Uzbekistan – kraina z Baśni 1001 nocy – Ewa Flak, Jarosław Kociel

Ewa Flak, Jarosław Kociel

Termin: 28.08.2009r.-13.09.2009r. (17 dni)

Uczestnicy: Jarek, Ewa, Beata

Trasa lotnicza: Katowice-Kijów (WizzAir), 2 loty 304zł

Kijów-Moskwa, Moskwa-Taszkient (Aeroflot) 4 loty 1045zł

Bilet zakupiony w biurze podróży „Max” w Katowicach, ul. Słowackiego 41

Trasa lądowa: Bytom-Katowice-Kijów-Moskwa-Taszkient-Samarkanda-Shakhrisabz-Bukhara-Urgencz-Chiwa-Nukus-Muinak-Nukus-Taszkient- Moskwa-Kijów -Katowice

Koszt podróży: 2.364zł/os. (z pamiątkami)

Kursy walut: 1USD=1.850UZS na czarnym rynku, a w banku 1USD=1.492UZS

Czas: +4h w stosunku do Polski

Bezpieczeństwo: Uzbekistan jest krajem dość bezpiecznym.

Wizy: aby uzyskać wizę należy wcześniej załatwić poparcie wizowe z agencji

turystycznej. My skorzystaliśmy z www.stantours.com, które kosztuje      27 Euro lub 35 USD. Agencja bardzo szybko załatwiła formalności i po 2 tygodniach listy polecające były w Ambasadzie w Warszawie. Następnie należy zgłosić się w wyznaczonych godzinach w ambasadzie i zapłacić kolejne 70 USD za 15-dniową wizę. Nam pomagali znajomi z Warszawy (Paweł i „szybki Piotrek”), którzy wizy załatwili w ciągu 2 godzin. Placówka znajduje się przy ul. Kraski 21 w Warszawie, jest czynna w poniedziałki, środy i piątki od godz.10.00 do godz. 12.00. Dodatkowe informacje na stronie www.uzbekistan.pl

Język: większość ludzi mówi po rosyjsku,

Pogoda: przez całą wyprawę mieliśmy słońce, temperatura 25-30°C

Elektryczność: 220V, gniazdka jak w Polsce.

Przewodnik: „Central Asia” Lonley Planet,

Koszyk podróżnika: woda mineralna mała- 400UZS, duża-600UZS, coca-cola mała-

750UZS,duża-1.500UZS, lepioszka-200UZS (charakterystyczny dla Azji Centralnej rodzaj chleba), 950UZS-zwykły chleb, mleko 1l-1.800UZS, piwo-od 1.500UZS, wódka-od 2.000UZS, papierosy- od 800UZS, telefon do Polski- 1.140UZS/1 minutę, Internet- 700-1.000UZS/godz., kartka pocztowa-5.000UZS/20szt., znaczki- 250UZS/do Europy (do dnia  dzisiejszego pocztówki nie doszły do Polski), 1 l. gazu na stacji -600UZS

28.08.2009r.-piątek-Bytom-Katowice-Kijów

Dziś rozpoczęliśmy kolejną podróż do kraju pięknie brzmiących nazw: Samarkanda, Buchara, Chiwa. Samolot mieliśmy o godz. 16.25 z Katowic do Kijowa. Po przylocie do stolicy Ukrainy zapoznaliśmy się z lotniskiem i jego okolicami, szukając jakiegoś ustronnego miejsca, gdzie moglibyśmy przeczekać do rana na lot do Moskwy. Zaopatrzeni w gazety, książki i dobry humor rozbiliśmy „cygański” obóz w pomieszczeniu dawnego punktu telegraficznego.

29.08.2009r.-sobota-Kijów-Moskwa

O godz. 8.20 mieliśmy lot do Moskwy. Po półtorej godziny byliśmy na miejscu a ponieważ do kolejnego lotu mieliśmy kilkanaście godzin, zaczęliśmy szukać innego miejsca, gdzie mogliśmy wygodnie i spokojnie przeczekać. Na I piętrze lotniska Szeremietiewo jest kilka restauracyjek, pokoje dla ochrony a między nimi wnęka z hydrantem pożarniczym. Tutaj rozłożyliśmy nasze rzeczy i do godz. 22.25 czekaliśmy na lot do Taszkientu. Na lotnisku jest potwornie drogo, więc radzimy zaopatrzyć się w prowiant, np. zupki chińskie, batony itp. Gorącej wody nikt nam nie odmówił, więc spokojnie można było zaparzyć herbatę lub zupę.

