Monika Witkowska

Fidżi -- Viti Levu

O Fidżi ogólnie

Republika Fidżi to państwo wyspiarskie w rejonie Południowego Pacyfiku, wchodzące w skład Melanezji. Dokładniej -- jest to już półkula południowa, strefa międzyzwrotnikowa, tuż przy linii zmiany daty. Fidżi to dwie duże wyspy: Viti Levu i Vanua Levu oraz 300 małych. Z tych 302 wysp, 105 jest stale zamieszkanych. Wśród około 770 tysięcy obywateli 50% stanowią rodowici Fidżijczycy, 45% zaś Hindusi. Główne miasta to: Suva (stolica), Nadi (tu na ogół lądują samoloty międzynarodowe) oraz Lautoka (ośrodek przemysłowy, słynny zwłaszcza z przerobu trzciny cukrowej). Językiem urzędowym jest angielski, choć w małych wioskach trudno porozumieć się inaczej jak po fidżijsku. Różnica czasowa w stosunku do Polski wynosi +11 godzin. Wagi i miary -- tak jak u nas (system metryczny), ruch drogowy -- odwrotnie niż u nas, lewostronny.

Informacje praktyczne

Jak dostać się na Fidżi

Najtańszy przelot z Polski na Fidżi to wspólna oferta LOT-u i Air New Zealand -- w sezonie: 1455 USD, poza sezonem 1248 USD. Jeśli oprócz wysp Pacyfiku interesuje nas także Nowa Zelandia i Australia -- lepiej wykupić bilet dookoła świata (1635 USD + około 150 USD taxy).

Wiza

Jak jest z wizą na Fidżi nie udało mi się jednoznacznie ustalić. Z informacji uzyskanych w MSZ (Ministerstwo Spraw Zagranicznych, wydział zajmujący się tego typu problemami -- tel. 0-22-623 94 51) dowiedziałam się, że wizę można uzyskać przy wjeździe na teren Fidżi, czyli na lotnisku lub w porcie morskim. Inne źródła (biura podróży wysyłające tam turystów) przekonywały mnie, że bez wizy nie wsiądę do samolotu lecącego na Fidżi. Wersję tą potwierdził później konsulat Fidżi w Sydney i ambasada tego kraju w Wellington. Jeśli więc nie chcemy ryzykować -- lepiej wizę mieć. Nie ma w Polsce ambasady fidżijskiej, w związku z czym mamy do wyboru załatwić wizę drogą korespondencyjną przez ambasadę w Londynie, albo próbować dopełnić tych formalności gdzieś "na trasie". Kontakt na placówkę w Londynie: tel. (0044-171) 5843661 fax 5842838. Ponieważ jest to sposób dość czasochłonny i kłopotliwy (trzeba np. dostarczyć zaświadczenie o niekaralności wystawione przez policję po angielsku) ja próbowałam załatwiać wizę najpierw w Australii. Konsulat w Sydney okazał się nie upoważniony do takich działań, odesłano mnie więc do stolicy, czyli do Canberry, na co nie miałam czasu. Kolejną próbę podjęłam w Nowej Zelandii, w konsulacie Fidżi w Auckland, ale zniechęciłam się po informacji, że mam czekać minimum cztery tygodnie, i to nie wiadomo, z jakim skutkiem. Ostatnie podejście było w stolicy Nowej Zelandii, w Wellington. Wizę miałam już następnego dnia po złożeniu formularza, dwóch zdjęć, opisu trasy i opłaceniu 70 $NZ (ok. 50 USD).

Zdrowie

O ile nie przybywa się z rejonów epidemii, nie ma obowiązku posiadania szczepień przed wjazdem na Fidżi. Jest to kraj nie zagrożony typowymi chorobami tropików, jak np. żółta febra czy malaria. Co do wody -- w dużych miastach i kurortach turystycznych kranówkę uważa się za bezpieczną.

