Mont Blanc – Sebastian Domżalski

Mont Blanc

Sebastian Domżalski

Cały wyjazd trwał 8 dni i odbył się w połowie czerwca 2004. 5 dni spędziliśmy zdobywając Mt. Blanc a pozostałe 3 dni wędrując chodząc po okolicznych górach (m.in. Mer de Glas, okolice Breventu).

Dojazd – Z Polski nie ma bezpośredniego połączenia autobusowego do Chamonix. Można dostać się do Genewy, a później pociągiem lub stopem do Chamonix. Koszt biletu (tam i z powrotem) z Warszawy do Genewy kosztuje około 350 zł. Najłatwiej i najtaniej jest zatem dojechać własnym samochodem.

Koszt naszego wyjazdu wynosił około 600 zł. Właściwie w naszym budżecie znalazły się tylko dwie pozycje: transport (350 zł) oraz jedzenie (250 zł). Część zakupów zrobiliśmy jeszcze w Polsce (około 150 zł) a część wydaliśmy we Francji (100 zł).

12.06.

O 14:30 autobus Eurolines przywozi mnie do samego centrum Chamonix. Tam spotykam dwóch kolegów Darka i Grześka. Każdy z nas przybył z innej części Europy. Ja z Duisburga (Niemcy), Darek z Warszawy, a Grześ już od miesiąca przebywał w Alpach. Na wstępie dowiaduję się, że od tygodnia pogoda w regionie jest słaba, a z powodu dużej ilości śniegu nie działa kolejka podwożąca turystów chcących zdobyć Mt. Blanca. Przez godzinę robimy jeszcze zakupy i czekamy na dwóch Anglików znajomych Grzesia, którzy są na tyle mili i podwożą nas do Les Houches. Koło 16:00 ruszmy na trasę. Pogoda jest mało sprzyjająca, niebo zachmurzone, wieje wiatr, a po godzinie marszu zaczyna siąpić deszcz. Po dwóch godzinach docieramy do torów kolejki zębatej Col de Voza. Idziemy jeszcze 20 min wzdłuż torów i docieramy do Bellevue. Tu znajduje się końcowa stacja kolejki linowej biegnącej z Les Houches. Rozbijamy się tuż przy zamkniętym schronisku, rozpalamy ognisko i jemy kolację. Na dobranoc oglądamy zachód słońca, myjemy zęby i idziemy spać.

13.06

Pobudka wcześnie, bo o 6 rano. Dziś mamy do przejścia kluczowy odcinek trasy. Ma się wyjaśnić, czy uda nam się pokonać zasypane przez śnieg tory kolejki, a przede wszystkim zasypany tunel. Ruszamy. Powoli podnosi się mgła a naszym oczom ukazują się, ukryte wcześniej doliny. Po 1,5 h docieramy do kolejnej stacji kolejki, potem idziemy jeszcze pół godzinny i docieramy do tunelu. Tory są rzeczywiście zasypane, ale udaje nam się przejść. Po drodze spotykamy szefa schroniska. Informuje nas, że schronisko Tete Rousse jest czynne i że będziemy mogli spokojnie się rozbić w jego pobliżu. Około 11:00 docieramy do końca torów Le Nid d’Aigle. Tu już zaczyna się tyle śniegu, że musimy włożyć raki. Teraz mamy do wyboru dwie drogi: granią lub żlebem. My wybieramy to pierwsze rozwiązanie. Droga granią ma przede wszystkim ciekawsza ekspozycję. Co również ważne jest na niej mniej śniegu a o tej porze dnia zaczyna on się topić i staje się grząski. Droga żlebem była by pewnie dużo bardziej męcząca. Około 14:00, po 3 godzinach dochodzimy do schroniska Refuge de Tete Rousse. Na dziś to już koniec wspinaczki. Robimy parę zdjęć, i opalamy się na słoneczku. Wystarcza 20 min, aby spalić sobie ramiona. Szef schroniska pozwala nam się rozbić 50m poniżej schroniska. Pożyczamy od niego łopatę i kopiemy sobie platformę na namiot, do wieczora obijamy się i wsłuchujemy się w schodzące lawiny. Dowiadujemy się, że schronisko Refuge de l’Aiguille de Gouter (3817m) jest jeszcze nieczynne, ale otwarte (czyli będziemy mogli skorzystać z sypialni i kuchni i nie będziemy musieli płacić).

