Grzegorz Bywalec
Od Abu Simbel
do Synaju,
czyli miesiąc w
piaskownicy
Rejsowy autobus Katowice-Stambuł wiezie mnie do Turcji. Nie mam konkretnego planu podróży. Z doświadczenia wiem, że realizacja konkretnych planów jest czasami męcząca, czasami niemożliwa, a czasami wręcz nudna. Więc jadę. Kierowca szaleje, handlarze piją stając się coraz bardziej wulgarni i agresywni, a ja palę papierosa za papierosem. Siedzę z Piotrkiem. Piotrek jedzie do Egiptu. Powiedział rodzicom, że jedzie z grupą i tylko dlatego pozwolili mu jechać. Pożyczyłem od niego "Kairskie ABC" Kazimierza Dziewanowskiego - świetna książka, którą polecam każdemu udającemu się do Egiptu. Pomimo iż jest starsza ode mnie, jej aktualność jest zdumiewająca. W sposób bardzo interesujący pozwala poczuć atmosferę współczesnego Egiptu, który przede wszystkim mnie interesuje. Wreszcie Stambuł. Następnego dnia Piotrek idzie szukać promu do Egiptu, a ja konsulatu egipskiego, co zajmuje mi kilka godzin z powodu złego oznaczenia ulic. W konsulacie dowiaduję się, że czas oczekiwania na wizę wynosi dziesięć dni. Czy w którymś z portów egipskich można otrzymać wizę - tego w konsulacie nie wiedzą, wiedzą natomiast, że raczej" można dostać wizę na lotnisku. Słowa raczej", prawdopodobnie", chyba tak", należą do gatunku tych słów, które wprowadzają nerwową atmosferę. Jestem sfrustrowany, tym bardziej, że Piotrek nie znalazł promu, bo ponoć takowych ze Stambułu do Egiptu nie ma. Podróże jeśli czegoś mnie nauczyły, to na pewno tego, że "chytry dwa razy traci". Pomimo niechęci Piotrka wieczorem jesteśmy już na lotnisku z biletami w rękach. Niecałe dwie godziny lotu, pięć godzin spóźnienia i wreszcie lądujemy w Kairze. Za piętnaście dolarów bez jednego słowa otrzymuję dwa znaczki i stempel, czyli wizę. Wymieniam szybko kilka dolarów na egipskie funty (2) i z ulgą w sercu przechodzę przez kontrolę paszportową. Ciekawi świata szybko opuszczamy lotnisko w towarzystwie trzech napotkanych w samolocie Amerykanów, dwóch ślicznych Norweżek i tłumu nachalnych taksówkarzy. Wszyscy ładujemy się do jednej taksówki (bo wsiadaniem nie można tego nazwać) i jedziemy szukać hotelu. Pomimo środka nocy jest gorąco, wszędzie czuje się kurz i nawet otwarte okna wiele nie pomagają. Moje zadowolenie jest tak wielkie, iż razem z radiem próbuje nucić arabską melodię, co spotyka się z niezadowoleniem kierowcy: - to jest Koran - spokojnym, ale stanowczym głosem mówi kierowca. Przeprosiłem. Nie było łatwo, ale z pomocą kierowcy udało nam się znaleźć bardzo przyjemny hotel (3).
Nie śpimy długo zbudzeni przez piejące koguty i szum bazaru znajdującego się przed naszym oknem oraz nawoływania muezina spotęgowane głośnikiem usytuowanym w pobliżu hotelu.
