Ukraina – Rumunia – Bułgaria – Serbia – Węgry – Słowacja – Andrzej Muszyński

Ukraina – Rumunia – Bułgaria – Serbia – Węgry – Słowacja

Andrzej Muszyński

Termin: 2 VII-18 VII 2004
Uczestnicy: Sabina Pałęza, Michał Rokosz, Andrzej Muszyński
Trasa: Kraków – Lwów – Czerniowcy – Suczawa – Mangalia – Warna – Sofia – Belgrad – Subotica – Szeged – Budapeszt – Bratysława – Katowice
Przewodniki: wyd. Bezdroża: Bułgaria, Rumunia, Budapeszt. Polecam – dużo praktycznych informacji. Ubezpieczenie:karta Euro 26

Kończy się rok akademicki i przed nami wakacje. Gdzie? Autostop odpada, bo jest nas trójka, tym samym wykreślamy Europę Zachodnią. Jedziemy na wschód, bo tanio i na południe, bo ciepło. Gdy decyzja została podjęta zabraliśmy się za przygotowania. Lubię spontaniczne akcje, jednakże w kwestii podróży jestem zwolennikiem szczegółowego rozpracowania opcji przejazdów, noclegów czy posiłków, tak by w czasie wyprawy nie tracić czasu, nerwów i co ważniejsze pieniędzy.

Poniższa relacja to w zasadzie wyłącznie informacje praktyczne. Pod opisem, również zawierającym wiele cennych spostrzeżeń, w podtytule „informacje praktyczne” zamieściłem relacje cenowe i inne wskazówki nie wspomniane w opisie. Zaznaczam, że relacji tej nie należy traktować jako wyczerpującego przewodnika, co zajęło by dużo więcej miejsca, a jedynie zapis uwag i obserwacji, stanowiących uzupełnienie tego typu wydawnictw. Wyruszamy – obalamy mity, aktualizujemy informacje i bardzo dobrze się bawimy.

2 VII
O 8.30 wyruszamy z Krakowa osobowym do Rzeszowa skąd dalej już pospiesznym zmierzamy w kierunku Przemyśla, gdzie w godzinach południowych posilamy się, standardowo, tanimi, a dużymi i pysznymi plackami ziemniaczanymi w barze mlecznym tuż przy dworcu kolejowym ( stojąc tyłem do wejścia głównego budynek na wprost). Ostatnie zakupy i pakujemy się w minibus do Medyki.

Piesze przekroczenie granicy przebiega bardzo sprawnie, przesuwamy zegarki do przodu i już jesteśmy po kontroli paszportów, gdy przy samym wyjściu na drodze staje dwóch mundurowych prosząc o paszporty i udanie się do budki. Musimy wykupić ubezpieczenie za 12 hrywien. I zrobiło się spięcie. Jak to, przecież jesteśmy ubezpieczeni w euro 26 i żadnego ukraińskiego nie potrzebujemy, a poza tym obowiązek wykupienia tego ubezpieczenia został zniesiony w 2001 r i ani nam się śni za to płacić.

Po długiej rozmowie, a w zasadzie kłótni, wreszcie oddają nam paszporty, a my wykupujemy ubezpieczenie. Zaznaczam, że nie chodziło o te 12 hrywien, a o zasady. Później upewniłem się jeszcze, dzwoniąc do Konsulatu Polskiego we Lwowie, że obowiązek wykupienia powyższego ubezpieczenia to już sprawa od 2001 roku nieaktualna i że mamy prawo złożyć skargę, ale że owszem, wiedzą że takie sytuacje występują, no ale nic się z tym zrobić nie da.

Już po chwili siedzimy w busie, który z 7.5 hr ma nas przetransportować do Lwowa. Zgadza się – jedzie do Lwowa, tylko nikt nas nie informuje, że czyni to mijając po drodze mnóstwo wiosek cały czas poruszając się lokalnymi drogami, toteż do miasta wleczemy się grubo ponad 2 godziny. Łapiąc busa z granicy do Lwowa, należy pytać czy jedzie autostradą bezpośrednio, co zajmuje o wiele mniej czasu i jest tańszym rozwiązaniem. Po dotarciu na miejsce od razu kupujemy bilety do Czerniowców. Bilet „ plackartny” kosztuje już 19, a nie jak jeszcze niedawno 16 hr. W pociągu szybko zasypiamy. ( można wykupić pościel za 7 hr).

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Waluta:
1 hrywna – 0.75 zł

Przykładowe ceny we Lwowie:
Hot-dog 2.2 hr
Zupa 2.25 hr
Przechowalnia bagaży – 3 hr
Toaleta na dworcu – 60 kop
Bilet tramwajowy 50 kop

Transport:
Kraków – Przemyśl -21 zł ( osobowy do Rzeszowa, skąd dalej pośpiesznym)
Przemyśl – Medyka – 1 zł bus
Szeginia – Lwów – 7.5 hr
Lwów – Czerniowcy – 19 hr

Jedzenie:
W centrum Lwowa, tuz przy Operze, stojąc tyłem do wejścia , po lewej stronie, obok bazaru, jest bar bistro, z charakterystycznymi fioletowymi napisami, gdzie można dobrze i tanio zjeść. Z tyłu budynku koło bazaru jest knajpa, w której za 50 kop można skorzystać z toalety. ( innej w centrum Lwowa nie mogliśmy znaleźć!). Poza tym można się najeść na dworcu, gdzie są dobre punkty gastronomiczne.

3 VII
8.00. Czerniowcy. Jest niedziela, leje z nieba zimnym deszczem. Potrzebujemy wymienić pieniądze, co też po krótkim rozeznaniu sytuacji czynimy u dworcowego cinkciarza ( w pobliżu dworca brak kantoru).

Trolejbusem nr 5 ( można też nr 3) zabieramy się za 40 kop na dworzec autobusowy. Byliśmy przekonani, że z transportem do Suczawy nie ma problemu ( w relacjach i przewodnikach zgodnie pisano o 4-5 autobusach dziennie), dlatego w planie mieliśmy spacer po mieście i przejazd do Suczawy, którą również chcieliśmy zwiedzić. Na rozkładzie widniały godziny odjazdu autobusów: 7.10, 12.25, 15.15, 16.00, ale pani w okienku poinformowała nas, że jeżdżą tylko te o 7.10 i 15.15 ze stanowiska nr 1.Także miast krótkiej przechadzki po tym bardzo ładnym zresztą mieście, przyszło nam spędzić w nim grubo ponad pół dnia. Pytaliśmy również taksówkarzy za ile dowieźliby nas na miejsce, spotkaliśmy się jednak z jednakową odpowiedzią – możemy was zawieźć tylko do granicy ( za 4 dolary). Wprowadzili tam jakieś opłaty typu zielona karta i inne, w związku z czym taksówkarze do Rumunii się nie zapuszczają, a pamiętać trzeba, że nie ma tam przejścia dla pieszych.

