłatnych informacji o hotelach i wskazuje drogę do wybranego. Najniższe ceny wszędzie kształtują się na poziomie 5 USD, ponieważ panuje tutaj zmowa właścicieli pensjonatów. Wybraliśmy Keleş Cave Pension i już na miejscu stargowaliśmy cenę do 3,9 USD za osobę.

W Göreme można wymienić pieniądze w sklepach z dywanami i prywatnych biurach wycieczkowych, ale kurs nie jest zachęcający. Wstęp do Open Air Museum kosztuje 2,6 USD (1 USD z ISIC).

20 lipca Göreme

Wynajęliśmy dziś dolmuş za 19,6 USD (po 3,9 USD za głowę w 5 osób), żeby objechać ważniejsze miejsca w okolicach Göreme. Byliśmy w Dolinach Bajkowych Kominów, w Open Air Museum w Zelve, widzieliśmy skałę w kształcie wielbłąda (jest to jedna z atrakcji Kapadocji) i odwiedziliśmy warsztat ceramiczny w Avanos. Open Air Museum w Zelve jest trzy razy lepsze niż to w Göreme. Wstęp kosztuje 1,6 USD (0,7 USD z ISIC). Tego nie można ominąć. Przydaje się latarka! W warsztacie ceramicznym za darmo oprowadzają po pomieszczeniach i w kilku językach opowiadają o tradycyjnym wyrobie porcelany. Można samemu spróbować garncarstwa. Każdy częstowany jest herbatą jabłkową. W ostatnim pomieszczeniu jednak okazuje się, że wszystko do tej pory: wspaniała atmosfera, smaczna herbata i darmowe upominki, to zręczna manipulacja psychologiczna, której nie powstydziliby się spece od reklamy. Ostatnie pomieszczenie bowiem to sklep, w którym za kosmiczne ceny można kupić różne ceramiczne cacka. "Można", niby nie "trzeba", ale zwiedzającym robi się głupio i za tak serdeczne przyjęcie pragną sami odwdzięczyć się zakupem choćby drobiazgu. W życiu nie zaszkodzi odrobina asertywności.

21 lipca Göreme

Zrobiliśmy dziś zupełnie szaloną rzecz. Wyszliśmy w góry korytem wyschniętego strumienia przepływającego onegdaj przez środek wioski i zapragnęliśmy dojść nim na same szczyty górujących nad Göreme skalnych masywów. Najpierw opadły nas dzikie pszczoły, potem przecisnęliśmy się kilkusetmetrowym tunelem wydrążonym przez wodę w skale, zdobyliśmy dwie pionowe, trzymetrowe ściany wodospadów, zjechaliśmy kilka razy na siedzeniach po ostrych bambulcach, podrapaliśmy się dokładnie ostrą trawą i ostami, aż wreszcie, gdy pod samym szczytem zostaliśmy okrążeni przez kamienne olbrzymy i straciliśmy wszelką nadzieję, cofnęliśmy się kawałek i odnaleźliśmy ścieżkę na wierzchołek. To, co zobaczyliśmy z góry - panorama na Uçisar i okoliczne doliny - wynagrodziło nam trudy wspinaczki. Z góry ubitą drogą wróciliśmy do Göreme.

Załamały nas dzisiaj ceny autobusów do Ankary. Biura turystyczne sprzedawały je dzisiaj po 8,2 USD. Człowiek w biurze firmy Pamukkale w Selçuku mówił coś o podwyżce cen - wyrównaniu różnicy między wartością dolara i liry spowodowanej inflacją. Albo więc generalnie podniesiono wszystkie ceny transportu publicznego, albo w Göreme robią biznes na turystach. Faktycznie, cena po raz pierwszy zgadza się z tą podaną w Lonely Planet. Dotąd zwykle było do dwóch razy taniej. Bilety z Göreme do Stambułu kosztują 16,3 USD. Jeśli bilet autobusowy kupiło się w jednej z licznych agencji turystycznych, a nie bezpośrednio u przewoźnika na dworcu autobusowym, przed podróżą należy zgłosić się do jego biura, by otrzymać bilet właściwy zamiast kwitu, który dostaje się w agencji.

Dwa wspaniałe skalne pipanty znaleźliśmy dziś koło S Ataman Hotel, za S.O.S. Motel. W nocy są oświetlone i wyglądają niesamowicie. W tym miejscu również rozpoczyna się szlak trasy spacerowej (walking tour) do dolin Uçisaru.

22 lipca Göreme - Ankara

Okazało się, że autobus do Ankary odjeżdża z Nevşehir, a nie z Göreme, i trzeba dojechać najpierw do Nevşehir minibusem serwisowym (na szczęście za darmo). Niby niewielka niedogodność, ale zdziwiliśmy się nieco, gdy na dworzec w Göreme podjechał minibus zamiast spodziewanego wielkiego, klimatyzowanego potwora.

Nie zdążyliśmy sprawdzić w Nevşehir, czy ceny tu różnią się od Göreme. Wiem jednak, że prowadzą tu działalność te same firmy (Nevtur i Göreme) oraz Kapadokya. Więcej przewoźników nie ma. Mogą więc dowolnie dyktować ceny przy tak niewielkiej konkurencji.

Z Nowego Dworca Autobusowego w Ankarze odjeżdżają autobusy do centrum. Przystanek jest po drugiej stronie terminalu w stosunku do peronów dalekobieżnych. Bilet kosztuje 0,3 USD (0,2 ulgowy). Autobus jedzie do dzielnicy Ulus i zatrzymuje się na przeciwko Opery. Bilet autobusowy można kupić koło przystanku.

Do Polski można zadzwonić na koszt abonenta (odbiorcy) przez Polska Direct (00 800 48 11 77) z każdego automatu ulicznego bez użycia karty lub żetonu. Dostęp do automatów telefonicznych na poczcie głównej możliwy jest 24 godziny na dobę.

W Ankarze zatrzymaliśmy się w Otel Fuar w pokoju trzyosobowym po 3,9 USD od osoby. Zrezygnowaliśmy z kąpieli pod prysznicem - pobiera się tu dodatkową opłatę w wysokości 2,6 USD od ciała. Jeden dzień można pośmierdzieć. Tym bardziej, że w toalecie jest darmowa umywalka z zimną wodą.

23 lipca Ankara - Bogazkale

Wstęp do Muzeum Cywilizacji Anatolii w Ankarze kosztuje 1,9 USD (1 z ISIC).

Przystanek autobusu miejskiego do terminalu dalekobieżnego AŞTI znaleźć można naprzeciwko poczty głównej albo przy Operze. Obowiązują autobusy z napisami AŞTI lub Yeni Terminal. Bilet kosztuje 0,3 USD (0,2 ulgowy).

W Ankarze terminal ma trzy poziomy. Nie ma jednak problemu z orientacją, ponieważ dolny poziom jest parkingiem dla autobusów, średni obsługuje przyjazdy, a najwyższy odjazdy. Ponieważ nie ma bezpośrednich autobusów z Ankary do Bogazkale (Hattuşaş - ruiny hetyckiego miasta sprzed 4 tys. lat), należy zakupić bilet do Sungurlu (3,2 USD). Z Sungurlu odchodzą dolmuşy do Bogazkale za 0,5 USD.

W Bogazkale zatrzymaliśmy się w Hattuşaş Motel - Pension & Restaurant (3,2 USD od osoby; bardzo czysto, obsługa bardzo przyjazna, a gorąca woda 24 h/dobę). W wiosce, na przestrzeni kilkunastu metrów kwadratowych głównego placu, znaleźliśmy siedziby sześciu partii politycznych. Dużo, jeśli ma się na uwadze fakt, że w Bogazkale żyje 2510 mieszkańców.

Ruiny Hattuşaş nie są już zamykane o 17:00. Można tam wejść o każdej porze, a po 17:00 za darmo, ponieważ bileter idzie do domu.

24 lipca Bogazkale

Wstęp do Hattuşaş i Yazílíkaya - obowiązuje ten sam bilet - kosztuje 1,3 USD (0,7 z ISIC). Obejście obiektów zajmuje kilka godzin. W Hattua depcze się po prostu po skorupach hetyckiej ceramiki.

W Motelu Panorama Kale Turistik Tesisleri (ok. 1 km od Bogazkale w kierunku Yazílíkaya) można rozbić namiot za 1,6 USD lub zamieszkać w pokoju za 5,1 USD.

W Bogazkale mało jest miejsc, gdzie można zaopatrzyć się w prowiant. Nieopodal na Main Square jest piekarnia, gdzie produkuje się chleb i dwa rodzaje bułek. W sklepach można dostać pomidory, sery twarde, wodę i napoje oraz błyskawiczne zupki z makaronem. Nie ma serków topionych, jogurtów, ayranu, dżemów, konserw itp. Warto więc zaopatrzyć się przed przyjazdem, np. w Ankarze. Są tu tylko dwie restauracje: jedna w hotelu Hattuşaş - ciut zbyt tłusta, jak na nasz gust, druga w motelu Aşikoglu, renomowana i z długą tradycją, obsługująca duże zagraniczne wycieczki, o nieco wygórowanych cenach. Dodatkowo po sezonie lub gdy interes nie kręci się i przez dłuższy czas nie pojawia się zagraniczna wycieczka, w motelu Aşikoglu sprzedaje się nieświeże jedzenie. Menu w obydwu punktach jest identyczne.

25 lipca Bogazkale - Amasya

O 12:00 opuściliśmy Hattuşaş Motel i pojechaliśmy dolmuşem do Sungurlu. Kilka kilometrów przed miastem jest stacja benzynowa Shella i restauracja Mavi Ocak, gdzie zatrzymuje się większość dużych autobusów (w Sungurlu nie ma dworca autobusowego, więc jest to jedyny pewny punkt, w którym złapać można transport). Wsiedliśmy do pierwszego autobusu, który jechał do Çorum (1,6 USD), a stamtąd znaleźliśmy autobus do Amasyi (2,6 USD). Nie mieliśmy jej co prawda wcześniej w planach, ale trzeba od czasu do czasu zrobić coś nieoczekiwanego.

Autobus zanim wjedzie na dworzec w Amasyi oddalony od miasta o 2 km przejeżdża przez centrum. Wysiedliśmy więc przy pomniku Atatürka i skierowaliśmy się do Konfor Palas Hotel. Nie jest on dokładnie tam, gdzie powinien być w/g mapy w Lonely Planet i trochę ciężko go znaleźć. Wejście do niego znajduje się od strony Ziya Paşa Bulvarí, czyli od strony rzeki. Miejsce w pokoju trzyosobowym kosztuje tu 2,2 USD + 0,6 USD (nieobowiązkowo, jeśli ktoś sobie nie życzy) za prysznic.

Wejście do Grobowców Królów Pontu kosztuje 0,6 USD (0,3 USD z ISIC).

26 lipca Amasya

Droga do cytadeli w Amasyi jest prosta i łagodna. Najpierw należy przekroczyć którykolwiek z mostów (najlepiej ten najbardziej wysunięty na północ) i dojść do Wielkiej Medresy Męskiej - Büyük Aga Medresesi. Dalej drogą oznaczoną na Samsun przejść ok. 1 km. w kierunku północnym. Droga jest oznaczona żółtym drogowskazem z napisem "Kale". Po ok. 2 km łagodnego podejścia ubitą i dobrze oznakowaną drogą dochodzi się do zrekonstruowanych murów. Wstęp jest bezpłatny.

Informacja turystyczna, mimo wywieszonych godzin otwarcia (pn.- pt. 10:00- 12:00 i 14:00- 16:00, sob. 14:00- 19:00) była nieczynna.

Wieczorem w Amasyi zamykane jest dla ruchu kołowego jedno pasmo Ziya Paşa Bulvar. Na utworzonym w ten sposób deptaku spotykają się tłumy miejscowych na rodzinnych spacerach.

27 lipca Amasya - Trabzon

Jest zwykle jeden taki dzień w podróży, gdy chce się wracać do domu.

Postanowiliśmy pojechać najpierw do Samsunu i sprawdzić, czy nie kursują przypadkiem stamtąd jakieś promy do Trabzonu oprócz tego jednego, wtorkowego, opisywanego w Lonely Planet. Wyszliśmy więc z hotelu i pieszo wybraliśmy się na dworzec autobusowy w Amasyi. Szliśmy i szliśmy, pot zalewał nam oczy, a gdy porzuciliśmy już nadzieję, że kiedykolwiek tam dojdziemy, dworzec wyrósł przed nami jak zbawienie. Busik do Samsunu odchodził za pięć minut, więc udało nam się wytargować cenę "last minute" 2,9 USD od osoby.

W Samsunie długo szukaliśmy portu. Autobus wyrzucił nas w centrum miasta na Atatürk Bulvari, przy czymś, co miało być według mapy Informacją Turystyczną, a było smutną ruiną ceglanego budyneczku świecącą pustymi oczodołami okien. Nie udało się więc zasięgnąć informacji i chcąc nie chcąc na własną rękę poszliśmy poszukać portu. Nie jest on bowiem dokładnie tam, gdzie powinien być według mapy, lecz kilkanaście metrów w prawo, w stronę morza, za zardzewiałą żelazną bramą z symbolem TCDD (kolei tureckich!). Godzinę trwało, zanim na to wpadliśmy. Niestety, oprócz wtorkowego promu, nie pływa tutaj nic.