Uwielbiam bazary. Oprócz możliwości zrobienia zakupów są one miejscem, w którym bardzo dobrze poznać można mentalność mieszkańców danego kraju, ich zachowanie, poglądy i zwyczaje. W Kairze jest wiele bazarów począwszy od małych, kilkustraganowych, zajmujących niewielką część ulicy, skończywszy na wielkich, znanych i uczęszczanych przez ogromną ilość ludzi. Bazarem Chan El Chalili w dzielnicy El Muski można być oczarowanym. Jest to nie tylko największy bazar Egiptu, lecz także całej Afryki. Ogromny obszar, wąskie uliczki, tłum cały czas rozwrzeszczanych ludzi, niesamowita ilość najróżniejszych towarów, egzotyczne zapachy - wszystko to powoduje, że człowiek jest pod niesamowitym wrażeniem. Niektórym się tu podoba, są wręcz zachwyceni, dla innych jest to miejsce okropne, do którego nigdy nie wrócą i będą się starali szybko o nim zapomnieć. Towarów jest tu mnóstwo, począwszy od tandetnych pamiątek, a skończywszy na wspaniałej biżuterii i pięknie wykonanych wyrobach ze srebra i złota. W krajach arabskich handel jest sztuką, sztuką doprowadzoną do perfekcji, niekiedy sztuką dla sztuki. Arabscy sprzedawcy zapraszają klientów do środka, częstują napojami, zapewniają o najwyższej jakości swoich towarów przy super atrakcyjnej cenie, wychwalają nasz ubiór, wygląd, zachwycają się pięknem naszego kraju, chociaż nie bardzo potrafią wymówić jego nazwę, kilkakrotnie opuszczają cenę towaru rozpaczając, że wiele na tym tracą itd. Gdy jednak coś kupisz, a sprzedawca jest nadal uśmiechnięty, nie oznacza to nic innego jak to, że zrobiło się nie najlepszy, a często wręcz fatalny interes. Jeżeli cudzoziemiec przejdzie przez Chan El Chalili nie wchodząc do żadnego sklepu, to chylę przed nim czoła. My wchodzimy wszędzie, rozmawiamy ze wszystkimi, a często nawet coś kupujemy. Ja - między innym - pięknie zdobioną fajkę wodną i kilka opakowań tytoniu. (9) Będąc wielokrotnie na Chan El Chalili nie sposób ominąć najstarszej kawiarni Kairu - Fiszaui. Stara, znana, pewnie droga - można pomyśleć. Nic bardziej mylącego. Za kilka funtów można wypić wspaniałą herbatę, jeszcze lepszą kawę i do tego wypalić fajkę wodną. Nawet osoby niepalące mogą bez obawy spróbować, ponieważ dym w drodze do płuc przechodzi przez zbiorniczek z wodą, oziębia się i staje się bardzo łagodny. Mnóstwo starych zdjęć, dzbanków, garnków wiszących na ścianach, pozorny bałagan, koty bawiące się pod stolikami tworzą niesamowitą, bardzo specyficzną atmosferę. Pobyt w Fiszaui jest okazją spotkania wielu inteligentnych i wykształconych Egipcjan. My spotkaliśmy grupę studentów, z którymi przegadaliśmy całe popołudnie. Temat wiodący - kobiety, a jakże. Musieliśmy chłopakom uświadamiać, że ludzie z przysłowiowego zachodu" mają także inne zajęcia niż ciągłe rozwodzenie się, potem znowu pobieranie i tak w kółko. Nie bardzo chcieli nam wierzyć, bo przecież mają lepsze źródło informacji - filmy amerykańskie. (4), (5), (10).
Jedziemy do Gizy. (67) Ta położona na obrzeżach Kairu miejscowość jest chyba najbardziej znanym miejscem na świecie i celem największej liczby różnej maści turystów. I nagle szok. Są piramidy, jest pustynia, słońce, upał, wszędzie pełno Beduinów na wielbłądach. Wszystko jest co najmniej tak, jak powinno być.