O 14.45 siadamy na dworcowej ławce, kiedy to podjeżdża autobus z dużym napisem „Suceava”. Wchodzimy, pokazujemy bilety, po czym…odjeżdżamy o 14.50, 25 min przed godziną wyraźnie umieszczoną na rozkładzie. Takiego przemytu to jeszcze nie widziałem w życiu, polskie draże, przyprawy, kawa i co tylko jeszcze, szmugiel na pełny gaz , w środku zero turystów, sami rumuńscy i ukraińscy amatorzy kontrabandy. W połowie drogi między Czerniowcami a granicą zatrzymujemy się na dobrą godzinę, podczas której wchodzą nowi ludzie z nowym towarem, a po autobusie przechadza się kierowca, któremu wszyscy wręczają odpowiednią sumę pieniędzy na łapówkę dla celników, wreszcie dochodzi do nas wyciągając rękę, krótkie wyjaśnienie – „turisti Polonia” – załatwia sprawę.

3 godziny spędzone na granicy to istny cyrk i sceny idealne dla tvn –owskich „Granic”, dla nas to nerwówka – boimy się że nie zdążymy na nocny pociąg do Mangalii nad M. Czarnym.

W końcu dojeżdżamy do Suczawy, a autobus kończy trasę nie na dworcu autobusowym czy też gdziekolwiek w centrum, lecz na jakimś zapuszczonym parkingu na przedmieściach, gdzie jakiegokolwiek transportu na dworzec kolejowy Suceava Nord ani widu ani słychu. Jakiś facet dzwoni nam po taksówkę, która po chwili się zjawia w postaci starej łady bez jakiegokolwiek oznaczenia sugerującego legalne przewożenie ludzi za pieniądze. Już wiem, że gość będzie chciał sporo zawyżyć stawkę, ale wyjścia nie ma – do pociągu zostało niewiele minut. Siadam i jedziemy najpierw do centrum gdzie wymieniam pieniądze w kantorze ( jest niedziela popołudniu), skąd udajemy się na dworzec. No i tak jak myślałem zaczęła się awantura. Chłop chce od nas 5 euro, tłumaczymy mu dobitnie i coraz głośniej, że chyba jest chory, albo inaczej na zdrowiu podupadł, ten grozi wezwaniem policji, co na nas nie działa, bo widzimy że facet się ślizga na lewo. Z 5 euro schodzimy do 4 dolarów, nie walczymy dalej, jako że już musimy biec kupić bilety, a poza tym gość krzyczał coraz to głośniej podrażniając nasze nerwy i niewielkie zasoby cierpliwości.

Już za chwilę siedzimy w pociągu wiozącym ludzi nad M.Czarne. Napełniamy żołądki, mamy cały przedział dla siebie, więc kładziemy się spać.

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

Waluta:
1 hrywna – 0.75 zł
10 000 lejów– 1.20 zł

Przykładowe ceny:
Zupa grochowa + kiełbasa na gorąco – 6.85 hr
15 min internetu – 1 hr

Transport:
Czerniowcy – Suczawa – 36 hr – autobus
Suczawa – Mangalia – 360 000 lej
Warto wykupić miejscówkę – kosztuje grosze, a latem pociągi. nad morze bywają przepełnione.
Dokładne info o pociągach w Rumunii na stronie www.cfr.ru. Można znaleźć dokładny rozkład i co najważniejsze ceny (kliknąć „timetable”), polecam.
Nie ma żadnych zniżek na karty typu euro 26.

Jedzenie:
Dobra jadłodajnia znajduje się na dworcu autobusowym ( w budynku) w Czerniowcach.

Inne:
W Czerniowcach w niedziele w centrum można wymienić pieniądze. W tym celu proponuje od razu udać się na ul. Główną ( Golawna, w dół za pomnikiem Szewczenki), gdzie można załatwić tego typu sprawy, poza tym jest tam jedyne cafe internet jakie odnaleźliśmy w tym mieście ( idąc w dół od pomnika po prawej stronie).
Na dworcu w Czerniowcach przechowalnia bagaży była nieczynna. Zostawiliśmy plecaki w sklepie z butami w budynku dworcowym.

4 VII
Jest 5 rano, ciepło, pociąg już dalej nie jedzie, czas wysiadać.

Na riwierze rumuńskiej chcemy spędzić cały dzień, planowaliśmy zwiedzić Konstancję, jednakże musielibyśmy wysiąść z pociągu o 3 w nocy, co nie byłoby najlepszym rozwiązaniem, toteż mijając wszystkie nadmorskie „planety” – Jupiter, Jowisz i in. ( niewielkie kurorty nad morzem), dotarliśmy do niewielkiego, a jakże urokliwego miasteczka o nazwie Mangalia. Zabraliśmy się z całym bagażem i szybkim marszem ruszyliśmy w stronę upragnionego morza, oglądając nowe miejsce, które coraz to bardziej nam się podobało. Miasto jest bardzo czyste, z bardzo przyjemną żwirową plażą, co w połączeniu z zadziwiająco dobrze rozwiniętą infrastrukturą sprawia, że przez myśl przechodzi nam pomysł pozostania tu na dłużej. Na plaży jesteśmy przed szóstą i o dziwo zastajemy sporo ludzi, otwarte kawiarnie, czego przyczyną jest pewnie wspaniały wschód słońca, jaki mamy okazję niebawem podziwiać. Po kilku godzinach leniuchowania, zabieramy się do kontynuowania tejże czynności, tyle że zostawiamy bagaże w przechowalni na nowoczesnym dworcu, wymieniamy pieniądze w kantorze (jest niedziela) i przyjmujemy pozycję horyzontalną. Niestety nie zdecydowaliśmy się na kąpiel – woda okazała się niespodziewanie zimna. Później pewien Bułgar uświadomił nas, iż związane jest to z zimnymi prądami przy wybrzeżu rumuńskim, które to w Bułgarii już nie występują.