30.08.2009r.-niedziela-Taszkient-Samarkanda

Po 4h lotu byliśmy w Taszkiencie. Spod lotniska wzięliśmy taksówkę za 2 USD i pojechaliśmy na dworzec kolejowy. Tutaj wymieniliśmy pieniądze u cinkciarzy, ponieważ rano banki i kantory były zamknięte. Odbywa się to jak za dawnych czasów w Polsce. Kierowca taksówki wziął nas do swojego samochodu, z bagażnika wyciągnął reklamówkę pieniędzy i zaczęliśmy odliczać w trójkę odpowiednią kwotę. Trwało to bardzo długo, bo mają tylko o nominałach 1000, 500, 200 UZS a wartość pieniądza jest niska. Po wymianie czuliśmy się jak milionerzy, bo wszystkie kieszenie wypchane były plikami banknotów. Potem za portfel służył nam plecak. Kupiliśmy bilety na pociąg ekspresowy do Samarkandy za 12.000 UZS/os. na godz.7.00 a o godz. 10.30 mieliśmy być na miejscu. Pociąg nas zaskoczył wyłożonymi dywanami, czystością, klimatyzacją. Wagon obsługuje prowadnica (blondyna z „walorami”), która serwuje herbatę zieloną i czarną. Odpowiada za porządek, kontrolę biletów, podobnie jak w pociągach rosyjskich. Do Samarkandy przyjechaliśmy bez opóźnień. Spod dworca do centrum miasta pojechaliśmy marszrutką (autobus, busik lokalny) za 300UZS/os. Niedaleko starówki znaleźliśmy hotel „B&B Bahodir” polecany przez LP, za który płaciliśmy po 7USD/os. Hotelik to jeden z tych, gdzie spotykają się turyści z całego świata. W Uzbekistanie baza hotelowa nie jest zbyt bogata, więc zdarzało się, że w tych samych miejscach spotykaliśmy tych samych ludzi. W hotelu poznaliśmy Kasię i Mikołaja, którzy kupili starego Moskwicza 412 i podróżowali po Uzbekistanie. Mieli już za sobą Kirgistan, który przejechali na motorze. W trakcie rozmowy okazało się, że to oni kilka lat temu kupili w Pakistanie ciężarówkę i przyjechali nią do Polski. Oboje są dużymi fascynatami tego kraju i wszystkim go polecają. Teraz pakowali swoje rzeczy i jechali do Buchary a my czekaliśmy na pokój delektując się słodziutkim melonem. Następnie poszliśmy zwiedzać miasto. Większość zabytków znajduje się w pobliżu hotelu, spacerkiem przeszliśmy deptak i zwiedziliśmy Bibi-Khamym Mauzoleum (wstęp 4.200UZS/os, meczet, Bazar Siob. Tutaj spędziliśmy więcej czasu, próbując smakołyków, robiąc zdjęcia, dokonując wymiany pieniędzy 1 USD=1850UZS. Potem poszliśmy na cmentarz (Tomb Propehet Dawid-wstęp 4.000UZS/os.), do którego weszliśmy od strony cmentarza miejskiego. Niedaleko targowiska odjeżdżają marszrutki do Obserwatorium Ulugbek. Przejazd kosztował 300UZS/os. Do obserwatorium poszedł Jarek z Beatą a za wstęp zapłacili po 2.200UZS/os. Na zewnątrz jest pozostałość po ogromnym sekstansie, który podobno nadal bardzo dobrze wyznacza punkty na niebie. Po powrocie do miasta poszliśmy na kolację. Znaleźliśmy restaurację przy głównej ulicy, gdzie prawdopodobnie stołowała się większość mieszkańców miasta. W tym czasie był ramadan, ale nie zauważyliśmy zbytniego przestrzegania obyczajów muzułmańskich jak np. w Iranie. Spróbowaliśmy szaszłyków do tego chleb, sałatki pomidorowej i piwa (tak, piwo w muzułmańskim kraju w ramadanie!!!). Po kolacji poszliśmy w kierunku Placu Registan, na którym stoją monumentalne medresy. Ich zwiedzanie zostawiliśmy na dni następne, a teraz pochodziliśmy wokoło sycąc oczy pięknym oświetleniem i zmieniającymi się barwami. Co jakiś czas zaczepiali nas żołnierze proponując wejście na drugi dzień na minaret za drobną opłatą.