Omar zaprasza nas do swojego domu. Omar jest wysoki, dobrze zbudowany, ma olbrzymią, lekko siwiejącą brodę. Nosi galabije jak większość Egipcjan, robi wrażenie uczciwego i sympatycznego. Omar chce na nas zarobić. Jest właścicielem czegoś w rodzaju agencji turystycznej. Wynajmuje wielbłądy, konie, przewodników itp. Dostajemy zimne napoje (tzw. arabian hospitality) i Omar przedstawia nam swoje propozycje. Wybieramy najciekawszą i jednocześnie najdroższą. Zamierzamy zobaczyć Sfinksa, piramidy, a następnie udać się wierzchem do Sakkary. Omar obniża cenę o jedną trzecią, dostajemy przewodnika i zaczynamy podróż. Ja na koniu, Piotrek na wielbłądzie, przewodnik na ośle. Jedziemy obejrzeć z bliska gizyjskie piramidy. Trudno nawet nazwać to jazdą. Wielbłąd idzie w jedną stronę, koń w drugą. Kierowanie jest niemożliwe. Zwierzęta reagują tylko na kij przewodnika. Podjeżdżamy bliżej. Przewodnik znający zaledwie kilka, może kilkanaście angielskich słów mówi nam to są piramidy". Nie wiem, czy ma nas za idiotów, czy sam nim jest. Zatrzymujemy się przy Sfinksie. Miejsce, w którym stoi Sfinks, ogrodzone jest niewysokim płotem i żeby się tam dostać, trzeba kupić bilet. Chcemy wejść do środka, jednak przewodnik mówi nam, że Omar nie dał mu pieniędzy na bilety dla nas. Coś tu nie gra, lecz my nalegamy. Wtedy przewodnik każe nam przechodzić przez płot, zapewniając, że jest to uczciwe i dozwolone. Jest gorąco, sucho, zwierzęta nie chcą nas słuchać, a do tego jeszcze przewodnik próbuje oszukać Omara, co odbija się na nas. Jeszcze nie jest za późno, żeby skończyć podróż i odebrać pieniądze. Stanowczo prosimy przewodnika o powrót. On przerażony momentalnie znajduje pieniądze na bilety do Sfinksa". Jednak jest już za późno. Jesteśmy zdeterminowani i postanawiamy odebrać pieniądze za wszelką cenę. Im bliżej Omara, tym bardziej przewodnik trzęsie się ze strachu i prosi nas o kontynuowanie podróży. Omar, słysząc co się stało, omal nie dostaje szału. Na przemian wyzywa nas i przewodnika, aż wreszcie, widząc że nie ustąpimy, zaprasza nas do środka. Dwie godziny trwa wymiana argumentów, aż wreszcie udaje się, odzyskujemy nasze pieniądze i postanawiamy nigdy więcej nie być tak naiwnym. Zmęczeni, zdenerwowani i - wydawać by się mogło - mądrzejsi idziemy wreszcie oglądać piramidy. Pod Cheopsem" jeden z wielu posiadaczy wielbłądów proponuje nam zdjęcie na wielbłądzie, z piramidą w tle. Nie odczuwamy potrzeby posiadania takiego zdjęcia, a oprócz tego nauczeni niedawnym doświadczeniem wiemy, że taka przyjemność nie jest darmowa. Odmawiamy kilkanaście razy aż do momentu, gdy właściciel deklaruje, że zrobi nam zdjęcie za darmo. Dla świętego spokoju wchodzimy na wielbłąda, Egipcjanin robi zdjęcie i w momencie, gdy wielbłąd pokracznie siada, widzimy słynny gest, który polega na pocieraniu o siebie dwóch palców. - Jak to!!!, przecież miało być bez pieniędzy - krzyczę. - Tak, ale to nie są pieniądze dla mnie tylko dla wielbłąda. Wielbłąd musi przecież coś jeść - odpowiada poważnie właściciel wielbłąda. W pierwszej chwili postanawiam nie płacić. Tłum wrzeszczących naganiaczy i wielbłądników" jest jednak na tyle przekonujący, że nie mam wyjścia. Przecież wielbłąd w końcu musi coś jeść. Dwa razy oszukani, rozczarowani wnętrzem piramid, spaleni przez niemiłosierne słońce, popijając rozgrzaną wodę z sokiem wracamy do hotelu.
Wydostanie się z Kairu pociągiem jest łatwe, chociaż z początku wydaje się być prawie niemożliwe. Dworzec Ramzesa nie jest chyba najprzyjemniejszym miejscem w mieście. Wszystkie napisy w języku arabskim są niewątpliwie atrakcyjne wizualnie, ale w naszym przypadku zupełnie nieużyteczne. Z informacji odsyłają nas z kasy do kasy, a w końcu do informacji. W jednej kasie można kupić bilety tylko na pierwszą klasę, w innej tylko na drugą. Ręczny system rezerwacji powoduje, że kupno biletu staje się bardzo czasochłonne i wymaga żelaznych nerwów. Bilet składa się z kilku odręcznie wypisanych tylko po arabsku papierków, z których nie wiadomo dokładnie nic. (8), (11) Dopiero w hotelu upewniamy się, że nasze bilety są rzeczywiście na odpowiedni dzień i godzinę. Pociąg jest chyba jedynym miejscem, w którym naprawdę mogę odpocząć. Wreszcie nie jest mi za gorąco, wreszcie nie ma komarów, wreszcie można spokojnie spać, tzn. prawie można. Na końcu i na początku wagonu wiszą telewizory, które są nie lada atrakcją dla egipskich podróżnych. Włączony na cały regulator egipski kabaret zmusza mnie do zażycia tabletki od bólu głowy. Na szczęście o pierwszej w nocy telewizory zostają wyłączone. Przebudzenie kilka godzin przed Asuanem - to, co zobaczyłem, przechodzi moje najśmielsze oczekiwania. Przyklejam twarz do szyby, bo widok jest naprawdę imponujący. Tak wyobrażałem sobie Egipt, gdy byłem mały, taki Egipt znałem z pocztówek, ze zdjęć, z opowiadań. Nil otoczony wąskim pasem zieleni a dalej już tylko pustynia. Ciągle nawadniane pola uprawne, palmy, małe wioski egipskie, bawiące się w piekielnym upale dzieci.