Około szesnastej robimy ostatnie zakupy i wsiadamy w busa do granicy bułgarskiej tuż za wioską Vama Veche, gdzie mamy zamiar znaleźć miejsce do rozbicia namiotu i następnego dnia z rana przekroczyć granicę. Niestety obszar od wioski do samej granicy okazał się być już strefą przygraniczną i jednocześnie byłym ( przynajmniej tak się wydawało) poligonem wojskowym, toteż nie dziwne, że po niedługim okresie pobytu na dzikiej plaży, zjawiło się dwóch panów w mundurach, na których napisane było „politia de la frontiera”. Jeden z nich mówił po angielsku, tak więc nie miałem problemu ze zrozumieniem, że mamy się stąd wynieść i nie chce nas więcej na oczy widzieć. Pytał, czy aby nie chcieliśmy przekroczyć granicy plażą, na co, jasna sprawa, odpowiadam przecząco. I dalej – co my tu robimy ( o to pytał tak z 7 razy), siedzimy, opalamy się – mówię, ciesząc się w duchu, że nie u, że nie zdążyliśmy jeszcze rozbić namiotu, bo wtedy pewnie wpakowalibyśmy się w ostre tarapaty. Wracając zrobiliśmy koło, przecinając Vama Veche i tam właśnie dotarło do nas dlaczego nasi goście byli aż tak zdziwieni naszym pobytem o paręset metrów dalej – na plaży rozbito oficjalnie mnóstwo namiotów ( mimo tabliczki „no camping”). Ta opcja już odpada w naszym przypadku – mundurowy dzwonił gdzieś długo i powiadomił pracowników na granicy, że dziś ma przekroczyć granicę grupa turystów z Polski ( których wszelkie dane skwapliwie odnotował), tak więc domyślam się, że mógłby zrobić jakieś „halo”, gdybyśmy tego nie uczynili…

Wyjścia nie było, i pół godziny później postawiliśmy stopy na nowym terenie. Granica Vama Veche-Durunkułak to wprost wymarzony wariant i najlepszy sposób przekraczania granicy tych dwóch państw – zero aut, zero ludzi, kantor z dobrym kursem, sklep bezcłowy, jedynym mankamentem pozostaje właśnie znikoma liczba przejeżdżających pojazdów, szczególnie dla turystów niezmotoryzowanych, bowiem do Durunkułaku jest stąd około 5 km, a tam można już liczyć na autobusy i kemping „Kosmos”. My mieliśmy jednak szczęście w postaci autobusu, którego kierowca sam zaproponował nam podwiezienie do wsi. Wysiedliśmy w centrum, niestety niepotrzebnie, gdyż kemping leży nad samym morzem a droga do niego odbija na samym początku miejscowości, tak więc z ciężkimi plecakami maszerujemy pod górę. Dochodzimy do rozstaju i tablica informuje nas że do kemingu pozostało jeszcze… 4 km, i w tym momencie zatrzymujemy samochód, który zawozi nas na miejsce. Jest już szarówka, a do namiotu przeganiają nas gigantyczne chrabąszcze i inne robactwo.

INFO PRAKTYCZNE:

Przykładowe ceny:
Herbata na plaży – 15000 lejów
Kg śliwek – 30 000
Kg arbuza – 20 000
Kg czereśni – 45 000
Kebab – 35 000
Przechowalnia bagaży – 60 000 ( my wyprosiliśmy panią i stargowaliśmy do 30 000 )

Transport:
Z Mangalii kursują często busy za 16000 lejów do granicy mijając po drodze wioski 2 Mai oraz Vama Veche. Widziałem również wiele autobusów do nadmorskich „planet” i Konstancji.

Jedzenie:
W Mangalii znajdziemy wiele punktów gastronomicznych.

Polecam specjał o nazwie „mititei”. Jest to rodzaj mięsa, przypominający kiełbaski, są bardzo smaczne, tanie (jedna 8000) i można się najeść.

Noclegi:
W Mangalii nie ma problemu z noclegiem, w okolicy dworca co chwilę nam go proponowano. Trzeba szukać osób z tabliczkami z napisem „ cazare”. Cena noclegu – 150000 od osoby.

Nie wolno nocować w strefie od Vama Veche do granicy, można się narazić na kłopoty ze strony policji przygranicznej, a w samej wiosce znajduje się miła plaża, na której ludzie bez problemu rozbijają namioty. Jeśli ktoś życzyłby sobie plaży zupełnie dzikiej może spróbować między 2 Mai a Vama Veche.

Już w Bułgarii, w Durunkułaku, znajduje się kemping „ Kosmos”, gdzie przenocowaliśmy za 10 lewa za 3 osoby + namiot ( trzeba się było targować). Jest to po prostu kawałek pola obok domu wypoczynkowego z barem i miejscami noclegowymi. Jest kilka umywalek, także można się opłukać, poza tym jeszcze jest morze. Miejscowi utrzymywali, że drugi kemping po drugiej stronie wioski, o którym wspominają przewodniki, już nie funkcjonuje.

Inne:
W niedzielę w Mangalii były czynne wszystkie kantory od 9.00. Jest jeden, który otwierają o 8.00 – idąc główną ulicą od dworca w prawo dochodzimy do ronda, które przecinamy i kantor znajduje się na ulicy biegnącej w dół po lewej stronie.

Waluta: W Bułgarii walutą jest lewa.
1 lewa – 2.3 zł ( podrożała, przez długi czas kurs wynosił 1 lewa – 2 zł)

5 VII
Gorące, poranne słońce nie daje nam spać dłużej niż do dziewiątej. Po wszystkich porannych czynnościach ruszamy w upalnym słońcu do centrum wsi. Niestety dziś nas już nikt nie podwozi.

Mijając po drodze rozjechanego, pokaźnego węża, dochodzimy do przystanku autobusowego, obok którego jest knajpa i sklep oraz – dla nas kompletne novum – czeszma. Co to jest czeszma? – to zwyczajna studzienka z kranem z której można bez problemu pić czystą wodę. Ucieszyliśmy się gdy powiedziano nam, że czeszmy spotkać można wszędzie w Bułgarii, co pozwoli nam na zaoszczędzenie pieniędzy, wiadomo przecież, że w takim upale pije się na potęgę.

Na przystanku nie było żadnego rozkładu, toteż pytamy tubylców o najbliższe połączenie z Warną, do której dotrzeć chcemy jak najszybciej, tak aby starczyło nam czasu na spokojne poszukiwania kwatery i dowiadujemy się, że pierwszy autobus odjeżdża dopiero o 13.30 ( 4 lewa ) i to jedynie do Kawarny, leżącej w połowie drogi do Warny. Zasiedliśmy na przystanku i czekamy tj. ja i Michał siedzimy, a Sabina łapie stopa, na co wystarczyło jej nie więcej jak 15 minut. Facet zabiera nas do Kawarny – dość spokojne miasteczko, dużo bloków, nie robi specjalnego wrażenia. Dalej rezygnujemy ze stopa – zależy nam na szybkim dotarciu do Warny, a autobus odjeżdża o 13. ( następny przed 15 ) Po drodze mijamy Bałczik i to miejsce przypada nam do gustu – malownicza okolica, białe domki na stokach, i bezkresne ezkresne morze…

Około 15 dojeżdżamy do Warny, która, uwaga, na pierwszy rzut oka wydaje się ohydnym, nieprzyjemnym miastem, co sprawia, że ogarnia nas niemałe zwątpienie i przez głowę przechodzi myśl czy aby nie czmychnąć dalej na południe… Odrzucamy jednak ten wariant i decydujemy się na szukanie miejsca do spania. Zostawiamy bagaże i zaraz po tym łapie nas na dworcu pewna kobieta proponując nam nocleg – 10 min do morza. Wsiadamy do jej samochodu i … wysiadamy na paskudnym blokowisku, skąd, rzecz jasna, uciekamy czym prędzej w stronę morza, które jak się okazuje oddalone jest o dobre 20 min. Na horyzoncie pojawia się powoli turkusowy kolor morza i pełno kąpiących się w nim ludzi – jest dobrze, znaczy że woda jest ciepła. Okolice plaży to zdecydowanie inna Warna od tej, którą widzieliśmy do tej pory – długa promenada, mnóstwo knajp, dużo zieleni i wakacyjna atmosfera, czyli to czego szukamy. Teraz już nie ma wątpliwości – zostajemy i uderzamy z powrotem na dworzec.