Dolmuşem za 0,3 USD na głowę dojechaliśmy na dworzec autobusowy, gdzie horda naganiaczy szarpiąc nas za ręce i bagaż zaciągnęła nas do biura firmy Kanberoglu. Wpłaciliśmy tam po wytargowane 5,8 USD na bilety do Trabzonu i posłusznie czekaliśmy na autobus. Do tego skończyła nam się turecka waluta i nie stać nas nawet było na obarzanki. Byliśmy wściekli, ponieważ zaoszczędzilibyśmy dużo czasu i pieniędzy, gdybyśmy z Amasyi zdecydowali się pojechać bezpośrednio do Trabzonu.

Autobus był stary, zniszczony i bez klimatyzacji, co w tym upale dolało oliwy do ognia. Mimo, że długo tłumaczyliśmy kierowcy, machając po turecku rękoma, by wysadził nas po sześciu godzinach jazdy w centrum miasta (punkt orientacyjny - prawie stumetrowy tunel pod ruinami cytadeli), wywiózł nas na dworzec autobusowy. Hotel był o świat drogi stąd.

Kiedy tam dojechaliśmy, rosyjskie prostytutki wyszły już na żer. W Gözde Aile Hoteli po targach zapłaciliśmy 3,8 USD na osobę.

28 lipca Trabzon

Trabzon jest bardzo ładnym miastem. Zupełnie nie pasuje do niego opis wielkiego miasta portowego. Jedynym problemem jest fakt, że każdy sklepikarz na nasz widok krzyczy do nas po rosyjsku. Miasto roi się bowiem od rosyjskich handlarzy.

Z Trabzonu można wybrać się na wycieczkę do Sumela Monastery. Taksówkarze żądają za kurs w dwie strony ok. 25 USD, z czekaniem pod obiektem na pasażerów. Afacan Tours na Atatürk Alan (adres w Lonely Planet) organizuje codziennie wycieczki za 2,5 USD od osoby. Wyjazd o godz. 10:00, powrót o 16:00. Mimo że właśnie po to tu przyjechaliśmy, nie jesteśmy pewni, czy znajdziemy w sobie jutro dosyć zapału, by tam pojechać. Jesteśmy już trochę zmęczeni autobusami, a przecież również jutro wieczorem mamy jechać do Malatyi. Nocny autobus wyjeżdża z Trabzonu o 18:00, na miejscu mamy być o 6:00 rano. Po długich targach cenę z 18,9 USD spuszczono nam do 12,6 USD za osobę.

Dzisiejszy kurs dolara do lira w kantorach na Atatürk Alaní 1 USD = 158400 lirów.

29 lipca Trabzon - do Malatyi

W zasadzie niewiele się dzisiaj działo. Pogoda była pod psem, więc mieliśmy wymówkę, żeby nie jechać do Sumeli. Przeleżeliśmy do 12:00 w hotelu, potem spakowaliśmy plecaki, opuściliśmy pokój, za 0,3 USD na osobę pojechaliśmy dolmuşem na dworzec autobusowy i do 18:00 koczowaliśmy na dworcu czekając na autobus.

Był jeszcze jeden powód takiej organizacji dnia. Otóż od kilku dni cierpimy na lekką biegunkę. Zaczęło się w Amasyi, więc podejrzewamy, że załatwiło nas żarcie w jednej z restauracji w Bogazkale - najprawdopodobniej w Aşikoglu Turistik Moteli. W tureckich restauracjach potrawy przygotowywane są zawczasu w nadziei, że ktoś się na nie skusi, i w metalowych pojemnikach leżakują na podgrzewanym gorącą wodą stole. Tam, gdzie nie ma wielu klientów, jedzenie stoi po kilka dni (może kilkanaście - kto wie?), wciąż podgrzewane do temperatury ok. 40 stopni C i w takiej temperaturze serwowane amatorom przygody. Jest to idealne środowisko dla rozmnażających się bakterii.

30 lipca Malatya

Autobus przyjechał do Malatyi o 7:00 rano, na stary dworzec autobusowy. Trochę nas to zdezorientowało (w Lonely Planet piszą wyłącznie o nowym terminalu, który okazał się być jeszcze nieczynny), nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. Jednak kierując się drogowskazami udaliśmy się do centrum (ok. 2 km).

Hotel Asya, jak zapowiadano, był zapełniony. Pokój w Otelu Taharan śmierdział zdechłym kotem, Mercan Palas Oteli wyglądał jak hotel robotniczy. Wybraliśmy więc Hotel Merkez, w którym płacimy po 2,1 USD za osobę.

Malatya cierpiała od dwóch dni z powodu totalnego braku wody (awaria wodociągu?), co tłumaczyło wszechogarniający smród. Na dzisiejszy wieczór zapowiedziano zlikwidowanie awarii, więc czekaliśmy w nadziei, że choć ręce uda nam się umyć.

31 lipca Kahta

Zapchany WC i ciągły brak wody doprowadził nas dzisiaj do szału. O 7:00 rano spakowaliśmy więc plecaki i pojechaliśmy dolmuşem spod Ulu Camii na dworzec autobusowy. O 8:30 wpakowaliśmy się do bezpośredniego autobusu do Kahty za 3,8 USD od osoby.

Na dworcu w Kahcie napadł nas naganiacz twierdzący, że jest z Anatolia Pension i chce nam zaproponować bezpłatny transport do hotelu. Ponieważ i tak mieliśmy tam iść (najtańszy hotel w/g Lonely Planet) przystaliśmy na propozycję. Już po drodze do hotelu w mikrobusie próbował nam sprzedać wschód słońca na Nemrut Dagi za 12,6 USD od głowy.

W Kahcie ciężko jest znaleźć biura, które organizują wycieczki na Nemrut. Faktycznie, nie ma nic takiego oficjalnie. Hotele prywatnie organizują wyprawy dla swoich gości, dlatego ciężko jest zorientować się w cenach. Po długich targach z managerem naszego hotelu, dziś w nocy jedziemy obejrzeć wschód słońca, za 7,4 USD za osobę.

1 sierpnia Kahta - Şanlí Urfa

O 2:30 w samym środku upalnej nocy (dawno nie było nam tak gorąco!) obudził nas kierowca mikrobusu i zabrał na imponujący wschód słońca na górze Nemrut. Na szczycie po jednej stronie stoją figury oświetlane podczas wschodu, po drugiej podczas zachodu słońca. Obydwie strony warte są z pewnością obejrzenia, ale strona zachodnia, nie wiedzieć czemu, częściej reprodukowana jest na plakatach, ulotkach i w przewodnikach. Po wschodzie słońca nasz kurdyjski, jak się okazało, kierowca obwiózł nas jeszcze po kilku miejscach w okolicach Kahty - wszystko wliczone we wczoraj ustaloną cenę.

Za 2,5 USD na głowę znaleźliśmy dolmuş do Şanlí Urfa. Tu zamieszkaliśmy w Hotelu Dogu za 3,1 USD od osoby. W Tourist Information przy Asfalt Caddesi wypytaliśmy się o interesujące nas rzeczy.

Po pierwsze, szukaliśmy lekarza w związku z naszą tygodniową biegunką. Objawy co do joty zgadzały się z giardiasis z przewodnika. Niestety, większość dobrych lekarzy w Urfie wzięło sobie urlopy wakacyjne, a ten, do którego trafiliśmy, nie mówił zbyt dobrze po angielsku. Miał trochę przepoconą koszulę i obsługiwał właśnie w miejskim szpitalu tłumy chorych biedaków. Na szczęście po turecku choroba nazywa się tak samo, jak po angielsku, więc pokazaliśmy mu palcem w przewodniku, poczytał sobie o objawach i wystawił receptę. Przepisał nam Biteral (Ornidazol 250 mg), Ercefuryl (Nifuroksazid 100 mg) i Debridat Forte (Trimebutin Maleat 200 mg), za które w aptece zapłaciliśmy 17,6 USD - oby tylko pomogło!

Po drugie, dowiedzieliśmy się w Tourist Information, że nadal nie bardzo jest jak dostać się na własną rękę do Harranu. Można złapać dolmu jadący do Akçakale, wysiąść na trasie przy skrzyżowaniu do Harranu i łapać okazję na ostatnie 10 km. Można również wynająć taksówkę za 22 USD lub udać się na jedną z organizowanych przez biura wycieczek. Sprawdziłem jedno z biur - koszt wyprawy na jedną osobę: 6,3 USD. Taksówkarze natomiast zaproponowali mi cenę 100 USD za kurs.

Po trzecie, odradzono nam przejście przez granicę w Akçakale do Syrii. Urzędnicy po stronie syryjskiej zjawiają się na przejściu, kiedy chcą, np. przychodzą do pracy o 11:00, wychodzą o 12:00, a do tego z granicy nie ma publicznego transportu do żadnego syryjskiego miasta. Jest to więc przejście, którego używają samochody transportowe. Zdecydowanie polecano nam skorzystać z przejścia w Kilis. Jednak kilka tygodni później poznaliśmy w Syrii kilkoro ludzi, którzy bezproblemowo dostali się tam przejściem w Akçakale.

Wieczorem w parku Gölbaşí poznaliśmy przypadkiem inżyniera z Azerbejdżanu i kurdyjskiego brygadzistę, którzy pracowali tu na budowie wielkiej elektrowni wodnej. Obydwaj mieli koło 50- tki i doskonale dogadywali się między sobą po turecku. Zaprosili nas na popijawę nad tamą: było piwo, rakija, śpiewy, tańce i rozmowy o polityce. Około północy panowie odstawili nas schlanych jak dzikie świnie (w Polsce alkohol pijemy kilka razy w roku, nigdy w takich ilościach) do hotelu. Jeden z naszych chłopaków stwierdził jednak, że musi jeszcze pospacerować, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Z okrzykiem "PKK Internazionale Solidarity" udał się na rekonesans po mieście. Kilkakrotnie zatrzymywała go policja, ale na szczęście nie narobił sobie problemów. Wrócił do hotelu, kiedy my ululani spaliśmy na wyrkach. Tak świętowaliśmy "połowinki" naszej wyprawy.

Dzisiejszy kurs dolara do lira w prywatnych kantorach: 1 USD = 159100 lirów.

2 sierpnia Şanlí Urfa

Ponieważ po wczorajszym pijaństwie jedna trzecia naszej wyprawy obudziła się z silnym kacem i jedyne, czego pragnęła, to umrzeć w spokoju, zdecydowaliśmy się wykupić wycieczkę do Harranu za 6,2 USD od osoby (cena spadła od wczoraj o kilka centów w związku ze spadkiem wartości liry do dolara). Wybraliśmy firmę o enigmatycznej nazwie "Harran - Nemrut Tours" (czyżby oznaczało to, że organizują wycieczki do Harranu?), której biuro znajduje się obok Ipek Palas Hotel (2,5 USD za nocleg). Biuro prowadzi pan Özcan Aslan, który jest na co dzień nauczycielem nauczania początkowego w podstawówce i świetnie mówi po angielsku.

Wybraliśmy wycieczkę, która zaczynała się o 16:00. Pod wieczór bowiem robi się chłodniej i światło zachodzącego słońca jest lepsze do fotografii. Dostaliśmy bardzo wesołego kierowcę, który przez całą drogę śpiewał nam tureckie songi ludowe. Cała wycieczka była naprawdę super, a biuro "Harran - Nemrut Tours" z pewnością polecimy przyjaciołom.

Dzień zakończyliśmy z naszym znajomym Kurdem, który wczoraj upił nas rakiją. Opowiedział nam, że wkrótce przechodzi na emeryturę i chciałby zainwestować mądrze zaoszczędzone pieniądze. Marzy o otworzeniu kurdyjskiej restauracji gdzieś w Europie, jeśli dostanie paszport i pozwolenie na wyjazd. Nic go w Turcji nie trzyma. Brata zabili Turcy kilka lat temu, gdy próbował walczyć o niepodległe państwo, żona zmarła, dzieci mieszkają z dziadkami i nie mówią po kurdyjsku. On sam jeździ z budowy na budowę i nie posiada prywatnego życia. Jedyne co mu pozostało to marzenia i wiara w Allaha, który go nigdy nie opuści.

Dzisiejszy kurs dolara do liry: 1 USD = 162000 lirów.

3 sierpnia Şanlí Urfa - Aleppo

Autobus do Gaziantepu (1,5 USD) odjeżdżał o 13:00. O 12:00 busik serwisowy zabrał nas z biura firmy Urfa Intimat, znajdującego się dokładnie naprzeciwko Tourist Information, na dworzec autobusowy.