Ciągłe tłumy natrętnych naganiaczy, sprzedawców pamiątek i wszystkich innych, którzy chcą zarobić na turystach, strasznie mnie męczą. Marzę o miejscu, w którym mógłbym samotnie spędzić chociaż chwilę i zastanowić się nad sobą. Wynajmujemy felukę, żeby przepłynąć na drugą stronę Nilu. Z rozkoszą patrzę, jak mali Egipcjanie kąpią się w rzece, i niewiele brakuje, a poszlibyśmy w ich ślady. Właściciel feluki częstuje nas zaczerpniętą prosto z Nilu wodą. Gdy odmawiamy, przekonani że żartuje, ku naszemu zdziwieniu i przerażeniu jednym tchem wychyla cały kubek. Przybijamy do drugiego brzegu, po czym szybko omijamy wielbłądników" i ruszamy w stronę klasztoru św. Symeona. Chwilę potem Nil i Asuan znikają nam z oczu. Przed i za nami jest już tylko pustynia. Ani jednego drzewa, ani śladu wody, ani śladu człowieka. Cisza. Tylko w oddali charakterystyczne budynki nubijskiej wioski, która ze względu na rozedrgane powietrze sprawia wrażenie nierzeczywistej. Idziemy wolno, nawet nie rozmawiamy. Rozgrzany piasek parzy w nogi. Sandały nie są najlepszym pomysłem. Mamy okazję na moment poczuć się odkrywcami, zapominamy o pieniądzach, przez chwilę nie musimy się z nikim targować, za nic płacić. Oglądamy klasztor i położone niedaleko mauzoleum Agi Khana. Z mauzoleum rozciąga się przepiękny widok na Asuan, a przede wszystkim na Nil i pierwszą kataraktę. Woda kontrastująca z pustynią, ogromna ilość wysepek i wystających z wody głazów, dużo zieleni, pływające feluki z białymi żaglami to chyba jeden z najpiękniejszych egipskich krajobrazów. Schodzimy na brzeg Nilu, gdzie trafiamy na mały bazar. Tu kupuję wspaniałą chłodną wodę, do której dla smaku i uzupełnienia witamin dodaję pomarańczową tabletkę plussszu. Wywołuje to radość dzieci i zdziwienie dorosłych. Przemienienie wody w fantę nie jest tu codziennością. (12), (13), (14).