Tam zagaduje nas młody chłopak oferując miejsce w pokoju, który oglądamy po chwili na ulicy Marii Luizy. Jest czysto, schludnie, ba , klimatyzacja, balkon, własna łazienka, a dodatkowo zmęczenie powoduje, że rezygnujemy z dalszych poszukiwań i zostajemy, tym bardziej że zbiliśmy cenę z 40 do 25 lewa za pokój, co wynosi około 20 zł na osobę. Na słonecznej, bułgarskiej riwierze zostaniemy 8 dni, podczas których prowadzić będziemy wyjątkowo wakacyjny tryb życia, związany przede wszystkim z plażą i zabawą.. Poniżej postaram się podać informacje praktyczne dotyczące Warny i okolic.

5 VII – 13 VII – Warna
Dlaczego Warna?

To duże miasto portowe – dużo ludzi, dużo młodzieży, dużo imprez ( patrz dalej ), piaszczysta plaża (nieco zanieczyszczona), ceny niższe niż w innych miastach. My zwiedzanie pragnęliśmy połączyć z zabawą, dlatego wybraliśmy tak a nie inaczej. Odpadają kurorty w stylu Złotych Piasków z horrendalnie wygórowanymi cenami, nie chcieliśmy spędzić czasu w małych, cichych uzdrowiskach, Sozopol, który również wydawał się spełniać nasze kryteria ( przynajmniej z cennych informacji na forum www.bulgaricus.com ), był trochę za daleko na południe.

INFORMACJE PRAKTYCZNE ( Warna + okolice ):

Na dworcu kolejowym w środku kupić można informator o Warnie razem z dobrą mapą ( 2 lewa ).

Kiedy?
Bułgarzy utrzymywali, że nad ich morze najlepiej przyjechać w sierpniu – optymalna pogoda, temperatura wody, najwięcej ludzi, najwięcej zabawy. Trudniej jest zapewne ze znalezieniem noclegu.

Transport:
Do Warny dotrzeć można bez problemu pociągiem np. z Sofii czy Russe, natomiast od przejścia granicznego Vama Veche – Durunkułak nie ma linii kolejowej, można liczyć jedynie na autobusy lub stopa. Mieszkańcy ( na których musieliśmy się zdać w związku z brakiem rozkładu ) twierdzili, że z Durunkułaku odjeżdża autobus o 13.30 jedynie do Kawarny, skąd już częściej kolejne do Warny ( m. in. o 13.00 i 14.45). Po Warnie dobrze się jeździ autobusami ( bilety sprzedaje w środku kontrolerka). Bardzo tanie są taksówki, na których zawsze napisana jest na szybie taryfa ( od 0.35 lewa do 2.8 lewa /km w Złotych Piaskach), tak więc płacimy tyle ile pokaże licznik. Uwaga – Uwaga – jest dużo taksówkarzy, którzy polują na frajerów i bezczelnie oszukują kilkakrotnie zawyżając stawki. Gdy jechaliśmy z Bułgarem, właścicielem pensjonatu od dworca do owego budynku ( około 2 km ) zapłaciliśmy 1 lewa, gdy to samo chcieliśmy zrobić już sami facet zaśpiewał 5 lewa, na co my z jakże wielką satysfakcją odparliśmy co myślimy o jego propozycji ciesząc się, że nie dajemy z siebie zrobić zagubionych obcokrajowców, jak to wiele osób czyni. Wiedzieć trzeba, że wszystkie taksówki mają kolor żółty. Do innych lepiej nie wsiadać.

W czasie naszego wypoczynku kilka razy wybraliśmy się na imprezę do Złotych Piasków.

Wieczorem jeździliśmy autobusami ( około pół godziny ), które kursują często do późna w nocy ( bilet 1.5 lewa ), natomiast rano o 3 – 4 pozostaje wyłącznie taksi, gdyż pierwszy autobus wraca do Warny około szóstej. Taryfy w Złotych Piaskach są chore – 2.5 – 2.8 lewa, widziałem nawet ponad 3, czasem podjeżdżają jednak taksówki z Warny i na nie trzeba polować. My podczas pierwszego wypadu do Złotych Piasków złapaliśmy gościa, który zawiózł nas pod dom za 12 lewa ( na 3 osoby ) i woził już do końca, jako że okazał się uczciwy i zabraliśmy od niego numer telefonu, na który z rana dzwoniliśmy i człowiek ten zjawiał się w ciągu 15 min. Oto on: Taxi Emo – 0888859276. Warto znać język rosyjski i parę słów po bułgarsku.

Noclegi:
Najlepiej udać się na dworzec kolejowy i tam wypatrywać właścicieli kwater polujących na turystów.

Zauważyłem, że o wiele więcej stoi ich przy wejściu głównym na zewnątrz i wszyscy machają kluczami, dając do zrozumienia że to oni są od noclegów. Poza tym już w czasie naszego pobytu uruchomiono na dworcu biuro kwater, na którym napisano „ noclegi za 7, 8, 9, 10 lewa”. Proponuję zawitać tam na początku. Warto się targować. My przyjechaliśmy w lipcu gdy sezon jeszcze na dobre się nie rozpoczął i to oni starali się o klientów, dlatego też cenę 40 lewa za 3-osobowy pokój zbiliśmy do 25. Podaję adres: hotel rooms „Prestige”, Varna e”, Varna 9000, 35 Maria Luiza, tel. +35952602351 – bardzo ładne mieszkanie, w centrum, blisko plaży, jednak chcę zaznaczyć, że w okresie gdy w nim przebywaliśmy trwał remont, co później stało się już bardzo męczące, szczególnie w godzinach rannych. Poza tym nie warto się spieszyć, radzę spokojnie obejrzeć kilka mieszkań i dopiero podjąć decyzję. Chciałbym podkreślić również, że Warna nie jest miastem z białymi domkami wśród kiści winogron. To duże miasto, z brzydkimi przedmieściami i „wakacyjną rejonem przymorskim”. Żyje przede wszystkim nocą. Jest bezpiecznie. Dla tych szukających urzekających południowomorskich krajobrazów proponuję obrać kierunek na mniejsze kurorty typu Św. Konstancin i Helena ( bardzo blisko Warny ) czy Bałczik. Jeśli ktoś planuje nocleg na dziko koniecznie należy udać się poza miasto.