W Gaziantep nie znaleźliśmy autobusu bezpośredniego do Aleppo. Zresztą byłby pewnie drogi. Postanowiliśmy więc dostać się minibusem do Kilis. Jeden z kierowców koniecznie chciał wsadzić nas do swojego mikrobusa twierdząc, że jedzie do Kilis. Na szybie napisane miał jednak Hatay i niewiele brakowało, żebyśmy się tak oszukali. Hatay bowiem to inna nazwa dla Antakyi i choć z Antakyi również można przedostać się do Syrii, to jednak nie takie mieliśmy na dzisiaj plany. Kierowca jednak był bardzo natrętny i próbował wmówić nam, że jedzie do Kilis. Nota bene, piątka naszych przyjaciół, która miała dojechać do nas za dwa tygodnie, dała się oszukać kierowcy i pojechała do Hatay (Antakyi) zamiast do Kilis, do którego chciała dotrzeć. Natomiast mikrobusy do Kilis odchodzą z dworca w Gaziantepie, wbrew temu co mówią nieuczciwi naciągacze, gdy tylko zbierze się komplet pasażerów. Dojechaliśmy do samej granicy za podwójną stawkę (z Gaziantepu do Kilis przejazd kosztuje 1,5 USD, a za drugie tyle od twarzy dojechaliśmy do samego przejścia granicznego). Przeszliśmy turecką kontrolę, a wtedy okazało się, że do placówki syryjskiej jest około 1 km. Można ten odcinek swobodnie przejść pieszo. My jednak, nieświadomi warunków, wynajęliśmy taksówkę za 3 USD.

Odprawa syryjska okazała się również bezproblemowa. Problem wynikł wtedy, gdy okazało się, że z granicy nie odchodzą autobusy do Aleppo, jak się spodziewaliśmy. Byliśmy bez złamanego funta syryjskiego (mogliśmy zakupić nieco waluty w kantorach w anl Urfie, ale nie przyszło nam to wcześniej do głowy). Klitka banku na granicy była nieczynna. Byliśmy więc zmuszeni wyczarterować taksówkę za 13 USD (stargowaną z 50 USD) do centrum Aleppo - ok. 60 km.

Zatrzymaliśmy się w hotelu Kawkab al- Salam (3 USD od osoby) i na przywitanie spaliliśmy instalację elektryczną hotelu naszą grzałką. Zachciało się dzieciom herbatki.

Kurs w państwowym punkcie wymiany walut wynosił 1 USD = 45 funtów. Wstrzymujemy się więc z wymianą większej ilości gotówki, odkładając to do chwili kontaktu z czarnym rynkiem. Kurs funta syryjskiego (SYP) w Şanlí Urfa był dużo intratniejszy (1 USD = 55 SYP).

4 sierpnia Aleppo

Wejście do Cytadeli z ISIC kosztowało nas po 25 SYP (0,2 USD), przy cenie 200 SYP (4 USD) dla turystów. To wielki sukces, że w Syrii zaczęli honorować ISIC.

Długo chodziliśmy dziś po targowisku licząc, że zaczepi nas jakiś cinkciarz. Niestety, nikt nas nie zaczepił oprócz grupy skautów, która chciała zrobić sobie z nami zdjęcie. Wróciliśmy więc zmartwieni do hotelu, a tu niespodzianka: dziadek hotelowy zaproponował nam pomoc w wymianie dolarów po kursie 1:50. Co prawda, kosztowało to nas po 50 funtów (1 USD) bakszyszu, ale i tak dużo na tym skorzystaliśmy - 9 USD przy wymianie 100 dolarów. Znaleźliśmy poza tym łącznika z czarnym rynkiem.

Dodatkowo zmusiliśmy dziadka wczorajszym gotowaniem wody do zakupu nowego prostownika napięcia.

5 sierpnia Aleppo - Lattakia

Obudziliśmy się dziś w pokoju odciętym od świata. Śmierdząca woda wypłynęła z WC i zalała korytarz przed naszymi drzwiami. Do tego jeszcze zepsuł się rezerwuar w naszej łazience i mieliśmy problemy ze spłukiwaniem. Spakowaliśmy więc plecaki i pojechaliśmy do Lattakii.

Po drodze wysłaliśmy kartki do rodziny (znaczki po 0,2 USD, dużo taniej niż w Turcji).

Najtańszym autobusem za 0,8 USD przetelepaliśmy się do miasta portowego nad Morzem Śródziemnym. Tu ulokowaliśmy się w hotelu Al Nahhas we trzy osoby w dwójce za 2,83 USD od osoby.

Lattakia jest zdumiewającym miastem. Dziewczyny chodzą tu w jeansach, koszulkach z ramiączkami i podrywają chłopaków na ulicy. Nie zdarza się to w Aleppo, w którym na ulicach widać okutane w czarne szmaty staruchy i nieciekawych facetów. Tu jest zupełnie inaczej. Na ulicach pełno młodzieży, a knajpki tętnią życiem. Italian Corner Restaurant serwuje doskonałe jedzenie.

6 sierpnia Lattakia

Bez trudu odnaleźliśmy dziś mikrobusy serwisowe do Ugaritu. Jednak jeden z kierowców zaproponował nam, że za 2 USD zawiezie naszą trójkę na miejsce jak taksówką. Nie była to duża suma, więc przystaliśmy na propozycję.

Wejście do Ugaritu kosztuje 4 USD (0,3 z ISIC). Stąd na piechotę szosą doszliśmy nad morze. Plaże faktycznie są tu do niczego. Są bardzo zaśmiecone, a woda nie jest nawet w połowie tak czysta jak w Turcji. Warto jednak zobaczyć, w jaki sposób spędzają wolny czas syryjskie rodziny.

Jedna z takich rodzin zaprosiła nas na swój kocyk. Było wesoło: nie znali angielskiego, więc nie rozumieli nas, a my nie rozumieliśmy ich. Jedliśmy razem arbuza i inne syryjskie smakołyki domowej roboty. Spędziliśmy na próbach pogawędki kilka ładnych godzin. Wypaliliśmy również fajkę wodną. Próba wymiany adresów nie powiodła się jednak w stu procentach. My daliśmy im swój, oni nam swojego nie. Być może nie jest w Syrii bezpiecznie dostać list z zagranicy. Domagali się, byśmy im na pamiątkę dali swoje zdjęcia. Głupio nam się zrobiło, że nic przy sobie nie mamy.

W drodze powrotnej złapaliśmy okazję do Lattakii. W centrum miasta okazja zażądała 10 USD za podwiezienie. Daliśmy jej (w zasadzie jemu) 0,5 USD i kazaliśmy iść do diabła. Nie zawsze więc przysłowiowa gościnność Syryjczyków sprawdza się w każdym przypadku.

Na plażach zdarza się, że przychodzą miejscowi wieśniacy i żądają pieniędzy za korzystanie z piasku, wzorem droższych nadmorskich hoteli, w których płaci się za plażę.

7 sierpnia Lattakia

Autobusy do Baniyas (w kierunku twierdzy Qala"at Al- Marqab) odchodzą z Lattakii z dworca oznaczonego w Lonely Planet numerem 2, z peronu czwartego od prawej. Mikrobusy do Kassab odchodzą z naprzeciwka.

Tak więc zapragnęliśmy dziś zobaczyć zamek krzyżowców Qala"at Al- Marqab. Wsiedliśmy do autobusu do Baniyas. Kierowca zabrał nam paszporty i zniknął z nimi na dobre 10 minut. Po chwili wrócił, oddał nam je i wpisał kilka szlaczków do listy pasażerów, którą następnie powinien poświadczyć oficer policji w budce na dworcu autobusowym. Przy wyjeździe z dworca ów oficer policji wsiadł do autobusu i na wyrywki zaczął wyczytywać nazwiska pasażerów. Okazało się, że zostaliśmy ujęci jedynie hasłowo, bez wpisywania naszych nazwisk. Bardzo się to nie spodobało panu policjantowi, poprosił nas o paszporty i kazał kierowcy uzupełnić rubryki. Prawie cały autobus przyłączył się do poszukiwania nazwisk w naszych dokumentach. Na chybił - trafił wybierano różne obcobrzmiące wyrazy (np. "niebieskie" z rubryki "oczy") i wpisywano jako nasze nazwiska. Całe zamieszanie z wypełnianiem listy pasażerów było nieco bez sensu. Dziesięć metrów za dworcem do autobusu dosiadły się tłumy pasażerów, od których nie oczekiwano podawania danych. Bilet do Baniyas kosztował 0,2 USD.

Na dworcu w Baniyas dzięki uprzejmości pewnego syryjskiego inżyniera rafinerii odnaleźliśmy mikrobus, który za 0,1 USD wysadził nas u stóp twierdzy Marqab. Za wstęp płaci się 4 USD (0,5 z ISIC). W drodze powrotnej złapaliśmy mikrobus do Baniyas (nie jest to trudną sprawą - mikrobusy kursują w dół i w górę w odstępach kilkuminutowych). W Baniyas, ponieważ nie było autobusu bezpośredniego do Lattakii, wsiedliśmy do mikrobusu do Jabla (0,2 USD), a stamtąd bez problemu trafiliśmy do Lattakii (0,2 USD).

Na poczcie za 4,5 USD kupiliśmy kartę telefoniczną z 200 jednostkami. Starczyła na 2 minuty doskonałej rozmowy z Polską.

8 sierpnia Lattakia

Z dworca autobusowego oznaczonego w Lonely Planet numerem 1 odjechaliśmy bezpośrednim transportem na plażę w Ras al- Basit. Być może dlatego, że był piątek (dzień wolny od pracy dla wyznawców islamu), nie było problemu z przejazdem ani w jedną, ani w drugą stronę. Dojazd kosztował 0,5 USD od osoby.

Ras al- Basit to syryjski kurort. Plaża tu jest całkiem przyjemna, woda w miarę czysta, ale w letnie weekendy jest tu tłoczno, jak na Majorce. Nie znaczy to jednak, by białe kobiety mogły czuć się tu bezpiecznie kąpiąc się w kostiumie - byliśmy z pewnością jedynymi turystami w promieniu kilku kilometrów.

Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze usiąść w cieniu pod drzewem, a już znalazła się syryjska rodzina, która zaprosiła nas na pogawędkę w swoim domku letniskowym. Goszczono nas kilka godzin, suto nakarmiono i napojono. Dzięki gościnności Syryjczyków i ich ciekawości świata dowiedzieliśmy się wiele o Syrii, islamie, muzyce arabskiej, języku i ludziach.

W drodze powrotnej pewien młodzieniec pomógł nam złapać mikrobus, ponieważ nie byliśmy w stanie rozpoznać tablicy z nazwą kierunku docelowego. W mikrobusie kierowca częstował nas winogronami.

9 sierpnia Lattakia - Aleppo

Do godziny 10:00 w zasadzie zamknięte były wszystkie sklepy i punkty gastronomiczne, dlatego do Aleppo wyruszyliśmy na czczo. Bilet kosztował 0,8 USD (z dworca w Lattakii co godzinę lub częściej, jeśli zbierze się komplet pasażerów, odjeżdżają autobusy do ważniejszych miast).

Dopiero po drodze, na którymś z przystanków w przydrożnej restauracji, zjedliśmy po kebabie i słodkim ciastku z serem w miodowym syropie.

Czterogodzinna podróż autobusem umęczyła nas tak bardzo, że po przyjeździe do Aleppo i ulokowaniu się w "naszym" hotelu Kawkab al- Salam (jak poprzednio 3 USD od osoby) oraz rytualnym wypiciu kufla świeżego soku z owoców zlegliśmy na łóżkach i tak spędziliśmy resztę dnia.

10 sierpnia Aleppo

Niewątpliwym utrudnieniem komunikacyjnym w Syrii jest fakt, że w każdym mieście jest kilka dworców autobusowych i ciężko jest wydedukować, który obsługuje które kierunki i miasta docelowe.

Mikrobusy do Daret ‘Azze (w kierunku Bazyliki Szymona Słupnika) odchodzą z dworca oznaczonego w Lonely Planet numerem 39. Już w Aleppo dowiedzieliśmy się, lub inaczej - potwierdziliśmy wcześniejszą informację z przewodnika, że z Daret ‘Azze do Qala"at Samaan trzeba wyczarterować mikrobus za 2 USD. Dogadaliśmy się więc z szoferem, który wiózł nas z Aleppo za 0,2 USD od osoby, że dorzucimy mu 2 USD, a on zawiezie nas do samych ruin bazyliki. Gdy byliśmy na miejscu, zaproponował nam, że poczeka na nas godzinę i zabierze do Aleppo za 4 USD. Godzinne czekanie kosztowałoby więc tylko o 1,6 USD więcej, niż sam przejazd. Nam jednak zachciało się trampingu i postanowiliśmy pieszo wrócić do Daret ‘Azze (ok. 10 km).

Wstęp do ruin bazyliki kosztuje 4 USD (0,5 z ISIC).

W drodze powrotnej złapaliśmy "stopa" do Daret ‘Azze, a stamtąd za 0,2 USD na głowę pojechaliśmy mikrobusem do Aleppo.

Wszystkich globtroterów przestrzegamy przed restauracją Khan Al- Khalili w Aleppo (zaraz obok Al- Kindi Restaurant z Lonely Planet). Jedzenie mają paskudne i mimo cen wykazanych w menu obciążają turystów niebotycznymi rachunkami.

11 sierpnia Aleppo - Hama

Souq (kryty bazar) w Aleppo (podobno największy na Bliskim Wschodzie) jest miejscem ciekawym samym w sobie. Jednakże oprócz tekstyliów niewiele tu można kupić.

Z restauracji w Aleppo zgrupowanych po lewej stronie od Bab Al- Faraj, zdecydowanie najlepsza i najtańsza jest Al- Zuhour (3 wejścia za Al- Kindi Restaurant). Innych nawet nie warto próbować.