Najsłynniejszą budowlą asuańską
pomimo swojego młodego wieku jest Wielka Tama - Sadd al Alli. Z jednej strony
katarakta i wąska wstążka Nilu, z drugiej ogromne Jezioro Nasera. I wszystko by
było w porządku, gdyby nie fakt, że trzydzieści lat wcześniej było tu zupełnie
inaczej. Nie było tamy, nie było jeziora. Na południe rozciągała się przepiękna
ponoć kraina - Nubia. Wybudowanie tamy w latach sześćdziesiątych nie wiązało
się tylko z przegrodzeniem rzeki. Trzeba było wybudować elektrownie,
doprowadzić elektryczność na północ, przesiedlić ogromną ilość ludzi oraz
uratować zabytki z terenów zalanych przez wodę. Najsłynniejszymi uratowanymi
zabytkami są dwie świątynie z Abu Simbel, 280 kilometrów na południe od Asuanu
przy granicy z Sudanem. (15) Aby się tam dostać wynajmujemy z grupą Anglików
mikrobus. O wpół do czwartej rano pobudka. Bierzemy prysznic, szybko jemy
śniadanie i przed czwartą schodzimy do czekającego pod hotelem mikrobusu. Jest
jeszcze ciemno, a więc trochę chłodniej i przyjemniej. Jedziemy w umówione
miejsce, w którym codziennie o czwartej rano spotykają się wszystkie pojazdy
udające się do Abu Simbel, by pod eskortą wojska pojechać dalej. Gdy teraz
opowiadam, że jechałem w konwoju pod eskortą wojska, wszyscy patrzą na mnie co
najmniej jak na bohatera. Prawdę mówiąc, ja także inaczej wyobrażałem sobie
taki konwój. Jest to nic innego jak kilku lub nawet kilkunastokilometrowa
kolejka samochodów z czego większość stanowią luksusowe autokary i mikrobusy. Z
tyłu jedzie jeden mały samochód z dwoma żołnierzami, którzy mają nas chronić w
razie niebezpieczeństwa. Wreszcie ruszamy. Po kilku kilometrach kończą się
ostatnie zabudowania i znowu zaczyna się pustynia. Dopiero teraz naprawdę
uświadamiam sobie niezwykłość tego kraju. Pustynia, pustynia, pustynia i Nil,
tak niektórzy to dziwactwo opisują. Tyle tylko, że proporcje są niedokładne, a
nawet mylące. Trzeba by było powiedzieć wielokrotnie pustynia, a potem dopiero
raz Nil. I teraz dopiero widać ogromną ilość piasku. Piasku, który jest
wszędzie, piasku, który zwykło się określać jako pustynię, czyli jako miejsce,
w którym nie ma nic, nic oprócz piasku. Są jeszcze drogi. Jedyne ślady
człowieka na pustyni. A obok, jeśli droga asfaltowa, leżą beczki. Ogromne
ilości beczek po asfalcie. Czasami sobie tylko leżą, innym razem służą jako
blokady dróg ustawiane w poprzek przez żołnierzy. I tylko takie widoki
towarzyszą nam po drodze do Abu Simbel. Zatrzymujemy się kilka razy. Pierwszy
raz żeby sfotografować zapierający dech w piersiach wschód słońca. Następne
postoje związane są ze zmianą kół, które z powodu specyficznych właściwości
gumy podczas upałów pękają nagminnie. Wreszcie po kilku godzinach możemy
obejrzeć dwie położone nad samym Jeziorem Nasera skalne świątynie, które
ogromnym nakładem sił i środków zostały uratowane od zalania. Uratowanie
polegało na przeniesieniu ich 64 metry do góry i 180 metrów w głąb lądu.
Wspaniałe połączenie geniuszu starożytnych z geniuszem naszej cywilizacji.
Być w Egipcie i nie widzieć Luksoru, to tak, jak być w Krakowie i nie zobaczyć Wawelu. Do Luksoru (16) przyjeżdżamy późnym wieczorem i oczywiście musimy znaleźć nocleg. Chodzimy, szukamy hotelu Wenus", który polecił nam znajomy z Asuanu. Podchodzi do nas jakiś facet i pyta skąd przyjechaliśmy i czego szukamy. Odpowiadamy, że z Asuanu i wyjaśniamy nasz problem. Wtedy on mówi, że jest właśnie z hotelu Wenus" i wie o naszym przyjeździe. Niestety nie ma tam akurat miejsca i on uprzejmie zaprowadzi nas do innego (czytaj swojego) hotelu. Dzisiaj nie dajemy się nabrać. Szczególnie zachodni brzeg Nilu jest rajem dla turystów.
We wszystkich zwiedzanych miejscach młodzież z całego świata zachwyca się miejscowością Dahab na Półwyspie Synaj nad Zatoką Akaba. (17) Nie należę do ludzi, którzy lubią morze w znaczeniu plaża". Rzadko jeżdżę nad morze, a na plaży nigdy nie wytrzymałem więcej niż godzinę. Ale Egipt męczy i perspektywa czystego, chłodnego morza jest w tych okolicznościach bardzo kusząca. Do Dahab jedzie się z Kairu całą noc, przecinając półwysep Synaj. Panuje tam bardzo przyjemna i serdeczna atmosfera, wszędzie gra muzyka. Ludzie się bawią i nurkują. Nigdy nie myślałem, że pod powierzchnią wody może być tak pięknie. Bardzo słona woda umożliwia nawet niedzielnemu pływakowi utrzymanie się na powierzchni wody bardzo długo. Wypływam na dwie, trzy godziny chociaż z pływaniem nie mam wiele wspólnego. W wodzie można podziwiać setki wspaniałych roślin i ryb w tysiącach kolorów i odcieni, o różnych, nieraz nieziemskich (a właściwie niemorskich) kształtach. Jeżeli ktoś ma pieniądze i czas, może uczestniczyć w kursach dla płetwonurków, wypożyczyć skuter wodny, czy wziąć udział w wycieczce na wielbłądach w głąb Synaju. Jednym słowem zabawa doskonała.