Imprezy:
Tu kilka informacji dla osób, którzy w wakacje lubią się co nieco zabawić.

W Warnie promenada to jeden ciąg knajp, restaruracji, barów, dyskotek, jednakże – uwaga – zdecydowanie dominuje muzyka bułgarska, która wcale nie musi przypaść do gustu i bardzo rzadko usłyszeć można inne melodie. Z tego powodu warto wybrać się do Złotych Piasków, wypełnionych po brzegi turystami zagranicznymi, pod których gusta dobiera się muzykę. Warto tam zajrzeć – miło wspominamy dyskotekę „Malibu” (choć tutaj hoć tutaj nieco przeszkadzała niska średnia wieku ) oraz Bonkers. Natomiast sobotę obowiązkowo należy zarezerwować dla Warny, kiedy wszystko tętni do wczesnych godzin rannych i kiedy to Warna najbardziej nam się podobała, a w klubach grano głównie zachodnie kawałki. Mimo wszystko w tygodniu sporo miejsc było niemalże pustych w związku z początkiem sezonu, którego szczyt przypada na sierpień.

W Warnie znajduje się mnóstwo lokali i każdy znajdzie coś dla siebie. Miłośnicy fast-foodów mają do dyspozycji Mc Donaldy i inne punkty tego typu. Jeśli chodzi o sieć restauracji „Happy”, to zaznaczam, że nie jest to fast-food, a normalna, bardzo porządna restauracja, gdzie dominują dania obiadowe i w której można dobrze i smacznie zjeść, ale i sporo zapłacić. Tym którzy gustują w konkretnym domowym jedzeniu polecam jadłodajnię – „Trops kyszta”, w której je się po bułgarsku, czyli podobnie do nas – dużo mięs, ziemniaków, sałatek, kiełbas.. I była zdecydowanie najtańsza. Bardzo dobre dania serwują również w „Godzilli”, gdzie zjeść można pyszną pizzę czy spaghetti. Ceny ludzkie. Natomiast nawet największym amatorom fast-foodów odradzam wizytę w „Goody’s” – drogo i wyjątkowo niejadalnie ( Goody’s w Warnie nie spotkaliśmy, jedynie jedynie w Sofii ).

Przykładowe ceny:
Obiad w „Trops kyszta” – zupa – 1.80, danie mięsne – 5, cola – 0.90.
Obiad w „Happy” – danie ryżowe, danie mięsne, szopska sałata, cola – 14.
Przechowalnia bagaży na dworcu – 2 lewa.
Hamburger – 2.
Toaleta na promenadzie 0.50
Wejście do dyskoteki „Malibu” – 2.
Bilet autobusowy w Warnie – 0.50.
Bilet do Akwarium – 2.

Pieniądze:
Z kantorami nie ma problemów – jest ich dużo i większość nie pobiera prowizji, radzę jednak przed wymianą zapytać. Kurs euro (które najlepiej zabrać) – 1.95, podczas gdy w Sofii większość – 1.59 ( bardzo łatwo się pomylić!! ).

Język:
Tu mówi się po bułgarsku, który co nieco podobny jest do polskiego, jednak zdecydowanie łatwiej się porozumieć znając choć trochę rosyjski, poza tym pisze się cyrylicą i jej nieznajomość może nieraz sprawiać sporo kłopotów i stratę czasu.. Z angielskim jest na ogół słabo, chociaż w kilku miejscach spotkaliśmy się z jego znajomością.

Inne:
Informacja ta z pewnością zainteresuje palaczy – w Bułgarii bardzo drogie są papierosy zachodnie – np. Marlboro – 3.5, 3.8 lewa. Pali się przede wszystkim tańsze, rodzime.

13 VII
Wieczorem żegnamy Warnę i odjeżdżamy pociągiem do Sofii.

14 VII Sofia
Około siódmej pociąg zatrzymuje się w Sofii. Zostawiamy plecaki na dworcu i jemy śniadanie w Mc Donaldzie na potężnej dworcowej hali, po czym pieszo zmierzamy w kierunku historycznego centrum.

Generalnie Sofia nie wywarła na nas największego wrażenia, jednakże mnie bardzo utkwił w pamięci widok bardzo szerokich wielopasmowych ulic na tle potężnego z tej perspektywy pasma Witoszy z najwyższym szczytem – Czerni Wirch.

W stolicy Bułgarii spędziliśmy cały dzień, podczas którego kupiliśmy bilety międzynarodowe na trasę Sofia – Dimitrovgrad ( jug. ) i wieczorem wsiedliśmy do pociągu. O praktycznej stronie drogi ze stolicy Bułgarii do Serbii piszę w informacjach poniżej, wspomnieć tu chcę natomiast o kolejnym przemycie jaki mieliśmy okazję obserwować. Tu się szmugluje wszystko począwszy od świec samochodowych po kokainę, której to poszukiwano w całym pociągu, wypraszali wszystkich z przedziałów i czesali wszystkie zakamarki, łącznie z dachem, na który też zaglądali, bo podobno niedawno tam znaleźli jakiegoś Araba z narkotykami i go ściągali za brodę na dół. A kokainę znaleźli w końcu w toalecie. Nas wszystko to bardzo bawiło, cała impreza skończyła się o 3 rano, przesuwamy zegarki o godzinę wstecz, co sprawia, że pośpimy nie 3, a 4 godziny. Dobre i tyle.

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

Przykładowe ceny:
Przechowalnia bagaży – 0.80 lewa
Spaghetti – 2.60 + cola 0.90
Obiad w „Trops kyszta” ( sznycel, ziemniaki, sałata) – 5
Porcja pizzy – 1

Transport:
Rozkład pociągów bułgarskich na stronie www.bdz.bg.

Pociąg Warna – Sofia kosztuje 12.50 lewa, można dokupić kuszetkę za 4 lewa, co bardzo się opłaca, my tego nie zrobiliśmy i cały dzień odczuwaliśmy skutki nieprzespanej nocy. Lepiej wykupić miejscówkę ( bułg. zapazeni mesta ) – tylko 0.50 lewa, a zawsze to lepiej mieć pewne miejsce. Przed wyjazdem na forach internetowych nie zdołaliśmy odnaleźć nikogo, kto przemierzył drogę z Sofii do Belgradu, tym samym musieliśmy kombinować jak przebyć tę trasę jak najmniejszym kosztem.

Bilety kupić należy w biurze międzynarodowych połączeń kolejowych „Rila”, jednak nie do samego Belgradu, a do pierwszego miasta za granicą – Dimitrovgrad za 6.17 lewa. Adresy biura „Rila” w Sofii: Dworzec Centralny oraz na ul. Gurko 5. Strona internetowa: www.bdz-rila.com.