Bezpieczeństwo

Fidżi sprawia wrażenie państwa ogólnie bezpiecznego i faktycznie tak na ogół jest. Jednak, jak wynika z informacji prasowych i narzekań autochtonów, przestępstw różnego typu zdarza się niestety coraz więcej. Najgorszą opinię ma Suva, gdzie odradzane są samotne spacery po zmroku. W wioskach możemy być spokojni -- tam ludzie są bardzo uczynni, życzliwi i uczciwi.

Nie ma też specjalnych niebezpieczeństw, także jeśli chodzi o naturę. Na Fidżi nie występują żadne groźne drapieżniki, jadowite gady czy płazy. Nawet rekiny w oceanie uchodzą za bezpieczne.

Klimat

Większość turystów bardzo chwali sobie klimat Fidżi. Najcieplejszym miesiącem jest styczeń (średnio 30 ° C), ale jest to szczyt pory deszczowej. "Najchłodniej" jest w lipcu --
20-26 ° C i raczej nie pada. Od listopada do kwietnia istnieje ryzyko trafienia na huragan.

Mój pobyt na Fidżi przypadał na pierwszą połowę grudnia. Lało prawie ciągle, zaś szczytem radości było zachmurzone niebo. W efekcie pogoda, błoto i rozmyte drogi uniemożliwiły mi planowany trekking w góry w interiorze Viti Levu.

Formalności lotniskowe

* jak w przypadku każdego państwa wyspiarskiego, także na Fidżi nie można przywozić żadnej żywności, owoców, nasion etc.

* przy wylocie trzeba pamiętać o opłacie lotniskowej = 20 F$

Przewodniki

Moim źródłem informacji był anglojęzyczny przewodnik z serii Frommer`s pt. South Pacific (akurat taki miałam). Dużo bardziej polecam "Fiji -- A Travel Survival Kit" mojego ulubionego wydawnictwa Lonely Planet.

Co zabrać

Wśród standardowego ekwipunku radzę zabrać:

* śpiwór (przydatny w wielu hostelach, gdzie nie ma pościeli, a także w przypadku noclegów w wioskach),

* "coś" przeciwko komarom (co za nachalne stworzenia),

* odzież przeciwdeszczową,

* klapki (na Fidżi są to buty na każdą okazję),

* latarkę (nie wszędzie w wioskach jest elektryczność),

* czego nie brać: ciepłe ciuchy.

Waluta

Walutą jest dolar fidżijski podzielony na centy (1 F$ = 100 cF). 1 F$ = ok. 1,40 USD. Wymienić można wszystkie ważniejsze waluty zachodnie oraz czeki podróżne. Zajmują się tym kantory i banki. W niektórych sklepach można płacić dolarami USA, ale nie jest to regułą. Większość hoteli, wypożyczalni samochodów, lepszych sklepów i restauracji akceptuje karty kredytowe.

Warte zobaczenia

Propozycja oparta na moich doświadczeniach z pobytu na Viti Levu:

Nadi

* świątynia hinduska na obrzeżach miasta;

* bazar warzywno-owocowy w centrum;

* "Shotover Jet", czyli trochę adrenaliny na mknącej z zawrotną szybkością motorówie. Zabawa jest fajna, choć droga (55 F$).

Suva

* muzeum w Thurston Gardens (na obrzeżach miasta) -- broń, ubrania, canoe, ozdoby, przedmioty rytualne i codziennego użytku (np. widelce kanibali); wstęp 3,30 F$;

* ogród botaniczny zw. "Thurston Gardens" -- ładny park; wstęp bezpłatny;

* rezydencja prezydenta (najciekawszy jest żołnierz w spódniczce przy bramie);

* budynki rządowe z zegarem zwanym "Fidżijskim Big Benem";

* bazar w centrum.

Pacific Harbour

* pokazy chodzenia po rozżarzonych węglach (wtorek, sobota o 11.00) lub regionalne tańce (pozostałe dni tygodnia o tej samej porze) -- 18 $F;

* wycieczka łodzią do skansenu, gdzie można zaznajomić się z tradycyjnym miejsowym rzemiosłem -- dodatkowe 18 F$.