Na zakończenie pobytu w Egipcie postanawiamy wejść w nocy na Górę Mojżesza, gdzie według Starego Testamentu otrzymał on dziesięć przykazań. Do miejscowości Św. Katarzyna jedziemy w nocy. (18) Jest to jedna z tych chwil, w których dziękujesz światu, że żyjesz. Oczywiście pustynia, dookoła żadnych świateł oprócz rozgwieżdżonego nieba, po bokach ciemne kształty gór. Kierowca szaleje na pustej o tej porze drodze, a my jesteśmy jak w transie. Docieramy do Św. Katarzyny skąd piechotą trzeba dojść na szczyt. Droga jest dość prosta, dopiero przy samym wierzchołku robi się przez chwilę stromo. O trzeciej stajemy na szczycie. Do wschodu słońca, który za wszelką cenę chcemy zobaczyć, zostało jeszcze trzy godziny. Kładziemy się spać koło kilkudziesięciu innych turystów. Trochę się boję, że prześpię wschód. Niepotrzebnie. Po godzinie budzę się. W cienkim śpiworze nie może mi być ciepło na tej wysokości (2285 m n.p.m.). Ale to na szczęście tylko kilka godzin drzemki. Wschód słońca jest oczywiście piękny, pstrykają aparaty, ludzie wzdychają, a my, zziębnięci szybko schodzimy w dół, by po godzinie umierać z pragnienia i narzekać na upał. W kraju to odchorowuję. Z powodu zapalenia krtani przez kilka dni milczę. Może to i dobrze.
Garść praktycznych informacji
(Informacje z sierpnia 1997 roku)
TARGUJ SIĘ I NIE DAJ SIĘ OSZUKAĆ"!!! - ważne
1. Najtaniej i najwygodniej można dolecieć do Egiptu węgierskimi liniami MALEW". Bilet grupowy (minimum 6 osób) z Budapesztu do Kairu w obie strony kosztuje około 220 dolarów. Dojazd z Polski do Budapesztu nie powinien przekraczać 1015 dolarów. Ja jechałem przez Turcję, co wychodzi znacznie drożej.
2. Kurs funta egipskiego jest bardzo podobny do kursu złotego, co bardzo ułatwia przeliczanie, i wynosi około 3,33,4 funta za dolara. Wymiany można dokonać w jednym z wielu banków bądź prywatnych punktów wymiany. Posiadacze kart kredytowych mogą być spokojni - bankomatów jest bardzo wiele i są sprawne.
3. W Kairze polecam Hotel Sułtan". Adres: 4 Suk ElTewfik St, Kair tel. 772258. Pokoje 5osobowe, wspólna łazienka (bardzo czysta), kuchnia (możliwość gotowania, lodówka). Bardzo miła atmosfera, międzynarodowe towarzystwo, możliwość zdobycia wszelkich możliwych informacji na dalszą podróż. Ceny: 9 funtów za łóżko i 7 funtów za podłogę (tylko wtedy, jeżeli wszystkie łóżka są zajęte).
4. W bardzo prosty sposób można zarobić 30 funtów. W Egipcie jest bardzo wiele sklepów bezcłowych, w których zakupy mogą robić tylko cudzoziemcy. Możesz iść i kupić dla jakiegoś Egipcjanina kilka butelek alkoholu i trochę papierosów, za co on powinien ci zapłacić około 30 funtów. Zakupów można dokonać tylko raz, ponieważ dostaje się stempel do paszportu. Chętnych do takiej transakcji nie brakuje i z pewnością wiele razy usłyszysz duty free shop". Przed hotelem Sułtan w Kairze cały czas siedzi mężczyzna, który zabiera turystów do sklepu bezcłowego.