Bułgarska kontrola paszportów miała miejsce gdzieś w polu i w Dimitrovgradzie pociąg stał ok. 25 min., podczas których trwa kontrola serbska i jest czas, by wyskoczyć i w kasie kupić bilety do Belgradu ze zniżką 50% na euro 26, która w Serbii funkcjonuje. Niestety kasa była zamknięta. Nasi towarzysze podróży poradzili nam by dogadać się z konduktorem tj. dać mu w łapę. Dostaje od nas po 1 dolarze za drogę do Niszu, w którym kupujemy już normalnie bilety do Belgradu ( około 15 zł ). Siedzenia rozkładają się całkowicie i można normalnie spać. Gdybyśmy kupili bilety w „Rila” bezpośrednio z Sofii do Belgradu zapłacilibyśmy ilibyśmy 26 lewa. Pociąg, który odjeżdża z Sofii o 20. 50 i w Belgradzie zjawia się o 5.13 jest jedynym połączeniem kolejowym między tymi dwoma miastami. Można wykupić kuszetkę. Kursuje również autobus ( 16 euro ), który odjeżdża z Sofii codziennie prócz niedziel o 16 z Trafik Market ( plac przy dworcu ), a dojeżdża do Belgardu dopiero o godzinie 23, wobec czego trzeba nocować i traci się dzień na podróż. Strona internetowa: www.posoka.com/avtobusi_za_evropa.

Krajowe pociągi bułgarskie dojeżdżają jedynie do Dragomanu, z którego do granicy w Kalotinie pozostaje jeszcze 15 km, także raczej odpada przekraczanie granicy pieszo, a poza tym z Dimitrovgradu ( 6 km od Kalotiny ) do Belgradu odjeżdża tylko jeden pociąg na dobę, właśnie ten którym jechaliśmy…

Informacje o międzynarodowych połączeniach kolejowych można znaleźć również na stronie www.lonelyplanet.com, dalej klikamy „Travel services” i poźniej „ European rail travel”, a następnie „simple tickets”. Strona kolei serbskich: www.yurail.co.yu .

Jedzenie:
Polecam restaurację z bułgarskimi potrawami „ Trops kyszta” ( patrz wyżej ), radzę omijać z daleka „Goody’s”. Poza tym warto wybrać się na „Babski bazar” przy ulicy ul. Stefan Stambołow ze względu na niskie ceny np. owoców. Na hali targowej ( naprzeciw meczetu ) można kupić wszelkie rodzaje słynnych bułgarskich nadziewanych ciastek.

Wymiana pieniędzy:
Na dworcu i w wielu innych miejscach miasta spotkaliśmy się z fatalnym kursem euro – 1.50. Po długich poszukiwaniach udało nam się odnaleźć kantory z normalnym kursem 1.95 – był to exchange office przy ul. Witosza ( na początku, tuż przy Muzeum Historyczno-Archeologicznym, stojąc placami do cerkwi Św. Niedzieli, po prawej ), a także przy Parku Miejskim dokładnie naprzeciw ściany głównej teatru. Konieczna okazała się również wymiana pieniędzy na dinary serbskie, co urosło do sporego problemu, gdyż niezmiernie trudno było znaleźć kantor operujący tą walutą. Po długich staraniach dotarliśmy do kantoru na ulicy Chan Chrum, w którym wreszcie je zdobyliśmy.

15 VII Belgrad, Subotica
5.13. Miasto, na które jeszcze nie tak dawno spadały bomby budzi się do życia. Po śniadaniu ruszamy do centrum, mijając po drodze budynki z potężnymi dziurami po pociskach. To pewnie na pamiątkę.

Miasto żyje jak najnormalniej, ludzie chodzą do pracy, do kawiarni, ale nie wierzę w to, że zapomnieli. To niemożliwe. Spacerujemy. Na placu „Slavija” składamy wizytę w Mc Donaldzie i ul. Kralija Milana zmierzamy w kierunku Kalemegdanu – historycznych ruin górujących nad Dunajem wraz z innymi ekspozycjami, bardzo ładnie położonych wśród parku. Coś jak nasz Wawel.

Po drodze przez przypadek, a raczej pomyłkę wchodzimy na ul. Kneza Mihaila, która okazała się bardzo zadbaną miejską promenadą. Takie belgradzkie Krupówki. Dużo sklepów, knajp, stare, bardzo ładne kamienice – polecam. Spod Kalemegdanu tramwajem nr 11 wracamy na dworzec i kupujemy bilety do Suboticy na północy na 15. 10. Jedziemy i jedziemy, śpimy i jedziemy do 18. 48. Wysiadamy i z plecakami idziemy na rynek. Subotica okazuje się urokliwym miastem z fantastycznym, zabytkowym centrum i bardzo miłą atmosferą. Gdy już nacieszyliśmy oczy i żołądki wsiedliśmy do autobusu miejskiego do małej miejscowości wypoczynkowej – Palić, gdzie udaliśmy się na kemping „De Tour”. Sabina z Michałem zabrali się za rozbijanie namiotu, a ja wybrałem się na wycieczkę krajoznawczą celem namierzenia dworca, z którego mamy dnia następnego ewakuować się do Madziarów. Tak to już bywa z wycieczkami, że lubią się przedłużać, toteż szedłem i szedłem i dojść nie mogłem, ale za to zwiedziłem miasteczko – bardzo czysto, pełno turystów, restauracji, hotelów, ośrodków sportowych, kempingów, a to wszystko przez jezioro, które przyciąga amatorów kąpieli, wędki i sportów wodnych. Spacer do dworca i z powrotem zajął mi ok. godziny, ale przynajmniej zorientowałem się, że rano musimy wyjść 40 min. wcześniej, żeby zdążyć na pociąg. Gdy wróciłem było już ciemno, a Sabina z Michałem myśleli, że znów mi się przytrafiła jakaś przygoda, co było raczej normą podczas tej wyprawy. Idziemy spać. Na zewnątrz jest bardzo głośno, jest impreza, muzyka na cały regulator. Ja nic nie słyszę, bo mam stopery w uszach.

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

Waluta:
1 dinar – 0.6 gr, czyli 10 din – 60 gr.

Przykładowe ceny:

Belgrad:
60 din – przechowalnia bagaży.
20 – 15 min internetu.
130 – śniadanie ( patrz „jedzenie”)
240 – obiad w bistro naprzeciw dworca (po drugiej stronie bulwaru)
schab, ziemniaki, kapusta, zupa, mineralna.
60 – kawa z mlekiem w kawiarni.
100 – mapa miasta

Subotica:
Porcja pizzy – 75 dinarów
Zakupy w supermarkecie – 2 pomidory, banan, czekolada, chleb, 3 pasztety, 3 serki topione, gumy Orbit, mała kawa. – 290 din.