Orchid Islands

* dużo ładnych roślinek (można zobaczyć jak rosną ananasy, wanilia etc.), trochę zwierzątek (m.in. śliczna zielona iguana) i ciekawa ekspozycja historyczna (polecam zwłaszcza część o kanibaliźmie); wstęp 9 F$.

Garden of the Sleeping Giant

* tropikalna roślinność, kwiaty, a przede wszystkim mnóstwo pięknych orchidei; bardzo miłe miejsce, zwłaszcza dla tych, którzy kiepsko znoszą upały; wejście: 9.90 F$ (w cenie: pyszny, zimny sok).

Poza tym (albo i -- przede wszystkim) warto znaleźć czas na:

* trekking w góry;

* pobyt w miejscowych wioskach, rozmowy z mieszkańcami;

* zwiedzenie Levuki na wyspie Ovalau -- miasta, które było pierwszą stolicą Fidżi i do dzisiaj nie utraciło swojego XIX-wiecznego charakteru;

* objazd Vanua Levu (druga co do wielkości wyspa, na którą z Viti Levu najtaniej przeprawić się promem);

* nurkowanie; Na Viti Levu najlepsze jest Coral Coast, czyli Wybrzeże Koralowe. Zainteresowanym eksplorowaniem raf koralowych polecam jednak wybranie się na którąś z mniejszych wysp. Wiele miejsc to istny podwodny raj. Można pożyczyć butle i nurkować samodzielnie (pod warunkiem posiadania uprawnień), bądź zainwestować w kurs nurkowy. Tym, których na to nie stać, zostaje tzw. snorkeling, czyli pływanie z fajką i maską.

Transport Lokalny

Najwygodniej jest wypożyczyć samochód. Stawki wynoszą od ok. 20 F$ dziennie za mały samochód + ubezpieczenie 12,50 F$ + 20 cF za każdy kilometr. Taniej będzie, jeśli pożyczymy auto na dłużej.

Wyspę można objechać dookoła lokalnymi autobusami po obwodnicy, której część południowa na odcinku Nadi -- Suva nazywa się Qeens Road, a część północno-zachodnia Kings Road. Kings Road jest zdecydowanie gorzej utrzymana, miejscami nie ma asfaltu, za to biegnie przez typowe tradycyjne wioski. Cała pętla liczy w sumie prawie pięćset kilometrów.

Autobusy kursują często, przy czym niezależnych firm przewozowych jest kilka. Bilety kupuje się w budkach danego przewoźnika na dworcach, albo w autobusie u konduktora.
W pierwszym przypadku płaci się faktyczną cenę biletu wg taryfikatora, w drugim -- to, ile zapłacimy, zależy od humoru konduktora i wrażenia, jakie na nim zrobimy. Ogólnie jednak ceny przejazdów są niskie, tak jak i standard podróży -- za 200 km około 7,5 F$.

Jeśli nie liczyć pociągu przewożącego trzcinę cukrową -- transportu kolejowego na wyspie nie ma. Autostop -- jest możliwy, choć niezbyt popularny. Czasem można złapać ciężarówkę wiozącą do pracy robotników, ale wówczas też się płaci.

Noclegi

W decyzji, gdzie przenocować, pomogą liczne foldery i ulotki dostępne w punktach informacji turystycznej, choćby już na lotnisku.

Kurortów kuszących luksusami, a odstraszających cenami (50-350 F$ na dobę) na Fidżi nie brakuje. Na szczęście są też i mniej kosztowne możliwości. Za łóżko w dormitorium czyli w pokoju kilkuosobowym (4-6 osób), zapłacimy zwykle 5-15 F$. Najtańszym pomysłem na nocleg jest własny namiot, choć campingów, jako takich, właściwie nie ma. Jeśli zyskamy sobie zaufanie lokalnej ludności mamy szansę na spanie w wioskach, w chatach fidżijskich rodzin, darmo, ale upominki są mile widziane.

Co i gdzie jeść

Barów i restauracyjek w miastach nie brakuje. Ceny przystępne, a wybór od wszechobecnych "fish and chips" (ryba z frytkami) po kuchnię hinduską. Nie ma też problemów z zakupami w licznych supermarketach -- ceny porównywalne z polskimi lub niższe. Owoce i warzywa najlepiej kupować na bazarach. Wiele egzotycznych owoców można też zerwać prosto z drzewa.