14.06.

Znów wstajemy o poranku (07:00). Postanawiamy zostawić nasz namiot i skorzystać z oferty schroniska. Mamy przed sobą trudny, ale krótki odcinek Grd. Couloir. Okazuje się, że leży na nim jeszcze bardzo dużo śniegu i kamienne lawiny nie stanowią zagrożenia. Problemem jest jednak nachylenie i ekspozycja, która działa na nasza psychikę. Dopiero po 30 minutach decydujemy się na związanie liną (powinniśmy to zrobić zaraz po wyjściu z namiotu). W połowie drogi pojawia się jednak inne niebezpieczeństwo. Na trasie pojawiają się pierwsze poręczówki, niestety większość z nich leży jeszcze pod śniegiem i nie możemy z nich skorzystać. Przed południem docieramy do upragnionego celu. W schronisku rzeczywiście nie ma jeszcze załogi i możemy przenocować za darmo, a co ważniejsze w kuchni znajdujemy gaz. Po obiedzie wybieramy się na krótki (godzinny) spacer. Chcemy obejrzeć naszą trasę przed ostatecznym atakiem. Wracamy, jemy kolację i wcześnie kładziemy się spać, bo jutro czeka nas ciężki dzień.

15.06.

Wstajemy o 3:00. Ubieramy się, jemy śniadanie i około 4:00 ruszamy. Do 4300m (6:00) idzie nam się powoli, ale stabilnie. Niestety przy zejściu z Dome du Gouter łapię lekką zadyszkę i podejście pod Vallota (4362m) przez moją chorobę wysokościową zajmuje nam godzinę. Dobrze, że jesteśmy związani liną, bo chłopaki już dawno by mnie zostawili. Warunki w Vallocie okazują się lepsze niż się spodziewaliśmy. Mimo bałaganu i licznych śmiecie, w kryzysowej sytuacji dałoby się tutaj przespać. Po 45 minutowym odpoczynku ruszamy dalej. Przerwa bardzo pozytywnie wpływa na moją kondycję. Idzie mi się dużo łatwiej choć nadal powoli. Dziś znowu jest bardzo słonecznie. Na koniec mamy do pokonania 20 minutowy spacer ostrą granią. Ekspozycja terenu dostarcza ogromnych wrażeń, z obu stron jest kilkusetmetrowa przepaść. Staramy się nie patrzeć w dół i brniemy na szczyt niczym dobrze naoliwiona maszyna. Przed 9:00 docieramy w końcu na szczyt Mont Blanc (4807m). Dzięki wspaniałej pogodzie mamy przepiękne widoki. Na szczycie spotykamy inne zespoły, które prawdopodobnie wybrały inną drogę na szczyt. Co ciekawe większość z nich ma ze sobą narty. Jak im zazdroszczę, z nartami droga w dół to betka. Nas niestety czeka jeszcze długi spacer do schroniska. Około 09:30 decydujemy się wracać i w trzy godziny docieramy do Vallota. Jemy obiad i odpoczywamy, a w końcu idziemy spać.

16.06.