5. Jeżeli brakuje ci nadal pieniędzy, możesz statystować w egipskim filmie (najczęściej jako angielski żołnierz). Za dzień statystowania otrzymasz 40 funtów, wodę i jedzenie. Szczegółów dowiesz się w hotelu Sułtan.
6. Jeżeli wybierasz się do Gizy, broń Boże nie bierz taksówki (drogo). Sprzed Muzeum Egipskiego możesz tam dojechać autobusem (0,25 funta) lub mikrobusem (0,5 funta). W Gize, jeśli nie czujesz strasznej potrzeby przejażdżki na wielbłądzie, to lepiej nie jedź. Jest to bardzo nieprzyjemne, trzeba się wykłócać o cenę, a często jakość usługi jest inna niż wcześniej ustalona z właścicielem. Jeżeli już musisz, to nie płać za godzinę więcej niż 10 funtów. Właściciel będzie próbował namówić cię na wycieczkę i wmówi Ci (a ty mu uwierzysz), że wszędzie trzeba kupować oddzielne bilety i tylko wycieczka z nim pozwoli Ci ograniczyć koszty do minimum. W rzeczywistości bilet na teren piramid kosztuje 10 funtów (z legitymacją ISIC), wejście do środka piramidy 10 (ISIC), i do muzeum łodzi Cheopsa 10.
7. Do Sakkary pojedź podobnym sposobem. Najpierw sprzed Muzeum Egipskiego do tzw. "Pyramid Roads" (0.5 - mikrobus, 025 - autobus), a stamtąd przesiądź się na inny autobus bądź mikrobus, za tę samą cenę. W Sakkarze kupuje się tylko jeden bilet wstępu - 10 funtów.
8. W Egipcie wszędzie możesz wyrobić sobie legitymację ISIC", nie będąc nawet studentem. Kosztuje 40 funtów (a pewnie można się targować). Legitymacja ISIC" uprawnia do zniżek we wszystkich obiektach do zwiedzania" oraz w pociągach.
9. Jeżeli chcesz kupić sziszę" (fajkę wodną), udaj się na Chan el Chalili - największy i najstarszy bazar kairski. Tu masz największy wybór. Po targowaniu powinieneś kupić dużą sziszę" za około 3540 funtów. Do tego polecam kupić tytoń jabłkowy. Tu możesz kupić także egipską galabiję za cenę od 10 funtów - zależy od wykonania.
10. Uważaj przy fotografowaniu. Zawsze najpierw pytaj o pozwolenie na zrobienie zdjęcia i oczekuj pozytywnej odpowiedzi za drobną opłatą. Ale najlepiej weź teleobiektyw.
11. Jeżeli podróżujesz wzdłuż Nilu, zdecydowanie polecam pociąg. Egipskie pociągi mają trzy klasy. Pierwszej i drugiej klasy są bardzo komfortowe (klimatyzacja, siedzenia lotnicze, w miarę, a nawet bardzo czysto). Na te pociągi możesz kupić bilet w kasie. Ceny biletów na pociągi nocne są wyższe niż na dzienne. Zawsze kupuj bilet kilka dni wcześniej z powodu braku miejsc. Jeżeli nie uda się kupić biletu, a bardzo zależy ci na wyjeździe danego dnia, bez problemu możesz wsiąść bez biletu i jechać na podłodze. Konduktor sprzeda ci bilet i nie będziesz miał żadnych problemów. Jeżeli nie masz pieniędzy i potrzebujesz ostrych wrażeń - pozostaje ci trzecia klasa. Bilety są czteropięciokrotnie tańsze, a o warunkach w ogóle nie można mówić. Brak drzwi i okien, brak miejsca na nogi i bagaże, smród, bród, masa cały czas gadających ludzi, okropny upał itp. Jako Europejczyk biletu na ten rodzaj pociągu nie kupisz w kasie, lecz musisz to zrobić w pociągu. Przykładowe ceny relacji KairAsuan (około 1213 godzin jazdy) ze zniżką ISIC": 1 klasa - 70 funtów, 2 klasa - 50 funtów, 3 klasa - 12 funtów (płatne w pociągu). Oprócz tego można się poruszać mikrobusami (wielokrotnie gorsze od pociągów 1 i 2 klasy i wielokrotnie lepsze od 3 klasy) za cenę zbliżoną do pociągów 2 klasy.