Autobusy do Hamy odjeżdżają z głównego dworca autobusowego. Przejazd kosztuje 0,5 USD. Autobus w Hamie przejeżdża przez centrum, warto więc uprzedzić kierowcę, gdzie chce się wysiąść.

W hotelach Cairo i Riad w centrum Hamy znaleźć można nocleg w różnym standardzie, do gwiazdkowego włącznie. Za 1,5 USD można tu spać na dachu i dowolnie korzystać z toalet i pryszniców w budynku. Właściciele są naprawdę przyjaźni. Śniadanie kosztuje dodatkowe 1,5 USD i zamawiać je należy z góry, wieczorem poprzedniego dnia. W holu przy recepcji, służącym również jako jadalnia, znaleźć można dwie grube księgi zapełnione wpisami globtroterów z całego świata. Są one kopalnią cennych informacji trampingowych o regionie.

12 sierpnia Hama

Po śniadanku w hotelu (chleb, jajko, serek topiony, marmolada, herbata i soczek pomarańczowy - wszystko za 1,5 USD), poszliśmy na dworzec autobusowy. Złapaliśmy mikrobus do Homs za 0,34 USD za osobę, a stamtąd mikrobus do Crac de Chevalieu za 0,5 USD za osobę. Wejście do tej największej i najlepiej zachowanej twierdzy krzyżowców kosztuje 4 USD (0,5 z ISIC). Spędziliśmy na zwiedzaniu ok. 2 godzin.

W drodze powrotnej bez problemu znaleźliśmy na parkingu pod twierdzą mikrobus do Homs (0,5 USD), a stamtąd do Hamy (0,22 USD). Z dworca autobusowego w Hamie podjechaliśmy pod hotel taksówką za 0,5 USD.

Fenomenalną knajpą w Hamie jest Sultan Restaurant. Wygląda jak restauracja co najmniej dwugwiazdkowa, ale ceny są przyjemnie niskie. Wypalenie fajki wodnej kosztuje tu 1,5 USD. Aby znaleźć restaurację należy wejść do parku z kołami wodnymi, przejść wzdłuż rzeki do północnej bramy, wyjść nią z parku i kontynuować spacer ok. 200 metrów wzdłuż rzeki aż do mostku. Przejść przez most (obok wielkiego, potrójnego koła) i skręcić w lewo w głąb krótkiego tunelu.

13 sierpnia Hama - Palmyra - Damaszek

Rano opuściliśmy hotel i pieszo poszliśmy na dworzec. Tu znaleźliśmy mikrobus za 0,34 USD do Homs. Stąd wyczarterowaliśmy inny mikrobus do Palmyry (ponieważ przez chwilę było nas 11 osób) po 1,3 USD od osoby. Jak się okazało później, tyle samo płaci się za autobus.

W Palmyrze kilka osób z naszej brygady zostało na nocleg w Afqa Hotel - najgorszym hotelu w okolicy w/g Lonely Planet. Nie wiemy, dlaczego wybrali właśnie ten, skoro jest tu mnóstwo świetnych miejsc noclegowych w okolicy. Wpakowaliśmy jednak plecaki do ich pokoju (później właściciel hotelu próbował skasować od nas po 0,3 USD od sztuki bagażu) i poszliśmy zwiedzać ruiny. Nie było chyba dotąd na naszej trasie bardziej imponującego zabytku. Wstęp na teren ruin jest darmowy, biletowane są tylko wejścia do niektórych obiektów. Do Świątyni Baala, na przykład, wstęp kosztuje 4 USD (0,3 z ISIC). W ciągu trzech godzin oblecieliśmy w pośpiechu większość terenu i o 18:15 wpakowaliśmy się do autobusu firmy Karnak do Homs (1,3 USD od osoby).

Z Homs znaleźliśmy autobus do Damaszku (0,8 USD). W stolicy byliśmy ok. 1:00 w nocy. Niestety, trafiliśmy na dworzec autobusowy obsługujący kierunki północne, oddalony o kilka kilometrów od centrum miasta. Nie sięga tu niestety mapka w przewodniku. Tłumowi rozbawionych kierowców taksówek staraliśmy się wytłumaczyć, gdzie chcemy dojechać. Po pół godzinie ktoś nas wreszcie zrozumiał.

Niestety, wszystkie hotele w okolicy centrum były zapełnione. Wreszcie jeden z właścicieli Al- Rabie Hotel wynajął nam całe mieszkanie, gdzieś na wygwizdowie, po 4 USD od osoby. Niezbyt komfortowe, jak za taką cenę, ale nie mieliśmy innego wyjścia.

14 sierpnia Damaszek

Na nocleg wybraliśmy Al- Rabie Hotel, przepełniony jak poprzedniej nocy, ale spanie na dziedzińcu z możliwością korzystania z łazienek kosztuje 2 USD. Faceci z recepcji wymieniają dolary po kursie czarnorynkowym.

Kupiliśmy dużą fajkę wodną za 11 USD. Taka sama w innych stoiskach kosztowałaby 20 USD. Warto przed dokonaniem zakupu pokręcić się i sprawdzić ceny.

Odkryliśmy fenomenalny punkt sprzedaży świeżych soków owocowych. Pomnik Midan Youssef al- Azmeh wskazuje wyciągniętą w ręku pochodnią wejście do tego sokowego królestwa.

15 sierpnia Damaszek - Bosra

W hotelu, mimo ustalonej godziny wymeldowania, nikt nie miał nic przeciwko temu, że zostawiliśmy plecaki do wieczora.

Długo nie mogliśmy podjąć decyzji, co dalej. Mogliśmy po prostu wsiąść w autobus do Ammanu (w firmie Karnak kosztuje 5 USD i odchodzi o 15:00). Mogliśmy zanocować w Damaszku i podjąć się przeprawy do Jordanii dopiero jutro rano. Mogliśmy wreszcie pojechać do Der"a, żeby rano było bliżej do granicy. Wybraliśmy w końcu ostatnią z wersji i spokojnie udaliśmy się na zwiedzanie Damaszku.

Niby piątek, a niedziela. Nie przyzwyczailiśmy się jeszcze, że w piątki wszystko jest pozamykane. Sklepy, restauracje i mniejsze muzea po prostu nie pracują w piątki.

Ok. 17:00 przetargaliśmy się na dworzec autobusowy (policjanci przed wejściem na dworzec zrobili nam pobieżną rewizję plecaków - nie wiemy, czy się zgrywali, czy faktycznie takie jest ich zadanie tutaj) i znaleźliśmy autobus do Der"a (0,5 USD).

Gdy dojechaliśmy do miasta błyskawicznie zmieniliśmy decyzję i wsiedliśmy w mikrobus do Bosry (0,4 USD). Jak się okazało, była to najlepsza decyzja w ciągu całego naszego wyjazdu. Nocowaliśmy tu (4 USD od głowy) w cytadeli, która w zasadzie jest ufortyfikowanym teatrem. Było fantastycznie - byliśmy jedynymi gośćmi hotelowymi, cała cytadela należała więc do nas i trzęsła się w posadach od naszych szaleństw. O północy wybraliśmy się na zwiedzanie labiryntu korytarzy uzbrojeni w latarki. To miejsce powinno zdecydowanie zostać umieszczone w przewodniku w rubryce "Highlights". Nawet wielka Palmyra nie zrobiła na nas takiego wrażenia.

16 sierpnia Bosra - Amman

Wydostać się z Bosry w kierunku Der"a nie jest wcale trudno. Mikrobusy kursują tu co 15- 20 minut. Przejazd kosztuje 0,2 USD.

Z dworca autobusowego w Der"a wynająć można taksówkę serwisową do miasteczka Ramtha, już po stronie jordańskiej. Kosztuje 3 USD (stargowaliśmy do 2,5 USD) od osoby i jeśli nie jedzie się w grupie co najmniej 4 osób, trzeba chwilę poczekać, aż znajdą się inni pasażerowie.

Granicę przechodzi się bezproblemowo, nie licząc stresów w kolejkach przy okienkach odprawy po obu stronach, ze wskazaniem na stronę jordańską. Wygląda to tak, jakby nagle cały świat zapragnął wyjechać za granicę. Przeważnie turyści z zachodu obsługiwani są poza kolejnością, co w gruncie rzeczy wcale nie przyspiesza odprawy.

Z Ramthy nie znaleźliśmy autobusu bezpośredniego do Ammanu, więc pojechaliśmy do Irbid (0,4 USD od osoby z bagażem), a stamtąd bez problemów znaleźliśmy transport do Ammanu (0,7 USD od osoby).

W stolicy Jordanii hotele zapchane były po brzegi. Na szczęście jest ich sporo, więc w którymś z kolei wreszcie znaleźliśmy nocleg. Był to Yarmouk Hotel, gdzie za miejsce na dachu zapłaciliśmy po 2,8 USD. Ponieważ w większości hoteli "check out time" jest o 12:00, o tej porze najłatwiej jest znaleźć miejsca.

W Cairo Restaurant za dwie porcje ryżu, pulpety w sosie pomidorowym, talerz surówki, chleb i dwie herbaty zapłaciliśmy zaledwie 2,1 USD.

17 sierpnia Amman

Po śniadaniu złożonym ze świeżych bułeczek z masłem i pomidorami przygotowanymi własnoręcznie na dachu naszego hotelu (0,4 USD na osobę) wybraliśmy się do Departamentu Antyków, by załatwić sobie, jako studenci, bezpłatne wejścia do wszystkich jordańskich zabytków. Zachęcają do tego w Lonely Planet. Niestety, okazało się, że pomimo pism po francusku i angielsku (oczywiście spreparowanych), że jesteśmy członkami ekspedycji naukowej, nic tu nie zdziałaliśmy. Od stycznia Jordańczycy nie wystawiają takich zezwoleń. Jordania ma sobie za nic umowy międzynarodowe i nie uznając legitymacji ISIC każe wszystkim turystom płacić ceny o kilkanaście razy większe (kilkadziesiąt w przypadku Petry), niż płacą Jordańczycy. Domagam się niniejszym, by jordańscy studenci na całym świecie płacili po 20 USD za wstęp do każdego muzeum.

Wściekli nie porzuciliśmy jednak planów i pojechaliśmy (za 0,5 USD od osoby) do Jerash, przysięgając sobie, że zrobimy wszystko, by zaoszczędzić na Jordanii ile się da i nauczyć polskich globtroterów, jak zrobić to samo. Zaczęliśmy od Jerash - gdy okazało się, że powinniśmy za bilet zapłacić po 7 USD, postanowiliśmy nie płacić w ogóle. Dwie osoby wśliznęły się przez bramę bez biletu (co nie jest wyjątkowo trudne), dwie zrezygnowały z wejścia, a my znaleźliśmy 100 metrów od wejścia na wzgórzu wielgachną dziurę w płocie, którą weszliśmy z tyłu Południowego Teatru. Co mieliśmy zobaczyć - widzieliśmy. I szczerze mówiąc gdybyśmy zapłacili za bilety, uznalibyśmy z pewnością, że obiekt nie jest wart tej ceny po takiej ilości starożytnych ruin, którą widzieliśmy na naszej trasie.

Kolejną noc spędziliśmy na dachu Yarmouk Hotel.

18 sierpnia Amman - Morze Martwe - Wadi Musa

Jordańczycy dopiekli nam dzisiaj za wszystkie czasy.

Spakowaliśmy rano plecaki, wrzuciliśmy je na grzbiet i wyszliśmy z hotelu. Najpierw znaleźliśmy minibus serwisowy numer 29, który zawiózł nas za 0,3 USD od osoby na przystanek innych minibusów, kursujących nad Morze Martwe (do Suweimeh) za 0,9 USD. Kiedy okazało się, że wejście do resortu kosztuje 2,8 USD, a nie 1,4 USD, jak to zostało napisane w przewodniku, przeżyliśmy pierwszy szok. Potem, gdy rozbawieni kilkugodzinną kąpielą chcieliśmy pojechać do Hammamat Ma"in, przeżyliśmy szok po raz drugi. Z resortu w Suweimeh odjeżdżają wyłącznie autobusy wycieczkowe (żaden z kierowców nie chciał nas zabrać), a kursowe sprzed bramy resortu wyłącznie do Ammanu lub South Shuneh. Ponieważ dopiero co przybyliśmy z Ammanu z ciężkimi plecakami, wybraliśmy autobus do Shuneh (0,3 USD) licząc, że stamtąd uda nam się pojechać gdzieś na południe. Jeśli nie do Hammamat Ma"in, to chociaż do Kerak.

W Shuneh okazało się, że stamtąd wydostać się można jedynie do Ammanu i do Madaba, z Madaba nie ma jednak bezpośredniego transportu do Kerak, trzeba się znów przesiadać (dwukrotnie), zmęczeni więc kłótnią z kilkoma kierowcami, którzy chcieli wsadzić nas w dowolny autobus, bylebyśmy tylko zapłacili im po 4 USD za głowę oraz kłótnią ze sklepikarzem, który pomimo szuflady pełnej pieniędzy, nie miał nam dzisiaj wydać reszty, a w dodatku kazał sobie zapłacić za ciastka kupione w sklepie naprzeciwko, zdecydowaliśmy się wrócić z plecakami do Ammanu (0,6 USD).