Około 09:00 zaczynamy nasz marsz. O 11 docieramy do Tete Rousse, zwijamy nasz namiot i ruszamy do Chamonix. Po 30 minutach schodzenia żlebem Daro decyduje, że kawałek trasy zjedzie na plecach. Jako hamulec ma mu służyć czekan. Jak postanawia tak robi. Na początku wszystko wygląda w porządku. W pewnym momencie Daro traci jednak kontrolę nad prędkością i zaczyna się obracać. Na szczęście stok zmniejsza nachylenie i po trzech obrotach Darowi się w końcu zatrzymujemy. Jest oszołomiony, ale chyba cały. Udaje mi się go dogonić i razem docieramy do Grzesia, który urządził sobie postój. Tam Daro zdejmuje polar i okazuje się, że jego koszulka jest cała we krwi. Jesteśmy w szoku. Daro ma w klatce piersiowej dziurę jak po kuli – tylko nie tak głęboką. Prawdopodobnie w ostatniej fazie zjazdu uderzył się czekanem w okolice serca. Czekan trafił na żebro i dzięki temu nie wbił się zbyt głęboko i nie przebił tętnicy podobojczykowej. A co równie ważne nie złamał żebra. Po krótkiej analizie sytuacji, postanawiamy nie wzywać helikoptera i o własnych siłach zejść do Chamoinx. W trzy godziny docieramy do Les Houches, tam udaje się nam złapać stopa. Miła pani zabiera nas prosto do szpitala w Chamonix, gdzie lekarz informuje nas, że pacjent przeżyje i trzeba mu tylko założyć dwa szwy. Tak kończy się nasza wyprawa na najwyższy szczyt Alp.

Mój plecak zawierał:

– spiwór puchowy

– kurtka goretexowa

– polar

– sweter

– koszula z długim rękawem

– 3 podkoszulki (warto wziąć jedną sztukę oddychającej bielizny)

– skarpety (4 grube, 5 cienkich par)

– spodnie polarowe

– spodnie przeciwdeszczowe / przeciwśnieżne

– spodnie długie z odpinanymi nogawkami

– ochraniacze przeciwśnieżne

– czapka polarowa

– szalik polarowy

– cieple rekawiczki – narciarskie

– okulary przeciwsłoneczne (szczelnie zakrywające oczy; na wszelki wypadek warto wziąć zapasową parę)

– latarka najlepiej czołówka

– karimata + alumata (ten zestaw zapewnia większy komfort przy noclegach na śniegu)

– folia NRC = koc ratowniczy

– apteczka

– krem tłusty na zimę (np. Neutrogena)

– krem przeciwsłoneczny (silny filtr)

– kosmetyki (pasta i szczoteczka do zębów)

– menażka / jakieś lekkie naczynie

– sztućce / niezbędnik

– kubeczek

– kompas

– palnik

– butla gazowa

– klapki

– zapałki, zapalniczka

– papier toaletowy

– foliowa kurtka deszczowa (z kiosku ruchu za 5 zł)

– raki

– czekan

– kijki trekkingowe

Jedzenie:

– kilka zupek w proszku, gorących kubków, zupek chińskich – najlepiej bez konieczności gotowania

– 300 gram kuskusu

– 300 gram ryżu

– 7 fixów (sosów bez gotowania) do kuskusu i ryżu)

– kilka konserw mięsnych, ale nie w puszkach (700g)

– kilogram kabanosów

– warzywa suszone (do ryżu)

– plusze + inne minerały do wody

– herbata + mięta

– na śniadania kaszki w proszku dla dzieci np. kaszki bobovity (500g)

– mieszankę suszone owoce, orzechy, rodzynki (najlepiej nie solone, bo te zwiększają pragnienie) (500g)

– czekolada (600g)

– chałwa

Posted in |

  • Witaj w świecie globtroterów!

    Drogi internauto, niezależnie czy jesteś uroczą przedstawicielką       piękniejszej połowy świata czy też członkiem tej brzydszej. Wędrując   z  nami, podróżowanie przestanie być dla Ciebie…

    czytaj dalej

  • Jak polscy globtroterzy odkrywali świat?

    Historia „polskiego” poznawania świata zaczyna się całkiem efektownie. Pierwszy – jeżeli można go tak nazwać – polski globtroter był jednym z głównych uczestników…Zobacz stronę

    czytaj dalej

  • Relacje z podróży

Dołącz do nas na Facebook'u