31.08.2009r.-poniedziałek-Samarkanda-Shakhrisabz

Po śniadaniu (wliczonym w cenę hotelu) wzięliśmy taksówkę za 30.000UZS i po 2h dojechaliśmy do Shakhrisabz, gdzie zwiedziliśmy letni Pałac Timura (wstęp 2.000UZS/os.) Niedaleko było wesołe miasteczko, więc skorzystaliśmy z okazji i pojeździliśmy kilka kółek na Diabelskim Młynie, robiąc przy tym kilka ciekawych zdjęć z góry. Jeden przejazd na karuzeli kosztował 1.000/os. Następnie poszliśmy oglądać resztę zabytków, jakie oferowało nam to miasteczko, tj. meczet Kak-Gumas, gdzie wstęp kosztował 2000UZS/os., pozostałości karawanserajów (miejsc, gdzie zatrzymywały się na postój karawany wielbłądów) zamienionych na sklepiki, hotele itp. Zwiedzając miasto próbowaliśmy różnych potraw sprzedawanych na ulicy, np. krokiecików podobnych do indyjskich samos, nawet podobnie nazywanych „somsa”, nadziewanych kapustą, cebulą i małymi kawałeczkami mięsa. Ok. godz. 15.00 wróciliśmy do Samarkandy. Tutaj rozdzieliliśmy się, bo Jarek poszedł na stadion Lokomotiv Samarkand, a ja z Beatą na targ, gdzie zrobiłyśmy zakupy owocowo-warzywne. Wieczorem przygotowaliśmy sobie ucztę i zakończyliśmy dzień wypaleniem fajki wodnej, za którą zapłaciliśmy 5000UZS.

01.09.2009r.-wtorek-Samarkanda-Buchara

Od rana zaczęliśmy zwiedzać Medresy Sher Dar, Tila-Kari i Ulugbek (wstęp 7.400UZS dla cudzoziemców). Miejsce jest piękne, jednak po kilku podobnych budowlach trzeba szukać drobiazgów wyróżniających je. Następnie poszliśmy do Mauzoleum Gur Emir a Jarek poszedł do Rukhobod Mauzoleum. Wróciliśmy do hotelu po bagaże i pojechaliśmy marszrutką do Ulugbek (obserwatorium), skąd odjeżdżają autobusy do Buchary. Kierowcy chcieli nas naciągnąć na biletach twierdząc, że kosztują 10.000UZS, ale po dokonaniu rozeznania wśród miejscowych okazało się, że kosztowały po 5.000UZS/os. Oprócz kilku pasażerów autobus wypełniony był melonami, więc nie zdziwiło nas jak po kilku godzinach zatrzymaliśmy się i kilku mężczyzn zaczęło je wyładowywać. Podczas przerwy zostaliśmy poczęstowani soczystym owocem. Następnie ruszyliśmy w dalszą drogę, ok. 50km od Buchary musieliśmy się przesiąść do marszrutek (w cenie biletu), które dojeżdżały do Bazar Karvon. Stąd ponownie trzeba wziąć marszrutkę do centrum Buchary. Ponieważ było już późno złapaliśmy jakiegoś busika jadącego w kierunku miasta i dowieziono nas niedaleko Ark (pozostałości twierdzy). Stąd piechotą poszliśmy na starówkę, gdzie według przewodnika mieliśmy znaleźć wiele hoteli. My znaleźliśmy przy głównej ulicy hotel „Matluba and Son” przy Aubar 115 za 7USD/os. – sympatyczny rodzinny hotelik. Następnie poszliśmy do polecanego przez wszystkich „Lyabi Hauz”, gdzie znajduje się najlepsza w mieście restauracja. Zamówiliśmy szaszłyki, sałatkę z bakłażanów, sziszę (fajka wodna), piwo i miło spędziliśmy czas na rozmowach z młodymi studentami.

02.09.2009r.-środa-Buchara

Rano ruszyliśmy do letniej rezydencji Emira, ale mieliśmy z tym drobne problemy, bo nie mogliśmy wytłumaczyć po rosyjsku, gdzie chcemy jechać. Uzbecy znali tylko nazwę po swojemu. Każdy podawał nam inny numer autobusu, a te nie chciały się zatrzymywać. W końcu zatrzymaliśmy okazję i kierowca po konsultacjach telefonicznych ze znajomymi zawiózł nas na miejsce. Okazało się, że trzeba ponownie jechać do bazar Karvon, który jest główną arterią komunikacyjną miasta i stąd można łapać następne połączenia. Od bazaru były to 2 km. Sam pałac Emira jest słabym punktem programu i bardzo szybko go zwiedziliśmy. Wracając do Buchary zatrzymaliśmy się na bazarze, oglądając towary, rozmawiając z ludźmi, obserwując handel i codzienne życie. Następnie podjechaliśmy do Twierdzy Ark, którą postanowiliśmy zwiedzić od środka. Okazało się, że w środku nie ma niczego ciekawego, więc poszliśmy na bazary, które mieszczą się w pozostałościach medres i meczetów. Obejrzeliśmy Koloh minaret, Medresa Miry-ouab. Beata kupiła chusty jedwabne po 5USD/szt., a my pocztówki. Szukając poczty, znaleźliśmy stadion FC Buchara, którego mogłaby pozazdrościć niejedna drużyna z polskiej ekstraklasy.