Poprosiliśmy kierowcę, by wyrzucił nas jak najbliżej Wahadat Bus Station. Podjęliśmy bowiem w drodze do Ammanu decyzję, że skoro musimy wrócić się aż do stolicy, pojedziemy bezpośrednio do Petry (Wadi Musa), bez odwiedzania ciepłych źródeł w Hammamat Ma"in. Kierowca wysadził nas, owszem, ale kilka dobrych kilometrów od dworca, jak się potem okazało. Dystans musieliśmy przejść pieszo.

Dworzec autobusowy Wahadat nie jest dokładnie tam, gdzie powinien być według Lonely Planet. Jest o kilkaset metrów dalej w kierunku zachodnim. Ponieważ żaden miejscowy nie mówił po angielsku, a każdy zapytany pokazywał inny kierunek (cała dzielnica nazywa się Wahadat, więc nikt nie rozumiał, o co nam chodzi), poszliśmy w przeciwną stronę, niż powinniśmy. Wreszcie zmęczeni, ze łzami w oczach wsiedliśmy do taksówki, która podwiozła nas na miejsce za 2,8 USD.

Na dworcu jak to na dworcu, każdemu kierowcy, czy to jadącemu na południe, czy wręcz w przeciwną stronę, zależało byśmy wsiedli do jego autobusu. Niewiele więc mogliśmy się dowiedzieć. Po półtorej godzinie czekania podjechał autobus, którego kierowca twierdził, że jedzie do Wadi Musa. Choć dobrze pamiętaliśmy, że ów kierowca przez owe półtorej godziny kręcił się koło nas i przyglądał jak małpom stwierdziliśmy, że wreszcie komuś trzeba uwierzyć. Po kolejnych dwóch godzinach siedzenia w autobusie wciąż na dworcu Wahadat kierowca zdecydował, że nie pojedzie do Wadi Musa, ponieważ nie ma oprócz nas chętnych pasażerów, lecz do Ma"an. Kierunek był zgodny z naszymi planami, więc zgodziliśmy się jechać (2,1 USD). Autobus natychmiast zapełnił się pasażerami.

W Ma"an byliśmy ok. 22:00. Kiedy wszyscy pasażerowie wysiedli i zostaliśmy tylko my, kierowca zaproponował nam, że zawiezie nas do Wadi Musa za 14 USD. Wyśmialiśmy go oczywiście i powiedzieliśmy, że rano znajdziemy transport za 1 USD od osoby i żeby podwiózł nas do hotelu el- Jezira. Pod hotelem okazało się, że nocleg kosztuje tu 4,2 USD od osoby. Właściciel został prawdopodobnie odpowiednio ustawiony przez kierowcę, który wszedł z nami do hotelu. Nasze kalkulacje wskazywały, że bardziej opłaca się nam pojechać na noc do Wadi Musa. Kierowca mikrobusa, widząc nasze wahanie, błyskawicznie podniósł swoją cenę do 28 USD. Posłaliśmy mu więc kilka czułych słów i znaleźliśmy taksówkę do Wadi Musa za 7 USD za kurs.

W Wadi Musa zatrzymaliśmy się na dachu hotelu Musa Spring za 2,8 USD za głowę.

Kiedy byłem małym chłopcem, miałem u dziadka skarbonkę. Nie była to żadna gliniana świnka, ale pudełko z otwieranym wieczkiem. Gdy tylko miałem ochotę, otwierałem je i liczyłem pieniążki. Problem w tym, że miałem ochotę zawsze. Odwiedzałem dziadka prawie codziennie, a on dbał, żebym codziennie znajdował kilka nowych monet w swoim pudełku. Prosto od drzwi podchodziłem do szuflady, wyciągałem skarbonkę i dorośli mieli ze mną spokój na kilka godzin. Przeliczałem monety w tę i z powrotem, a miałem ich tyle, że do rozkoszy doprowadzało mnie owe kilka godzin zabawy.

Zamiłowanie Jordańczyków do pieniądza najlepiej objawia się w ich systemie monetarnym. Każdy dinar dzieli się na sto piastrów, każdy piastr na dziesięć filsów. Do tego każda z wymienionych jednostek ma po dwie lub trzy obiegowe nazwy. Codziennie w sklepie, w autobusie, w hotelach i w muzeach odbywa się rytuał przeliczania. Ja wyrosłem z liczenia pieniążków. Oni nie.

19 sierpnia Wadi Musa

Każdego dnia przekonujemy się, że krajowcy prędzej umrą w boleściach, niż przepuszczą okazję złupienia turysty choćby o 100 filsów (0,1 USD). Widać to w każdym sklepie w Wadi Musa, gdzie butelka wody zamiast 0,35 USD kosztuje 0,5 USD, 0,6 lub nawet 0,7 USD w zależności od sklepu, oraz w samych ruinach Petry, gdzie ta sama butelka kosztuje 1,4 lub nawet 2,1 USD.

Kolejną próbą wyciągnięcia pieniędzy jest bilet do Petry, który kosztuje 28 USD za wstęp na jeden dzień, 35 USD na dwa dni i 42 USD na trzy. Warto przy tym zauważyć, że całą Petrę można zobaczyć w jeden dzień (od 8 do 18 dajmy na to), a wszyscy zagraniczni turyści, którzy dali się naciągnąć na bilety kilkudniowe, bardzo tego żałują.

Zapłaciliśmy po 28 USD, bo w sumie pieniądz to rzecz nabyta. Przecież w gruncie rzeczy, między innymi przyjechaliśmy do Jordanii po to, by zobaczyć Petrę. Nie znaliśmy poza tym metod obejścia sytuacji i wierzę, że byśmy ich nie poznali, gdybyśmy zrezygnowali z odwiedzenia ruin. Owych metod jest kilka.

Pierwszą jest kupienie kilkudniowego biletu na kilka osób. Ponieważ czwarty dzień nie kosztuje już nic ponad cenę biletu trzydniowego, jest on najbardziej opłacalny. Na bilecie, co prawda, wpisuje się imię i nazwisko, ale nikt nigdzie nie sprawdza tożsamości. Zawsze można powiedzieć, że paszport zostawiło się w hotelu w recepcji (co zresztą z reguły jest prawdą). Jedna osoba wchodzi pierwszego dnia, druga drugiego, trzecia trzeciego, a czwarta czwartego. Metoda jest czasochłonna, ale kosztuje 10,6 USD od osoby.

Drugą metodą jest odkupienie biletu dwudniowego z niewykorzystanym drugim dniem od turysty, który kupił sobie nieopatrznie takowy i zobaczył wszystko w jeden dzień, ów nieszczęsny turysta sam Cię znajdzie - w popularnym wśród globtroterów hotelu Musa Spring było kilka takich osób. Cena jest różna, ale przy odrobinie szczęścia w targowaniu wynosi nawet 7 USD. Tak jak opisaliśmy w pierwszej metodzie, nie trzeba się obawiać sprawdzania tożsamości.

Trzecią metodą jest wejście do Petry od tyłu drogą, którą wjeżdżają samochody brygad robotniczych i sprzedawców pamiątek. W tym celu sprzed głównego podjazdu do ruin należy odbić w prawo, w kierunku miejscowości Umm Sehun i Bedha. Po ok. 2 km trzeba odnaleźć właściwą drogę, w którą skręcają białe toyoty i nissany pick- up z odkrytymi pakami.

20 sierpnia Wadi Musa - Wadi Rum

Jordania jest przepięknym krajem, jeśli przyjeżdża się tu na dwa tygodnie z 1000 USD. Odpada stres wykłócania się o każde 100 filsów.

Wstaliśmy o 5:30, spakowaliśmy się, przekąsiliśmy co nieco i pełni nadziei wyszliśmy przed hotel w oczekiwaniu na autobus do Wadi Rum, który zarezerwowaliśmy dzień wcześniej w recepcji. Niestety, rezerwacja w tym kraju niewiele oznacza - autobus nie zabrał nas, bo był pełen. Około godziny czekaliśmy na autobus do Aqaby, który podwiózłby nas do rozwidlenia dróg za Quweirą. Autobus się znalazł, ale jego ceny powaliły nas z nóg: 8,5 USD do samej Aqaby, a połowę tego do owego skrzyżowania, to więcej niż mogliśmy się spodziewać. Nie mieliśmy jednak innego wyjścia. I tak powinniśmy dziękować Stwórcy, że kierowca po kilku minutach kłótni zgodził się wziąć od nas połowę ceny. Jak się później dowiedzieliśmy, kierowcy zwykle żądają zapłacenia pełnej kwoty, bez znaczenia czy jedzie się do miasta docelowego, czy wysiada gdzieś blisko, po drodze.

Ze skrzyżowania za Quweirą zabrały nas i pewnych Francuzów dwie toyoty pick- up. Było nas razem 8 osób po 1,4 USD za osobę. W połowie drogi zabrakło w jednym z samochodów benzyny. Ponad godzinę tkwiliśmy na drodze, zanim znalazł się ktoś, kto mógł odsprzedać naszym kierowcom dwa litry paliwa. W tym czasie staraliśmy się wytargować niższą cenę za zwłokę, przesiedliśmy wszyscy do jednego samochodu licząc, że będzie szybciej i taniej - niestety, kierowcy nie chcieli spuścić z ceny i uparli się dowieźć nas dwoma samochodami. Wreszcie znalazło się paliwo wypompowane z przejeżdżającej taksówki z Japończykami. Pełni nadziei zapakowaliśmy się do naszego furgonu, ale nim dojechaliśmy do wioski, paliwa zabrakło po raz kolejny. Wkurzyliśmy się, bo straciliśmy mnóstwo czasu, a ponieważ od tabliczki Wadi Rum dzieliło nas kilkaset metrów, podziękowaliśmy czule kierowcy i, nie płacąc, pieszo udaliśmy się przed siebie.

W Wadi Rum sytuacja jest dosyć skomplikowana. Jest tu tylko jeden hotel rządowy, w którym nocleg kosztuje 4,2 USD za kemping w namiocie lub 2,8 USD za nocleg na dachu. Hotel proponuje całą gamę wycieczek po okolicy na wielbłądach lub samochodami terenowymi. Ceny są wyśrubowane, ale wszystkie pieniądze idą do kieszeni współpracujących Beduinów - kierowców i właścicieli wielbłądów. Owi stoją tu w kolejkach, oczekując na swój szczęśliwy dzień. Są jednak tacy, którzy zaczepiają turystów z pominięciem kolejki, proponując im niższe ceny. Podbierają w ten sposób klientów tym, którzy stoją na początku kolejki. Sytuacja jest patowa.

Co dzień więc zdarza się tu, że turyści, którzy przyjeżdżają tu rano, decydują się nocować w hotelu. Opłacają nocleg z góry. Potem jednak pojawia się Beduin, który po okazyjnej cenie proponuje im wycieczkę z noclegiem na pustyni u beduińskiej rodziny. Turyści próbują wycofać swoje pieniądze z hotelu. Bezskutecznie - według rządowych zaleceń nie wolno pracownikom hotelu wykreślić nikogo z listy gości. Mogłoby bowiem zachodzić podejrzenie przywłaszczania fałszywych rezygnacji i chowania do prywatnych kieszeni zarobionych przez hotel pieniędzy. Wszyscy więc, którzy pragną przeżyć pustynną przygodę, powinni najpierw solidnie zorientować się w sytuacji, a następnie podjąć właściwą dla siebie decyzję.

Oczywiście, żaden turysta nie przejmuje się zawiłością sytuacji i wybiera tańszą dla siebie opcję. Nasi znajomi wynajęli samochód terenowy, który miał być do ich dyspozycji przez cały dzień. W planach było objechanie wszystkich ważniejszych miejsc w okolicy, odwiedzenie beduińskiego wesela, nocleg na pustyni pod gwiazdami i powrót z samego rana na autobus do Aqaby. Całość kosztowała 56,4 USD i rozkładała się na 5 osób. My, za 16,8 USD na 4 osoby objechaliśmy kilka miejsc w okolicy, a kierowca, który nas woził, okazał się przemiłym człowiekiem. Zaprosił nas do domu na herbatę i opowiadał o swojej rodzinie.

Nocowaliśmy na dachu Governement Guest House, ponieważ zaprzyjaźniliśmy się również z jego kierownikiem, który wyjaśnił nam wszystkie zawiłości systemu turystycznego w Wadi Rum.

Przy wynajmowaniu samochodu warto pamiętać, że ubezpieczenie obejmuje wyłącznie 6- ciu pasażerów. Jeśli w samochodzie jedzie ich więcej (kierowcy mówią: no problem), w razie wypadku ubezpieczenie nie zostanie zwrócone.

21 sierpnia Wadi Rum - Aqaba

Autobus z Wadi Rum do Aqaby odjeżdża o 6:45. Trzeba być gotowym wcześniej, bo nie będzie czekać. Kierowca zbiera od pasażerów po 2,1 USD.