Transport:
Pociąg Belgrad – Subotica – 150 din, ze zniżką na euro 26. Uwaga – kasjerka Michałowi za pierwszym razem nie chciała sprzedać ze zniżką, trzeba tego zażądać pewnie i zdecydowanie.

Jedzenie:

Belgrad:
Jeśli po wyjściu z pociągu o 5 rano myślisz o dobrym śniadaniu i ciepłym mleku, radzę udać się do hotelu Astoria. Wszystkie bary na dworcu oferują dania z grilla, i inne tego typu rzeczy, które o 5 rano nie przeszły by nam chyba przez gardło. Przynajmniej wtedy. Naprzeciw dworca, po drugiej stronie bulwaru znajduje się hotel Astoria, w którym znajduje się szykowna restauracja ( po schodach na dół ) z rozsądnymi cenami. Za 130 dinarów ( ok. 8 zł ) zjedliśmy pyszne śniadanie – omlety, jajecznica, chleb, kawa, gorące mleko. e mleko. Opłacało się, bo od razu poprawiły nam się humory. Dużo punktów gastronomicznych widzieliśmy na ul. Kneza Mihaila.

Subotica:
Przyznam, że chyba nigdy nie jadłem lepszej pizzy jak ta na rynku w Suboticy. Do tej budki ustawiają się kolejki, widać cieszy się dużą popularnością. Po dwóch porcjach byłem najedzony.

Noclegi:
Na dziko bardzo ciężko tzn. w okolicy Suboticy i aż do granicy ciągnęły się non-stop pola z kukurydzą i innymi zbożami. W Paliću znajdziemy dużo kempingów. Najtańszy to „de Tour”, położony w zasadzie jeszcze przed Palićem – ul. Dubrovacka 1. Należy wysiąść z autobusu z Suboticy przed stacją benzynową ( najlepiej zapytać biletera ) i odbić w ulicę odchodzącą na ukos w lewo. Za 3 osoby + namiot zapłaciliśmy 5 euro i 60 dinarów. Trzeba się targować.

Informacja turystyczna:
W centrum Suboticy, na głównej ulicy prowadzącej do rynku znajduje się informacja turystyczna, jaką rzadko można spotkać – masę materiałów, map, albumów, adresów i życzliwa obsługa.

Inne:
Cafe internet i Belgradzie ciężko odszukać, toteż informuję że jest jedna przy placu „ Slavija”.

16 VII Szeged, Budapeszt
Rano o 8.51 odjeżdżamy z Palića do Szeged na Węgrzech pociągiem, który składał się z dwóch wagonów. Zgodnie z planem o 10.27 lądujemy w Szeged i zaczyna się problem z komunikacją z, ponoć bratnim narodem, który nie zostanie rozwiązany aż do opuszczenia tego kraju. Kto by pomyślał że restauracja może się nazywać „etterem” czy jakoś podobnie?

Robimy krótki wypad na miasto, podczas którego wymieniamy pieniądze i mamy czas zgodnie stwierdzić, że to bardzo ładne i przyjemne miasto. O 13.20 ruszamy do stolicy, w której meldujemy się o 15.58 i jedziemy na kemping „Csilleberc”, gdzie się rozbijamy, myjemy i około 20 wyjeżdżamy na nocną przechadzkę po mieście.

Wychodzimy na Górę Gellerta, z której roztacza się wspaniała panorama pięknie oświetlonego Budapesztu. Naprawdę warto.

17 VII Budapeszt, Bratysława
Rano zwijamy obóz, zostawiamy plecaki na dworcu Nyugati i urządzamy sobie dość długi spacer zaplanowaną wcześniej trasą, tak by nie ominąć największych atrakcji. Na koniec wędrówki Michał z Sabiną odwiedzają jeszcze Muzeum Terroru, które robi widać na nich spore wrażenie, bo po wyjściu mówią dużo i głośniej niż zwykle, a ja zaglądam do cafe internet, żeby upewnić się co do połączenia ze Sturovem i godzin odjazdu „Batorego”. Dokonuję odkrycia, że „Batory” przez Sturovo już nie jeździ, tylko przez Komarno. Z Nyugati zabieramy plecaki i jak najszybciej staramy się dostać do Keleti. Nie jest to łatwe, bo akurat nieczynne jest metro na tym odcinku. Na Keleti okazuje się, że pociąg do Komarom odjeżdża z Deli, więc biegiem dalej. Pociąg odjeżdża o 17.25, my przed kasą pojawiamy się tak o 17.17 a kolejka długa jak rzadko. Prosimy jedną studentkę węgierską, żeby kupiła nam 3 studenckie i zdążamy na pociąg. Aż sobie zdjęcie z biletami zrobiliśmy. Pociąg się spóźnia i miast o 19.11, przybywamy na miejsce na 19.25 i niestety na „Batorego” już nie zdążymy. Nie ma szans. Spokojnym krokiem zmierzamy na Słowację i dworzec kolejowy. To już Komarno. Nawiasem mówiąc na nazwę tego miasta zwróciłem uwagę dopiero wtedy, jak tak zostałem pogryziony przez komary, że nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Jak już się miejscowość nazywa od komarów to już jest koniec świata. Gryzą na potęgę. Na dworcu kolejna kolejna niespodzianka – zastaliśmy sytuację, kiedy nic nigdzie nie jedzie. Pierwszy pociąg do Bratysławy po 3 nad ranem, podejmujemy więc decyzję że przekimamy na dworcu – pusto, czysto, w sam raz. Pani w kasie sprowadza nas jednak na ziemię mówiąc, że dworzec zamykają o 23. Nie wiadomo czy się śmiać czy płakać. Wybraliśmy jednak to drugie, z tym że Sabina dostała czegoś w rodzaju panikarskiego śmiechu, bardzo intensywnego i takiego na pograniczu szaleństwa. Jest to zjawisko rzadkie, ja przynajmniej nigdy tego nie widziałem i bardzo mnie zaciekawiło. Trochę próbujemy łapać stopa, ale bez rezultatu, postanawiamy więc, że przesiedzimy do 3 na stacji benzynowej, ale wcześniej idziemy wszyscy jeszcze raz na dworzec sprawdzić dokładnie godzinę odjazdu pociągu i widzimy, że przy stanowiskach autobusowych stoi spora grupa ludzi tzn. na coś ewidentnie czekają. Podchodzimy i już wiemy, że lada moment odjeżdża autobus do Bratysławy. Zaraz podjeżdża kolejny do Popradu. Szkoda, że nie powiedziała nam o tym kasjerka. Może nie wiedziała, bo to prywatne przewozy.

W stolicy jesteśmy przed północą i udajemy się na Starówkę, gdzie spędzimy czas do samego rana.

Jest bardzo późno i jesteśmy bardzo zmęczeni, ale jeszcze jesteśmy w stanie docenić jej niepowtarzalny urok. Byłem pozytywnie zaskoczony.