12. W Asuanie polecam New Abou Simble Hotel. Adres: AswanAbtal Eltahrer St, Behind Aswan Club, Tel: 097/306096. Po targowaniu za 10 funtów na osobę dostałem bardzo czysty, dwuosobowy, klimatyzowany pokój z łazienką i ubikacją, oraz balkonem, z którego jest przepiękny widok na Nil.
13. W każdej większej miejscowości na stacji kolejowej czy autobusowej dopadnie cię tłum naganiaczy podstawiających pod nos wizytówki z informacjami o hotelach. Nie korzystaj z ich usług, ponieważ informacje zawarte na wizytówkach (np. o posiadaniu przez hotel klimatyzacji czy o cenie) są często nieprawdziwe. Jeżeli nie znasz adresu żadnego hotelu, pytaj zagranicznych turystów, których tutaj jest bardzo wielu (nigdy tubylców).
14. Zanim cokolwiek kupisz (jedzenie, picie, pamiątki), w miarę możliwości zorientuj się, ile za podobne artykuły płacą tubylcy i płać tyle samo.
15. Z Asuanu warto zrobić wycieczkę do słynnych skalnych świątyń w Abu Simbel - cena biletu wstępu - 20 funtów. Wycieczka trwająca od czwartej rano do około piętnastej po południu kosztuje 25 funtów, a można się zapisać na nią w większości hoteli w Asuanie (w tym w New Abou Simble Hotel"). Mikrobus rano podjeżdża pod hotel, a po południu odwozi. W drodze powrotnej warto poprosić kierowcę, by na chwilę pojechał na słynną Wielką Tamę Asuańską (wstęp 5 funtów), ponieważ jest to po drodze i pozwala zaoszczędzić kilka funtów. Oddzielna przejażdżka do tamy" wymaga wynajęcia taksówki za około 20 funtów.
16. W Luksorze dobrym rozwiązaniem jest wypożyczenie roweru na jeden dzień (około 5 funtów). Na drugą stronę Nilu (Teby, Dolina Królów) najlepiej przeprawić się promem dla Egipcjan (1 funt), odpływającym sprzed świątyni w Luksorze. Do świątyni w Karnaku jest niedaleko i dwudziestominutowy spacer brzegiem Nilu jest najlepszym rozwiązaniem. W Luksorze trudno mi polecić jakiś hotel. Ja spałem w hotelu Wenus", płacąc 10 funtów za pokój z klimatyzacją i prysznicem (bez ubikacji, brudno). Po zachodniej stronie Nilu jest jedna kasa dla wszystkich znajdujących się tam zabytków (większość biletów kosztuje 10 funtów z legitymacją ISIC).
17. Na zakończenie pobytu w Egipcie wielu turystów udaje się do Dahab - bardzo przyjemnej miejscowości położonej na wschodnim końcu półwyspu Synaj nad Zatoką Akaba. Warto tam pojechać na kilka dni, żeby odpocząć, popływać itp. W Dahab panuje bardzo przyjemna, bezpieczna atmosfera. Wielu zagranicznych turystów, wreszcie normalna muzyka, przyjemne tanie knajpki i to, co chyba najważniejsze - wspaniała rafa koralowa. 5 funtów na dzień kosztuje wypożyczenie maski, rurki i płetw do nurkowania. Klimatyzowany, nocny autobus z Kairu do Dahab kosztuje 75 funtów (najdrożej), a dzienny mikrobus około 30 funtów (najtaniej). O nocleg nie należy się martwić. Znajduje się tam wiele tzw. campów", w których za 5 funtów otrzymuje się nocleg w małych domkach. Ja spałem i dlatego też polecam Auski camp (tel. 002/062/640474).
18. Nocna taksówka z Dahab do Św. Katarzyny kosztuje po targowaniu około 15 funtów i można ją zamówić na campie".
Jeżeli ktoś znajdzie się w Egipcie tak jak ja, tzn. bez zaplanowanego powrotu i zapragnie wrócić do Europy samolotem, najlepszy, tzn. najtańszy (i oczywiście najwygodniejszy), jest o dziwo LOT. Bilet do Warszawy dla studenta do 26 roku życia kosztuje 257 dolarów. Dużo czasu spędziłem na szukaniu taniego połączenia do Europy, wychodząc z założenia, że w Europie to prawie jak w domu i okazało się, że od LOTu tańszy jest tylko bilet na Cypr. Nie ma jak w domu!!!