W Aquabie postanowiliśmy nocować w National Touristic Camp za 1,4 USD od osoby. Z dworca w Aqabie poszliśmy więc na przystanek mikrobusów w kierunku kempingu i dojechaliśmy na miejsce (ok. 10 km) za 0,7 USD. Tam okazało się, że National Touristic Camp to wielki piaszczysty teren, bez jednego drzewa, z zadaszeniami przeciwsłonecznymi nad brzegiem morza, zaśmieconą plażą i jedną, niezbyt zachwycającą cenami restauracją. Rozbiliśmy na początku namioty pod wiatami, oczyściliśmy kawałek plaży ze śmieci, ale po kilku godzinach słońce zmieniło położenie i leżeliśmy na rozgrzanej patelni bez nadziei na gram cienia, plaża niezbyt zachęcała do kąpieli i ogólnie atmosfera była nieciekawa. Wynajęliśmy sobie łódkę ze szklanym dnem (14,1 USD za godzinę dla dowolnej liczby osób), obejrzeliśmy okoliczne rafy koralowe i wrak zatopionego statku. Popływaliśmy trochę z maską, po czym zwinęliśmy manatki i taksówką za 2,8 USD wróciliśmy do Aqaby.

Nocleg w Petra Hotel w pokoju 4- osobowym za 2,8 USD od osoby. Miejsca na dachu w cenie 2,1 USD.

W Pizza Hut za rozsądną cenę 2,8 USD można odwiedzić, z dużą miską, bar sałatkowy i urządzić tym samym przepyszną kolację dla dwojga. Pizze są równie smaczne, jak gdzie indziej, najtańsza Margeritta kosztuje 2 USD.

22 sierpnia Aqaba

Odkryliśmy dziś piekarnię z "prawdziwym" chlebem tostowym i bułkami drożdżowymi. Znajduje się na głównej ulicy Ash- Sherif al- Hussein bin Ali, na przeciw wylotu uliczki prowadzącej do Pizza Hut.

Przeleżeliśmy cały dzień na plaży w Royal Diving Center. Dojazd mikrobusem lokalnym kosztuje 0,7 USD, wstęp 2,8 USD od osoby. W cenę wliczone jest korzystanie z plaży, basenu (ze słoną wodą!), przebieralni, toalet i pryszniców. Na miejscu jest kawiarenka, a napis ostrzega, że zabronione jest spożywanie prywatnych posiłków na terenie obiektu. Trochę po kryjomu, ale spożywaliśmy dziś własne kanapki i nikt się nie przyczepił.

Royal Diving Center posiada do wynajęcia sprzęt nurkowy dla śmiałków różnego stopnia zaawansowania. Najprostszy zestaw: maska z rurą i płetwami, kosztuje 4,2 USD. Jest też cała gama szkoleń, łącznie z zejściami nocnymi dla wszystkich, dla których pieniądze nie stanowią problemu. Plaża jest czysta, nie ma miejscowych, więc kobiety czują się bezpieczne. Jest pomost, z którego schodzi się do wody i jest oczywiście fantastyczna rafa z oswojoną fauną morską.

Dove of Peace Restaurant na tyłach meczetu Sherif al- Hussein bin Ali smaży dobre ryby za 4,2 USD od sztuki z sałatką i chlebem.

23 sierpnia Aqaba

Spędziliśmy dziś kolejny dzień na plaży w Royal Diving Center podziwiając podwodne krajobrazy rafy koralowej. Ryby są tutaj tak przyzwyczajone do turystów, że prawie dają się głaskać, jedzą chleb z ręki i podszczypują w pięty. Całą rozkosz nurkowania zakłócają wyłącznie lodowate prądy morskie. Aż nie chce się wierzyć, że przy takich upałach woda może pozostawać tak zimna. Dobrym pomysłem dla cienkoskórych może być wypożyczenie kombinezonu z pianki za 7 USD.

Royal Diving Center proponuje czterodniowy kurs nurkowania za 282 USD. Cena nie jest głupia, kurs bowiem składa się zarówno z części teoretycznej, jak i zajęć praktycznych. Nie sądzimy jednak, by w ciągu czterech dni można było nauczyć się nurkowania i zdobyć odpowiednie doświadczenie. Kurs kończy się egzaminem i za opłatą kolejnych 21,2 USD otrzymuje się świadectwo.

24 sierpnia Aqaba - Aleppo

Udała nam się dziś rzecz niesamowita. W ciągu jednego dnia przejechaliśmy z Aqaby do Aleppo.

Autobus z Aqaby do Ammanu odjechał o 8:00 (4 USD). Warto przyjść na niego pół godziny wcześniej, by zaklepać sobie miejsca. W Ammanie byliśmy po 12:00. Przejechaliśmy taksówką z dworca Wahadat na dworzec Abdali (po 0,7 USD od głowy), a tam z kolei znaleźliśmy taksówkę serwisową do Ramthy. Umówiliśmy się z kierowcą, że za cenę 2,1 USD od osoby zawiezie nas z Ammanu do samej granicy jordańskiej. Tam też byliśmy ok. 15:00. Po stronie jordańskiej kolejka i opieszałość urzędników zatrzymały nas ponad godzinę. Należy pamiętać o zapłaceniu podatku wyjazdowego (5,6 USD czyli 4 dinary od osoby, płatne w walucie jordańskiej) w małym domku tuż przed budynkiem odpraw. Domek zatytułowany jest "Additional Tax Office". Zaraz po jordańskiej odprawie wymieniliśmy resztę dinarów na funty syryjskie w kantorze, po kursie prawie czarnorynkowym. Znaleźliśmy również taksówkę, choć trochę to trwało, do Damaszku. Była to zwykła taksówka serwisowa z Ammanu do Damaszku, która miała tylko jednego pasażera. Kierowca ucieszył się widząc kolejnych klientów. Kosztowało nas to po 4 USD od osoby i ułatwiło przejście granicy syryjskiej, bowiem urzędnicy odprawili nas błyskawicznie.

Dojechaliśmy do stolicy w ciągu godziny, ponieważ kierowca pruł z szybkością 130 km/godz. W miejscu, gdzie nas porzucił w Damaszku, znaleźliśmy taksówkę za 2 USD za kurs na dworzec autobusów Pullman. Tam w ofertach dojazdu do Aleppo mogliśmy przebierać jak w ulęgałkach (2 USD od osoby). W naszym ulubionym hotelu Kawkab al- Salam stawiliśmy się o 23:45.

I pomyśleć: rano wątpiliśmy, że nam się to uda.

25 sierpnia Aleppo - Gaziantep - w kierunku Konyi

Po tradycyjnym śniadaniu złożonym z zapiekanki z serem i kufla soku owocowego daliśmy sobie czas na pożegnanie się z Syrią i zakup pamiątek. Później był obiad w najlepszej w centrum restauracji Al- Zuhour (podają fenomenalne shish kebaby z pieczarkami) i o godzinie 13:00 wyruszyliśmy w kierunku dworca autobusowego. Tam bez problemu odnaleźliśmy autobus do Azaz (0,4 USD od osoby z plecakiem), a przemiły kierowca za drobną opłatą 2 USD podwiózł nas do samego przejścia granicznego. Ponieważ z Azaz do granicy jest ok. 5 km, w tej samej cenie można podjechać taksówką.

Urzędnicy po stronie syryjskiej odprawili nas błyskawicznie. Pieszo minęliśmy pas ziemi niczyjej i doszliśmy do granicy tureckiej. Tu otrzymaliśmy wizę na okres miesiąca za 10 USD, poprosiliśmy policjantów, żeby zadzwonili do Kilis po taksówkę i za astronomiczną cenę 5 USD za cztery osoby dojechaliśmy do miasta. Gdybyśmy trzy tygodnie temu, gdy przechodziliśmy tą samą granicę w kierunku Syrii, wiedzieli wszystko, co wiemy teraz, taksówką z przejścia granicznego po stronie syryjskiej pojechalibyśmy nie do Aleppo, a do Azaz, a stamtąd liniowym autobusem dostalibyśmy się do Aleppo.

Z Kilis mikrobusem za 0,9 USD od osoby dojechaliśmy do Gaziantepu. Tu, na dworcu autobusowym u przewoźnika Hidayet wymieniliśmy nieco pieniędzy po kursie 1:164000, znaleźliśmy autobus do Konyi o 22:30 za 12,2 USD od osoby i cały świat od razu wydał się nam piękniejszy, gdy w okolicznym sklepie kupiliśmy turecki chleb.

26 sierpnia Konya - autobus do Antalyi

Autobus wyrzucił nas dziś rano ok. 6:30 w okolicach dworca w Konyi. Jak zwykle, nie od razu zorientowaliśmy się, gdzie jesteśmy i zanim sen przestał kleić nam powieki minęło dobre 20 minut. Było pochmurno, zimno i wietrznie.

Na dworcu autobusowym w toalecie dokonaliśmy porannych ablucji. W chwilę potem mieliśmy już zakupione bilety do Antalyi w cenie 7,3 USD. Wybraliśmy ponownie nocny transport o 23:30, by w dzień zwiedzić Konyę, a nocą zaoszczędzić na noclegu.

Okazało się jednak, że w Konyi nie ma co oglądać przez cały dzień, szczególnie dla nas, na których po prawie dwóch miesiącach spędzonych na trasie, mało który meczet robi piorunujące wrażenie. Odwiedziliśmy przede wszystkim meczet Tańczących Derwiszów, a dokładnie grobowiec i muzeum Mevlany - założyciela zakonu. Wstęp kosztował 1,2 USD (0,3 USD z ISIC). Strażnicy uruchomili dla nas magnetowid z filmem dokumentalnym o derwiszach i ich tańcu. Po tej pouczającej wizycie część z nas w towarzystwie damsko- męskim udała się do łaźni tureckiej, a część trochę bez sensu błąkała się po starym mieście. Nieco później odwiedziliśmy malutkie muzeum szumnie zwane Wielkim Seminarium Karatay, w którym za 0,6 USD (0,3 z ISIC) obejrzeliśmy kilka (dosłownie!) niebieskich kafli ceramicznych. Zwiedziliśmy jeszcze meczet Aladdyna i kilka innych miejsc, z wielkim lunaparkiem włącznie. Wpadliśmy do McDonaldsa na frytki i siku, pobłąkaliśmy się kosztownie po cukierniach i ok. 21:00 pieszo powlekliśmy się na dworzec autobusowy.

Mnóstwo młodych chłopaków tańczyło dziś przed dworcem żegnając rodziny. Wyjeżdżali do Van na 2,5 roku służby wojskowej.

27 sierpnia Antalya - Olympos (Çirali)

Ponieważ byliśmy prawie jedynymi pasażerami w nocnym autobusie, zamiast siedmiu podróż trwała pięć godzin i o 4:00 rano wylądowaliśmy na wielkim dworcu w Antalyi. Rozłożyliśmy się na dworcowych ławkach i przekoczowaliśmy do 6:30, kiedy to zaczął się ruch i policjanci kazali nam się wynosić. Wpakowaliśmy plecaki do biura jednego z przewoźników, u którego zakupiliśmy później bilety do Olympos, skorzystaliśmy z toalety dworcowej za gigantyczną kwotę 0,3 USD i za kolejne 0,3 USD od osoby pojechaliśmy dolmuşem sprzed dworca do centrum.

Po zwiedzeniu starego miasta wróciliśmy na dworzec i minibusem za 2,4 USD dojechaliśmy do restauracji Olympos, przy której czekały dolmuşy do rzeczonego. Kiedy więc kupowaliśmy bilety na dworcu w Antalyi do Olympos, nie chodziło bynajmniej przewoźnikom o nazwę historyczną, ale o ową restaurację. Cóż, Olympos to Olympos i nie ma co być drobiazgowym. Dolmuş zawiózł nas, owszem, ale nie do Çirali, w którym zaplanowaliśmy nocleg, ale do miasteczka turystycznego pod Çavuşköy, po drugiej stronie zabytkowych ruin. Ponieważ wstęp kosztuje tam 0,9 USD, uprosiliśmy biletera, by przepuścił nas za darmo, bowiem nie w głowie nam zwiedzanie, chcemy tylko przejść skrótem przez ruiny do Çirali. Nie było to proste, ale po kilkunastu minutach uległ. Oczywiście, przechodząc przez ruiny nie omieszkaliśmy ich zwiedzić.

Przy plaży w Çirali znaleźliśmy nocleg w Olimpia Tree House, przed Dolphin Restaurant (lub za, idąc od strony Çavuşköy) na kempingu w gaju pomarańczowym za 3 USD od namiotu. Ceny w polecanym przez Lonely Planet Bariş Pension wynoszą ponad 18 USD za smutną dziurę w ścianie z dwoma łóżkami.

O zachodzie słońca znaleźliśmy taksówkę, która zawiozła nasze 8 osób za 9,1 USD do Chimery. Łatwo dojść tam pieszo drogą wzdłuż plaży, która później odbija w lewo na zachód (ok. 4 km). Wieczorem ognie Chimery na wzgórzu widać z daleka. Zdecydowanie przydaje się latarka.

28 sierpnia Olympos - Patara

Z Çirali do głównej drogi można dostać się wyłącznie taksówkami za 9,1 USD za kurs. Postanowiliśmy więc dojść z powrotem przez ruiny Olymposu do miejsca, gdzie wczoraj wyrzucił nas dolmuş. Założyliśmy więc plecaki i pełni nadziei ruszyliśmy wzdłuż plaży. Bileter przy ruinach tym razem nie pisnął słowa, gdy zobaczył grupę z plecakami.