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

Waluta:
100 forintów – ok. 1.70 zł
Na dworcu w Szeged można wymienić pieniądze jedynie u taksówkarzy – 1000 forintów – 5 euro.
W centrum są kantory, kurs euro – 248, dolara – 200.
10 koron – 1.1 zł

Transport:
Pociąg Palić – Szeged – 125 dinarów. Zniżek brak, bo to pociąg międzynarodowy.

Z Szegedu do Budapesztu pociąg kosztuje 1844 forinty. Oficjalnie nie ma zniżek na euro 26, jednakże, my prosiliśmy węgierskich studentów na dworcach o kupienie nam biletów studenckich i konduktorzy nie robili żadnych problemów. Studenci na Węgrzech mają 67.5 % zniżki – jest o co walczyć! My ze zniżką zapłaciliśmy 599.

Pociąg Szeged – Komarom – 906 ( ze zniżką 294 ).

Z Budapesztu do Polski najlepiej i najtaniej jest dojechać węgierskim pociągiem do Komarom, przekroczyć granicę pieszo i na dworcu słowackim wsiąść do „Batorego”, kupując bilet do stacji Skalite, następnie wykupić przejściówkę do Zwardonia i dalej w kasie do wybranego miasta. „Batory” z Budapesztu do Warszawy obecnie jeździ przez Komarno. Odjazd z Budapesztu – 18.00. Na słowackim dworcu zjawia się o 19.34 i odjeżdża o 19.36. Uwaga – na drogę piechotą z dworca węgierskiego do słowackiego przeznaczyć należy godzinę. Gdyby ktoś nie zdążył, wieczorem odjeżdżają z dworca prywatne autobusy, o 22.06 do Bratysławy (130 koron) i Popradu (400 ).

Szeged:
Z dworca do centrum jeździ tramwaj nr 1, cena biletu 110 forintów.

Budapeszt:
Najlepiej jeździ się metrem i autobusami. Jedyny kłopot to nazwy biletów, dlatego my zrobiliśmy harmonijkę z papieru i na każdej części wypisaliśmy inny typ biletu: „vonaliegy” ( na jeden przejazd,), „atszallojegy” ( z przesiadką, ), „metroszkaszjegy” ( na przejazd do 3 stacji, tańszy ), „metroszakasz-atszallojegy” ( ni więcej niż 5 stacji z 1 przesiadką ), „metroatszallojegy” ( przejazd o dowolnej długości z 1 przesiadką ), pokazywaliśmy kasjerce i wszystko szło sprawnie. Polecam stronę: www.budapeszt.infinity.waw.pl – tam m. in. ceny biletów.

Jedzenie:
W Szeged polecam bistro przy dworcu, gdzie można zjeść „ bableves” – pikantną, zawiesistą zupę fasolową na mięsie (400). Szybko robię się głodny, ale po niej miałem spokój na dobre 4 godziny.

Budapeszt okazał się niespodziewanie drogim miastem. W barach dania bardzo drogie, nie spotkaliśmy żadnego bistro. Znośne ceny oferował Burger King, za 1000 forintów zjedliśmy obfity posiłek. Dobre jedzenie przy rozsądnych cenach serwują w restauracji na kempingu „Csilleberc”, gdzie nocowaliśmy ( duże śniadanie – jajecznica, kawa, kanapki – 460 ). Znaleźliśmy jeszcze restaurację chińską „Kinai bufet” przy Andrassy ut idąc od Deak Ter po lewej stronie przed ul. Nagymezo, w której za 600 –700 forintów można się najeść do syta mięs, ryżu, sosów i napić się węgierskiego wina.

Noclegi:
Wybraliśmy najtańszy – kemping „Csilleberc”. Dojazd – z Moskva Ter autobusem nr 21 do pętli i dalej piechotą ( ok. 10 min ) lub autobusem nr 90 do przystanku „Gyermekvasut”.

Aktualne ceny: namiot – 5 euro, za osobę – 4 euro ( nieaktualne są już ceny podane w przewodniku po Budapeszcie wyd. „Bezdroża” ). Jest położony wśród zieleni na obrzeżach miasta, posiada baseny, boiska, dobrą restaurację.

Inne:
W Budapeszcie też nie można narzekać na nadmiar kafejek internetowych. Ja korzystałem z jednej na Andrassy ut po lewej idąc od Deak ter tuż przed placem Oktogon.

18 VII Powrót do domu
O 4.24 wsiadamy do osobowego do Zliny i momentalnie zasypiamy. W miejscowości Trencianska Tepla budzi nas konduktor i tłumaczy nam zawzięcie, że jak do Polski to najlepiej teraz się przesiąść do pociągu pospiesznego do Zliny i stamtąd wsiąść do pociągu do Cieszyna. Problem w tym, że my ciągle spaliśmy tj. poszliśmy posłusznie kupić bilety, ale ja nic z tego nie pamiętam. W pociągu zasnęliśmy w pół sekundy. Budzi nas konduktorka, ogląda bilety i pyta czemu mamy bilety do Cieszyna, a jesteśmy w Skalite? Przespaliśmy Zlinę, a tak naprawdę to nas już nic nie obchodziło. Pani dostała 20 zł i dała spokój. W Zwardoniu kupujemy bilety do Katowic. W Polsce piękna pogoda. Wcześniej cały czas lało. Ale nie tam gdzie byliśmy.

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

Transport:
Bratysława – Zlina – 248 koron
Dopłata do pospiesznego na odc. Trencianska Tepla – Zlina – 20
Zlina – Ceski Tesin – 86
Zwardoń – Katowice – 10 zł

O 5.50 odjeżdża z Bratysławy pociąg „Góral” do Katowic (12.50), którym przez przypadek jechaliśmy.
Strona kolei słowackich: www.zsr.sk, zniżek na euro 26 nie ma, grupy 6 osobowe mają upust 33 %. (więcej na www.pascal.onet.pl ).

CAŁKOWITY KOSZT WYPRAWY:

Nasz wyjazd trwał 16 dni, podczas których dużo zwiedziliśmy i urządziliśmy sobie prawdziwe wczasy na riwierze bułgarskiej, kiedy to na minimalizację kosztów zwracaliśmy nieco mniejszą uwagę, a kosztowało to każdego: 1250 zł.

Posted in |

  • Witaj w świecie globtroterów!

    Drogi internauto, niezależnie czy jesteś uroczą przedstawicielką       piękniejszej połowy świata czy też członkiem tej brzydszej. Wędrując   z  nami, podróżowanie przestanie być dla Ciebie…

    czytaj dalej

  • Jak polscy globtroterzy odkrywali świat?

    Historia „polskiego” poznawania świata zaczyna się całkiem efektownie. Pierwszy – jeżeli można go tak nazwać – polski globtroter był jednym z głównych uczestników…Zobacz stronę

    czytaj dalej

  • Relacje z podróży

Dołącz do nas na Facebook'u