W wielu hostelach można korzystać z kuchni, ale trzeba na ogół mieć własne naczynia i garnki lub ewentualnie pożyczyć je za opłatą. Jeśli zamieszkamy w wiosce, na pewno punktem honoru naszych gospodarzy będzie nakarmienie nas typowymi fidżijskimi potrawami.

Ceny

Chleb 0,70 $F; ananas 1$F; cola (0,3 l) 0,70 $F; piwo w restauracji 2 F$; autobus z centrum Nadi na lotnisko (9 km) 0,55 F$, autobus lokalny Nadi -- Suva (ok. 190 km, 4,5 godziny jazdy) 7,50 F$; rozbicie namiotu przy hostelu 2,50 F$, noclegi w dormitorium 4-15 F$; wstępy do miejsc wartych zwiedzenia przeciętnie 10 F$; kartka pocztowa 0,30-0,60 F$; znaczek do Polski 0,34 F$.

Trochę wrażeń

Swój pobyt na Fidżi (grudzień 1996) rozpoczynam standardowo w Nadi (czytaj Nandi). Wysiadających turystów wita miejscowy zespół -- faceci w spódniczkach, z kwiatkami we włosach, co, jak później stwierdzę, jest w tym kraju jak najbardziej normalne. Na lotnisku stoi tłum "naganiaczy" hotelowych, wśród których wyłapuję takiego z najtańszą ceną i darmowym transferem na miejsce. W ten sposób docieram do Youth Hostelu na przedmieściach Nadi i godzinę później już mam rozstawiony namiot. Ponieważ rozbiłam namiot pod drzewem mango, a dojrzałe owoce leżą dosłownie wszędzie, objadam się nimi "do oporu". W efekcie już następnego dnia obserwuję u siebie oznaki "mangowstrętu".

Pierwszy dzień spędzam na poznawaniu Nadi i okolic. Wszędzie słyszę: "Bula!", czyli tutejsze "Cześć!". Mimo wcześniejszych obaw, czy Fidżi nie okaże się zbyt skomercjalizowane, stwierdzam, że nie jest tak źle, a turystów prawie nie widać. Sporo czasu spędzam na lokalnym bazarze -- jak zawsze jest to doskonałe pole do obserwacji "tubylców". Zaglądam do świątyni buddyjskiej, a potem idę kilka kilometrów polnymi drogami nad Ocean. Wieczór spędzam z poznanymi Anglikami, którzy zamierzają wykupić pobyt w którymś z luksusowych kurortów na jakiejś okolicznej wysepce i spędzać dni na plaży. To ogólny standard wśród turystów. Ja jednak mam trochę inny pomysł -- dowiaduję się, gdzie na Viti Levu jest najwięcej drogich hoteli, po czym postanawiam... pojechać w dokładnie przeciwnym kierunku.

Nazajutrz zostawiam w hotelowym depozycie (0,50 F$ dziennie) część swego dobytku -- wszelkie książki, ciepłe ciuchy i po długim namyśle -- namiot. Z lekkim już plecakiem jadę do Suvy. Stolica nie robi na mnie specjalnego wrażenia, a po godzinie znam już całe miasto, zaliczam miejscowe muzeum i wreszcie docieram na nocleg w hostelu poleconym mi w informacji turystycznej.