Dolmuşy odchodzą z Çavuşköy co dwie godziny o godzinach nieparzystych, od 9:00 rano do 19:00 wieczorem. Przejazd, jak wczoraj, kosztował 1,2 USD. Na górze przy szosie w restauracji Olympos czekał już minibus do Patary za gigantyczną cenę 5,5 USD od osoby. Byliśmy pewni, że ów minibus nie jedzie do Patary, tylko jak zwykle wyrzuci nas gdzieś na środku drogi, ale postanowiliśmy poczekać na rozwój wypadków. Po trzech godzinach jazdy, gdy minibus zatrzymał się pod drogowskazem ‘Patara 2 km" zrobiliśmy dziką awanturę, że nas okłamano, że zapłaciliśmy po 5,5 USD za transport do Patary, a nie do drogowskazu, a w ogóle to nie otrzymaliśmy biletu, więc zachodzi podejrzenie, że kierowca zdefraudował nasze pieniądze. Kazaliśmy wzywać policję. Bo szczerze mówiąc jest to skandal, że na autobusach jest tabliczka Patara, Olympos, czy cokolwiek innego, nawet firma nazywa się Kaş- Patara, kasuje od turysty grube pieniądze, a potem porzuca na środku drogi skazanego na własną zaradność.

Znalazł się jakiś właściciel pensjonatu w Patarze, który za 1,5 USD zgodził się dowieźć nas własnym samochodem do wioski. Powyższą sumę wyciągnęliśmy od kierowcy autobusu. Po dojechaniu na miejsce szybko zorientowaliśmy się w cenach. Śpimy w Akca Hotel za 3 USD od osoby (po stargowaniu ceny o 50%!).

29 sierpnia Patara

Spędziliśmy cały dzień na "najpiękniejszej plaży Turcji". Jednak ktoś, kto był choć raz na plaży w Międzyzdrojach, poczuje się tu zawiedziony. Faktycznie, 20 km piachu to w Turcji prawdziwa rzadkość. Nie ma tu jednak ani palm, ani mew, ani kutrów rybackich, ani nic, co mogłoby stanowić o tzw. malowniczości. Kupa piachu i nic poza tym.

Na plaży jest kafeteria, w której można kupić napoje i coś do jedzenia, można też wypożyczyć parasol (0,9 USD) i leżak. Droga na plażę wiedzie przez ruiny antycznej Patary, dlatego wstęp obiletowany jest ceną 1,8 USD (0,9 z ISIC).

Na prawo od wejścia plaża była dziś zdecydowanie konserwatywna. Tureckie rodzinki zażywały tam kąpieli w codziennej odzieży. Na lewo od wejścia plaża była bardziej liberalna i rzadko która plażowiczka miała na sobie górę od bikini. Co więcej, na samym końcu plaży, ukryło się za wyłomem skalnym przed ciekawskimi oczami czworo leciwych naturystów.

30 sierpnia Patara

Strażnicy z biletami do ruin i na plażę pracują od 9:00 do 19:00. Jednak brama pozostaje otwarta przez cały czas. O ile po 19:00 nie bardzo jest sens z tego korzystać, o tyle przed 9:00 rano można dostać się na plażę za darmo. Ponieważ brama to po prostu kawał żelastwa na drodze, a cały teren jest nieogrodzony, również o każdej porze można minąć strażników przedzierając się przez krzaki rosnące na pagórku po lewej stronie drogi.

Dwie osoby z naszej brygady odłączyły się od nas trzy dni temu i gonione napiętym planem zwiedzania zamierzały z Olymposu dojechać do Patary, zobaczyć ruiny i "najpiękniejszą plażę Turcji" i zaraz jechać dalej. Gdyby to o nas chodziło, zapadlibyśmy na ciężką nerwicę, gdybyśmy z plecakami dobili do Patary (co nie jest całkiem proste, mając na uwadze przesiadki i awantury po drodze) i po przejściu 2 km zobaczylibyśmy za cenę 0,9 USD kilka kamieni i 20 km nieciekawego piachu. Oto jak w podróży nigdy nie wiesz, co Cię czeka.

Najlepsza restauracja w Patarze to naszym zdaniem Florya Restaurant. Ceny są identyczne jak w innych, ale tutaj kelnerzy potrafią zaskoczyć sposobem podania potrawy. Darmowa jest jabłkowa herbata i talerz owoców po posiłku.

W Patarze mają swe biura przewoźnicy Kamil Koç i Metro. Sprzedają bilety do wszystkich ważniejszych miejsc w Turcji. Na przykład bilet do Selçuku (Efez) kosztuje 9,7 USD. Autobusy odjeżdżają bezpośrednio z wioski, albo z głównej drogi Antalya - Fethiye, do której dowozi bezpłatnie bus serwisowy. Jest również biuro dolmuşów do okolicznych miast.

W Patarze można z łatwością wymienić pieniądze - jeśli nie na poczcie, to w sklepach z biżuterią. Kurs jest jednak niższy od oficjalnego od 0,01 do 0,04 USD. Przy 100 USD różnica może wynieść kilkaset tysięcy lirów, czyli dobry posiłek w restauracji.

31 sierpnia Patara - Fethiye - Pamukkale

Rano udaliśmy się na przystanek dolmuşów, gdzie cena biletu do Fethiye była o 0,3 USD niższa niż w biurach dużych przewoźników i wynosiła 2,7 USD.

Z dworca autobusowego w Fethiye, po zakupieniu biletów do Pamukkale i wymienieniu dolarów po kursie 1:165000 w biurze firmy Kamil Koç, zapragnęliśmy, uwolnieni od pozostawionych plecaków, udać się do wioski Kayaköy (miasto opuszczone po pierwszej wojnie przez Greków przymusowo wysiedlanych z Turcji). W przewodniku opis trasy był niezbyt jasny, ale było dla nas oczywiste, że w ciągu 2 godzin pieszo dotrzemy w interesujące nas miejsce. Tym bardziej, że wybraliśmy prostą trasę szosą Ölüdeniz Caddesi. Okazało się jednak w praktyce, że droga wcale nie jest łatwa - wiedzie pod górę wśród smrodu spalin przejeżdżających ciężarówek. Minibusy i mikrobusy do Ölüdeniz były nabite jak puszki sardynek. Zacisnęliśmy więc zęby i szliśmy. Po półtorej godziny doszliśmy - zupełnie nie tam, gdzie chcieliśmy: do Ölüdeniz, które według nas powinno być daleko za Kayaköy. Poszliśmy z Fethiye niewłaściwą drogą i zaszliśmy Ölüdeniz z drugiej strony. Na szczęście co godzinę kursują tędy mikrobusy do Kayaköy. Jednym z nich dojechaliśmy do wioski. Nie zapłaciliśmy za bilet, bo kierowca pogubił się w tłumie pasażerów.

Minibusy z Kayaköy do Fethiye odchodzą o pełnych godzinach aż do 20:00. Zobaczyliśmy, co mieliśmy zobaczyć i już mieliśmy wracać o 15:00, gdy zachciało nam się jeść. W Poseidon Restaurant ciut zbyt długo przygotowywali nam spaghetti (rozgotowane kluchy z ketchupem), więc musieliśmy przesunąć powrót o godzinę.

Dolmuş planowany na 16:00 niespodziewanie długo nie przyjeżdżał. Zdenerwowaliśmy się bardzo, bo o 17:30 odchodził nasz autobus do Pamukkale, a dolmuşem odchodzącym z Kayaköy godzinę później z pewnością byśmy nie zdążyli. Uprzejmy właściciel przydrożnej restauracji pomógł nam złapać okazję do Fethiye. Była to ciężarówka z ciężkimi butlami gazowymi. Wciśnięci między nie, na pace dojechaliśmy do miasta za darmo.

Autobus, którym przyszło nam jechać do Pamukkale, był tak naprawdę minibusem i nie należał do firmy Kamil Koç, ale do Gölhisar Koop. Liczyliśmy na komfortowego Mercedesa z kelnerami i klimatyzacją, a jechaliśmy wrakiem klimatyzowanym wyłącznie pędem powietrza. Ale na cóż można liczyć za 4,9 USD za osobę. Minibus nie miał nigdzie napisane, że jedzie do Pamukkale i choć panowie w Kamil Koç gorąco nas o tym zapewniali, liczyliśmy się z możliwością zakończenia podróży w Denizli. Tym bardziej, że serwisant w minibusie schował nasz bilet Kamil Koça do kieszeni i wypisał nam własny bilet - tylko do Denizli. Nie mieliśmy siły rozpoczynać kolejnej awantury. Pan zresztą nie mówił po angielsku. Postanowiliśmy, że wszystko roztrzygnie się w Denizli. Przez całą drogę układaliśmy sobie tekst przemówienia, jakie wygłosimy w Kamil Koçu w Denizli. O tym, że nas oszukano, że wyciągnięto pieniądze za bilet, że musimy płacić teraz osobno za dojazd z Denizli do Pamukkale, jak serwisant firmy Gölhisar potraktował ich bilet, że takie rzeczy nie powinny zdarzać się w firmie Kamil Koç itd. W Denizli jednak na dworcu autobusowym przydarzyła się rzecz niesamowita. Kierowca minibusa latał jak opętany w poszukiwaniu bezpłatnego serwisu do Pamukkale, a gdy takiego nie znalazł, wsiadł do pojazdu i zawiózł nas tam, gdzie chcieliśmy dotrzeć.

Nocleg w Curaoglu Pension, gdzie rozbicie namiotu kosztuje 1,5 USD, nocleg na tarasie 1,8 USD, a pokój dla dwóch osób 12,1 USD (właściciel skłonny jest opuścić cenę do 9,1 USD).

1 września Pamukkale - autobus do Stambułu

Pamukkale jest nieco przereklamowanym miejscem. Zupełnie pozbawiają to niewielkie wzgórze uroku betonowe hotele, słupy elektryczne i asfalt rozjeżdżony przez autobusy z turystami. Jednak być w Turcji i nie widzieć Pamukkale, to jak być w Paryżu i nie widzieć Wieży Eiffla.

Wstęp kosztuje 2,4 USD (1,2 z ISIC). Nie potwierdziły się informacje, jakoby nie można było się już tu kąpać. Faktycznie, najstarsze formacje wapienne można jedynie podziwiać zza sznurka, ale na głównej trasie spacerowej w betonowych basenach, w których woda sięga co najwyżej kolan, chlapały się dzisiaj tłumki turystów. Większość z nich przyszła tu nawet w kostiumach kąpielowych spodziewając się Bóg wie jakiego pływania.

Na szczycie wzgórza w luksusowych hotelach można zażyć kąpieli w basenie z wodą wapienną za kosmiczną cenę 4,6 USD. Biznes prosperuje dobrze, choć w miasteczku na dole, przy każdym prawie hotelu jest taki sam basen z taką samą wodą darmowy dla gości hotelowych.

Trzeba przyznać, że Polacy stanowili dziś procentową większość w tłumie zwiedzających. Niektóre ze sklepów w miasteczku reklamują się nawet polskimi napisami.

Dziś rano kupiliśmy bilet do Stambułu za 15,1 USD od osoby. Należy tu jak najwcześniej rezerwować miejsca, ponieważ szybko się rozchodzą przy takich tłumach turystów. Niektóre autobusy odchodzą bezpośrednio z Pamukkale, nasz czekał na nas na dworcu w Denizli o 22:00. Z Pamukkale do Denizli zawiózł nas bezpłatny minibus serwisowy, o który poprosiliśmy w biurze przewoźnika.

2 września Stambuł

O 4:30 rano autobus zatrzymał się przy restauracji w celu umożliwienia pasażerom spożycia śniadania wliczonego w cenę biletu. Za dwa kawałki chleba, masło, dżemik i herbatę, które czekały już na nas ustawione na tacach płaciło się dołączonym do biletu kuponem. Za dodatkowe fanaberie, tj. zupę, sałatki i jajka, trzeba było zapłacić ekstra.

Gdy byliśmy już w Stambule autobus najpierw zatrzymał się przy dworcu azjatyckim w dzielnicy Harem. Stąd łatwo można dopłynąć do starego miasta w Sirkeci promem przez Bosfor. My jednak zdecydowaliśmy się pojechać na dworzec międzynarodowy w Topkapí z trzech powodów. Po pierwsze mieliśmy fantazję przejechać Bosfor mostem, po drugie chcieliśmy zobaczyć gigantyczny dworzec międzynarodowy w Stambule, a po trzecie marzyliśmy o zwiedzeniu stambulskiego metra. Owym metrem, odchodzącym ze środka dworca autobusowego, dojechaliśmy za 0,3 USD od twarzy do dzielnicy Aksaray, a stamtąd za taką samą cenę tramwajem do Sultanahmet.

Orient Youth Hostel był pełen, jak zwykle. Mogliśmy ewentualnie dostać miejsce na korytarzu w cenie 5,5 USD. Wypięliśmy się więc na nich i znaleźliśmy Pensyon Ilknur, na tyłach Orientu, w których za nieciekawe prycze płacimy 3 USD. Spaliśmy już w gorszych warunkach, a poza tym to przecież tylko jedna noc.

Na przedwyjazdowych zakupach minął nam nasz ostatni dzień podróży.

Przygotowania

Tak to zwykle jest, że o przygotowaniach pisze się na końcu. Dopiero bowiem z perspektywy czasu i doświadczeń widać, jakich przygotowań wyprawa wymagała.

Wizy

Wizę syryjską można otrzymać w ciągu tygodnia w Ambasadzie Syryjskiej Republiki Arabskiej w Warszawie, ul. Narbutta 19a. Kosztuje 60 USD (dwukrotnego wstępu) i nie otrzyma jej ktoś, kto posiada w paszporcie jakikolwiek stempel izraelski. Wizy turecką (10 USD na jeden miesiąc) i jordańską (18 USD) można dostać na przejściach granicznych, nie ma więc potrzeby wcześniej zawracać sobie nimi głowy.

Zdrowie

Rejon Bliskiego Wschodu jest stosunkowo bezpieczny. Warto jednak przed wyjazdem zaszczepić się przeciwko żółtaczce pokarmowej i Heinego- Medina, jeśli ktoś nie był szczepiony w szkole (wirus polio występuje czasami w Syrii). Oczywiście, ciężko ochronić się przed pasożytami przewodu pokarmowego - czyhają w nieświeżym jedzeniu i brudnej wodzie. Należy w związku z tym możliwie unikać picia wody nieznanego pochodzenia i jedzenia potraw, których smak świadczy o tzw. "trzeciej świeżości". Uważny czytelnik jednak spostrzeże, że zdarzało się nam pić wodę z kranów na ulicy, stołowaliśmy się nieraz w podłych knajpkach, a wprost przepadaliśmy za sokami wyciskanymi ze świeżych owoców. Życie to hazard.

Transport

Tam i z powrotem

Z Warszawy, Katowic, Częstochowy i Krakowa jeżdżą do Stambułu autobusy liniowe. Ich standard jest podobny, aczkolwiek komfort jazdy zależny jest od firmy przewozowej. My trafiliśmy na najgorszą, i choć nie zapłaciliśmy za to, podróż w obydwie strony obfitowała w - niekoniecznie przyjemne dla nas - atrakcje. Firma "Panek" jest własnością pani Teresy, Polki poślubionej Turkowi, która jeżdżąc w dawnych czasach z towarem zapragnęła ułatwić biznes rodakom. Założyła więc firmę, która całkiem dobrze prosperowała w dawnych czasach, jednak jej klientelę stanowiła prosta kasta drobnych szmuglerów. Pani Teresa została z czasem współwłaścicielką Hotelu Astor w Stambule, gdzie zatrzymywali się jej klienci. Niestety, choć czasy się zmieniły, nie zmienił się charakter firmy i jej właścicielka.

Zaczęło się od tego, że oprócz ceny, którą zapłaciliśmy za bilet, zażądano od nas w autobusie dopłacenia po 50 USD od osoby na łapówki dla celników i wizę turecką. Opłata na szczęście obowiązywała w dwie strony, a gdybyśmy jej nie wnieśli, zostalibyśmy wyrzuceni z autobusu. Nie jesteśmy pewni ile z tych zebranych 2000 USD (po odliczeniu opłat wizowych) pozostaje na czysto w kieszeni właścicielki. Problem jest taki, że nawet turyści nie mający na celu wyjazdu handlowego muszą się składać na łapówki, choć żaden celnik nie sprawdza im nawet bagażu, koncentrując się na torbach handlarzy. W drodze do Stambułu wyświetlano nam w autobusie turecki film pornograficzny, co niekoniecznie musiało się podobać wszystkim i już samo w sobie podlega pod paragraf. Najgorsze jednak miało nas czekać w drodze powrotnej.

Na naszych biletach określona była wyraźnie data i godzina powrotu. To dobry zwyczaj, gdy się go przestrzega. Dwoje naszych przyjaciół zaplanowało przed wyjazdem odłączyć się od nas w Kapadocji i wrócić wcześniej do domu. Jakież było ich zdumienie, gdy o ustalonej porze wypisanej na bilecie zjawili się przed Hotelem Astor i dowiedzieli się, że autobus odjechał dwie godziny wcześniej. Co więcej, pani Teresa zrobiła im dziką awanturę, jak oni śmią nie wiedzieć, że autobus miał dzisiaj wyjechać wcześniej - ich psim obowiązkiem jest wiedzieć takie rzeczy. Jeszcze większą awanturę zrobiła im, gdy dowiedziała się, że nasi znajomi nie posiadają przy sobie złamanego dolara, bo jak można wracać do Polski bez pieniędzy. Młodym ludziom tak szczęki poopadały, że nie mieli siły zwrócić kobiecie uwagi na prosty fakt, iż jeśli ktoś powinien tutaj wyrażać swoje niezadowolenie, to raczej oni. Po długiej kłótni kobieta rzuciła im jakieś pieniądze i za te pieniądze, bardzo kombinowanym i niezbyt przyjemnym sposobem, wrócili koleją do kraju. Zamierzają złożyć skargę do Wydziału Turystyki.

Powiadomili o swojej przygodzie naszych rodziców, a ci powiadomili nas, że autobus odchodzi dwie godziny wcześniej. W przeddzień wyjazdu zgłosiliśmy się do Hotelu Astor, gdzie powiadomiono nas, że ponownie zmieniono rozkład i autobus odchodzi o 11:00, zamiast o planowanej 15:00 wypisanej na biletach. Z pewnością nie zaczekano by na nas, tak jak nie zaczekano na dwie kolejne osoby, które spóźniły się na 11:00.

W autobusie już przy starcie doszło do wojny, ponieważ pani Teresa uparła się, byśmy dostali najgorsze miejsca na końcu, a najlepsze jej kamraci - handlarze. Krzyczała, że ona tu jest właścicielką, i że jak będzie miała widzimisię, to w ogóle wyrzuci nas z autobusu i gówno (cyt.) ją obchodzimy. Na nasze groźby ryczała, że ona pracuje od lat w turystyce i nikt, nawet sam Prezydent, nie odbierze jej licencji. Ma w dupie (cyt.) nas, ministerstwa i mass- media. Trzymaliśmy się kurczowo foteli, więc nie zdołała nas wyrzucić. Po drodze udało nam się zawrzeć pakt o nieagresji. Gdy jednak zwróciliśmy jej uwagę gdzieś na trasie, że w autobusie śmierdzi od dymu papierosów i spirytusu (handlarze urządzali sobie "bal pożegnalny"), stwierdziła, że możemy wszyscy rzygać na trzy- cztery, jej to nie przeszkadza. Nie dziwi nas to, że przyzwyczajona jest do smrodu, skoro jej pijane koleżanki - leciwe i otyłe handlary - załatwiały swoje potrzeby fizjologiczne zaraz przy drzwiach autobusu tak, że aby wyjść się przewietrzyć, trzeba było przeskakiwać nad świeżymi odchodami.

Jednym słowem: firma "Panek" to dobry środek transportu dla żądnych silnych wrażeń twardzieli. Polecam ją wszystkim nietuzinkowym turystom indywidualnym.

Turcja, Syria i Jordania

Turcja jest idealna, jeśli chodzi o transport publiczny. Setka prywatnych linii autobusowych o standardzie europejskim gwarantuje stosunkowo tani i szybki transport do każdego wybranego miejsca. Nawet z zapadłej dziury często odchodzą autobusy do największych miast. Bilety nabyć można w biurach przewoźników na dworcach autobusowych lub bezpośrednio w autobusie. Jedyny problem w tym, że dworce umieszczane są zazwyczaj kilka kilometrów od miasta i rzadko kiedy można tam dojść na piechotę. W Syrii istnieją trzy klasy autobusów: tania, komfortowa i luksusowa. Pierwsza klasa to stare i rozpadające się autobusy, które wybierane są przez najuboższych. Podróż takim autobusem jednak to sama przyjemność i nie ma powodu, by z nich nie korzystać. Choć dworce są ulokowane nieopodal centrum, to jednak jest ich zwykle po kilka w każdym mieście. Każdy dworzec obsługuje inne kierunki, co początkowo dezorientuje turystów. Nie zdziwcie się, jeśli na dworcach autobusowych zarządają od Was paszportów - spisują dane wszystkich pasażerów; bez takiej listy autobus nie ruszy. W Jordanii transport zorganizowany jest już gorzej. W miejscach turystycznych prywatni kierowcy minibusów organizują kursy do kolejnych atrakcji (np. z Petry do Wadi Rum), ale żądają za to opłaty przewyższającej wielokrotnie zdrowy rozsądek. Niestety, często nie ma innej możliwości.

Kuchnia

Generalnie wegetarianie będą mieli problem. Większość potraw tradycyjnych, takich jak kebab (mięso opiekane na pionowym ruszcie), şiş kebab (mięso mielone uformowane w wałeczki i opiekane), köfte (smażone lub duszone kotleciki z mięsa mielonego), to potrawy mięsne. Wegetarianom pozostaje więc çorba (zupa z soczewicy, aczkolwiek gotowana na mięsie), pide (turecka pizza zwykle przyrządzana z mięsem, ale można zamówić z serem lub jajkiem), gözleme (naleśnik z białym serem i zieloną pietruszką), cigara boregi (podłużne pierożki z serem), falafel (kotleciki z groszku), ryż i sałatki. W sklepach kupić można całą gamę serów (peinir), dżemów, soki w kartonach, owoce i pieczywo.

Ceny

Koszt całej wyprawy łącznie z transportem do i ze Stambułu i opłatami wizowymi wyniósł ok. 1100 USD na osobę. Bez kosztów przejazdu firmą "Panek" (105 USD za bilet + dodatkowe i obowiązkowe 50 USD w autobusie na łapówki dla celników i wizę turecką) oraz bez kosztów wizy syryjskiej - były to koszty poniesione przed wyjazdem i nie wliczały się do wydatków na trasie - wydawaliśmy na jeden dzień po 15 USD. Należy przy tym zauważyć, że od czasu do czasu pozwalaliśmy sobie na rozpustę, pamiątki z trasy i dwa posiłki dziennie w restauracji. Spory procent kosztów to częste przejazdy autobusami.

Turcja: galopujący kurs dolara (70- 100% rocznie). Nie warto wymieniać od razu większej ilości gotówki - lepiej co trzy dni, dajmy na to, po 50 USD. W związku z tym ceny szybko ulegają dezaktualizacji. Jeśli dziś hotel kosztuje 5 USD, to po dwóch miesiącach, gdy kurs dolara wzrośnie, a cena w lirach się nie zmieni, wartość spada do 3,5 USD itd. Dlatego ceny są zwykle niższe, niż podaje to przewodnik. Co pewien czas jednak następuje podwyżka cen, by dogonić wartość dolara i można być niemile zaskoczonym. Gdy znajomi pytają nas: "kiedy najlepiej wybrać się do Turcji?", my odpowiadamy: "najlepiej na dwa miesiące przed podwyżką".

Ponieważ dolar jest dla Turków wartością bezwzględną, często udaje się zapłacić mniej, jeśli płaci się w zielonych. Wymaga to jednak posiadania bardzo drobnej gotówki.

Ceny hoteli, transportu i wstępów podaliśmy powyżej. Posiłek w restauracji dla jednej osoby mieści się w granicach 3 USD. Bułka kosztuje 0,16 USD, serek topiony (250 g) ok. 2 USD, tyle samo kilogram brzoskwiń. Kilogram czereśni lub dwie litrowe butelki wody nie powinny przekroczyć dolara.

Syria: stabilny kurs państwowy 1:45, czarnorynkowy 1:50. Taniej niż w Turcji, szczególnie jeśli chodzi o owoce i transport. Za dolara można zjeść kebaba, za trzy kupić dużego pieczonego kurczaka.

Jordania: stabilny kurs państwowy, w którym za 1 USD dostaje się 0,708 dinara. Brak czarnego rynku. Ceny porównywalne z tureckimi, jednak dużo drożej jest w znanych centrach turystycznych. O szoku cenowym w Jordanii i naszych zmaganiach z tubylcami pisaliśmy wcześniej.

Podsumowanie

Wyprawa do Turcji, Syrii i Jordanii może być zrealizowana nawet przez najmniej doświadczonych globtroterów. Najlepszymi przewodnikami wciąż pozostają wydawnictwa Lonely Planet. Przydaje się również mały słowniczek polsko- turecko- polski, ponieważ Turcy często nie znają angielskiego. Na migi rozmawia się jednak równie przyjemnie.

Wszystkich przestrzegamy przed korzystaniem z polskiego przewodnika wydawnictwa Pascal. To, co wydali, miało być tłumaczeniem Lonely Planet. Jednakże na pierwszy rzut oka widać, że tłumacz nie zna miejsc, które opisuje. Jego nieznajomość przedmiotu doprowadza do sytuacji, w których przy zdaniach silnie złożonych błędnie określony zostaje podmiot wypowiedzi. Bzdura goni bzdurę. Strona merytoryczna również zawiera mnóstwo błędów rzeczowych. Przewodnik wydany jest "na odwal", na pewno nie po to, by komuś przydał się na trasie. Mapki niektórych miast z pewnością pochodzą z kosmosu. Wyrzuciliśmy go do kosza po kilku dniach podróży.