W nocy leje, rano też. Moi współlokatorzy z hotelowego dormitorium (pokoju wieloosobowego) postanawiają, że taki dzień nadaje się tylko do spania. Choć podzielam ich opinię, jednak dzielnie idę na dworzec autobusowy i jadę do Pacific Harbour. Właściwie jakby lekko cofam się w stosunku do swej trasy, ale chcę obejrzeć słynne pokazy chodzenia po rozżarzonych węglach. Wczoraj nie miałam ku temu szans, bo impreza jest tylko dwa razy w tygodniu. Tak naprawdę jest to typowa turystyczna "Cepelia", ale warto to zobaczyć. Inscenizacji podobnego rodzaju jest zresztą tutaj sporo, bardzo ciekawych i dających obraz tradycyjnego tutejszego życia. Przy okazji zaprzyjaźniam się z bileterką z kasy skansenu i w ten sposób zostaję po raz pierwszy zaproszona do miejscowego domu na nocleg. Póki moja nowa znajoma jeszcze pracuje, ja wyskakuję trzydzieści kilometrów dalej do Orchid Island. Jest to inne typowo turystyczne miejsce, z charakterystycznymi dla wyspy roślinkami i zwierzątkami. W jedną stronę zabieram się autostopem, w drugą przez 10 minut nic nie chce się zatrzymać, więc łapię autobus. W wiosce już wszyscy wiedzą, że przyjedzie Polka, z czego moi gospodarze są bardzo dumni. Przedpołudnie następnego dnia spędzam nurkując wśród rafy koralowej, a po południu -- jadę już dalej. Od tej pory cały czas spędzam w lokalnych wioskach -- bogatszych (chaty z telewizorami) i biedniejszych (bez prądu), w różnych częściach wyspy. Wszędzie spotykam bardzo życzliwych, niesamowicie gościnnych ludzi, którzy chcą się podzielić wszystkim co mają. Zastanawiam się, kto jest większą atrakcją -- czy oni dla mnie, czy ja dla nich? Wszędzie jest podobny rytuał -- zostaję przedstawiona wodzowi wioski, potem wszyscy chcą się ze mną przywitać, kobiety ucałować, dzieci wskoczyć na ramiona. Poznaję rytuał picia "kavy" -- tradycyjnego napoju o właściwościach lekko odurzających, wmuszam w siebie dziesiątki papaji, których tak naprawdę nie znoszę, śpię na rozłożonych na podłodze matach. Dni wypełniają mi zabawy z dzieciakami -- uczą mnie pływać na bambusowej tratwie i jeździć na oklep konno. Wieczorami uczę się tradycyjnych tańców i odwiedzam kolejne rodziny. Kiedy po tygodniu takiego życia wracam do Nadi, wcale nie odczuwam tęsknoty za cywilizacją. No, może poza prysznicem, bo w wioskach to urządzenie niespotykane.

Zamykając pętlę wokół wyspy wpadam jeszcze do Lautoki. Miasto jak miasto. Najbardziej interesuje mnie młyn cukrowy, który zamierzam zwiedzić, ale nawet mimo dotarcia do szczebla naczelnego dyrektora próba kończy się fiaskiem (ponoć w związku z remontem zakładu nie mogą zagwarantować mi bezpieczeństwa). Na pocieszenie zwiedzam Giant Sleeping Garden -- oaza spokoju i cienia, gdzie orchideje stanowią główną atrakcję.

Kiedy wracam do Nadi, obsługa znajomego hostelu czeka na mnie z koszykiem mango i ananasów. Miłe, ale zaczynam marzyć o jabłkach... Tym razem nie rozbijam namiotu -- pozwalam sobie na luksus spania w normalnym łóżku. Następnego dnia -- odlatuję z Fidżi. W drodze na lotnisko z plecaka wystaje mi drewniany trzon "cali" -- narzędzia, które jeszcze pod koniec ubiegłego stulecia służyło do łamania karku ofiarom przeznaczonym potem do upieczenia i spożycia. Źegnają mnie uśmiechnięci potomkowie kanibali...

Ż Rozmaitości ze świata  Ż

Ponad 11 tysięcy młodych hinduskich żon w ciągu ostatnich trzech lat popełniło samobójstwo albo zostało zamordowanych z powodu za małego posagu.

Oficjalne statystyki świadczą, że liczba zabójstw kobiet, które nie mają pieniędzy na wypłacanie coraz to nowych datków dla rodziny męża wciąż rośnie.

Instytucja posagów została w Indiach prawnie zakazana w 1961 roku, ale nie spowodowało to większych zmian. Społeczeństwo potępia nie tych, którzy żądają posagów, ale tych, którzy nie płacą. A wypłat żądają wszyscy -- od bogaczy do żebraków.