Kolację zjedliśmy w jednej z restauracji w pobliżu Bolo Hauz. Przykładowe ceny: szaszłyk duży w „Lyabi Hauz”-4.500UZS, piwo-2.500UZS, chleb-1.000UZS, trochę nas zdziwiło, że tak mało jest na ulicy straganów z jedzeniem. Można spotkać kobiety z małymi wózkami, pakunkami, gdzie mają pierogi, samosy, ale spodziewaliśmy się atmosfery z Bliskiego Wschodu lub Indii, jednak tutaj jest inaczej.

03.09.2009r.-czwartek-Buchara

Rano pojechaliśmy do Karvon Bazar, skąd marszrutką nr 130 za 600UZS/os.  ruszyliśmy do Bakhautdin Napshband Mauzoleum (wstęp 3.000UZS/os. w przewodniku napisane jest, że wstęp jest darmowy, ale od maja 2009r. pobierana jest opłata od cudzoziemców). Mauzoleum przypominało bardziej zabytek do zwiedzania, niż miejsce kultu. Do meczetu wchodzi się bez chust, w BUTACH!!! Należy zauważyć, że islam w Uzbekistanie jest umiarkowany. Po powrocie do miasta odszukaliśmy Chor Minor, który słynie z czterech minaretów. Jest niewielki, ale bardzo ładny. Po drodze zwiedziliśmy straż pożarną, Ismail Samani Mauzoleum, Chashma Ayub Mauzoleum, Bolo Hauz Minaret, Water Tower. W jednej ze starych medres działa winiarnia, gdzie można za opłatą spróbować lokalnych win. Na pamiątkę na jednym z kramów kupiliśmy do kolekcji instrumentów bębenek doira i koszulę w stylu uzbeckim (z haftami) dla Jarka.

04.09.2009r.-piątek-Buchara-Chiwa

Ok. godz. 11.00 ruszyliśmy do bazaru, skąd busem pojechaliśmy do Urgencz (bilety po 10.000UZS/os.) Podróż trwała ok. 6 godzin a dalej marszrutką za 1.000UZS/os. podjechaliśmy do Chiwy. Tu znaleźliśmy hotel „Otabek” za 7USD/noc. Wieczorem zjedliśmy kolację w jednej z pobliskich restauracji, gdzie skosztowaliśmy szaszłyków, sałatek i piwa.

05.09.2009r.- sobota – Chiwa

Po śniadaniu poszliśmy na miasto, które otoczone jest potężnymi murami z gliny. Stare miasto w większości składa się z medres (zamienionych na sklepiki), meczetów, posiada naprawdę czarodziejski klimat. Zabytki z zewnątrz prezentują się wspaniale, ale w środku są skromniutko wyposażone. Spowodowane to było grabieżczą polityką ZSRR. Wstęp do zabytków kosztował 9000UZS/os. plus 5000UZS za aparat. Bilet obejmował 11 atrakcji, ale do kilku trzeba było dokupić specjalną wejściówkę, między innymi wstęp do minaretu wynosił 2000UZS/os., ale my daliśmy 1000UZS pilnującym strażniczkom. Wejście do minaretu jest strome, a z góry można podziwiać przepiękną panoramę miasta. Następnie obeszliśmy starówkę wzdłuż murów, przyglądaliśmy się mieszkańcom, rzemieślnikom i handlarzom. Po drodze trafiliśmy na targ, gdzie dokonaliśmy zakupów na obiad. Wieczorem zamówiliśmy wycieczkę na pustynię po 23USD/os., gdzie ma nas zawieźć wujek właścicielki hotelu.

06.09.2009r.-niedziela-Chiwa-Pustynia Kuzył -Kum- Nukus

Rano ruszyliśmy na wycieczkę na pustynię. Wspaniały, reklamowany samochód okazał się białą Nexią. Kierowca obwoził nas po pozostałościach potęgi Khorezmu z III-VII wieku. Są to ogromne, gliniane twierdze, które wiele lat temu wyglądem zbliżone były do Chiwy. Obecnie pozostało kilka murów, które poddawane są ciągłej erozji. Naprawdę musieliśmy się nieźle wysilać, aby znaleźć coś do sfotografowania. Poszczególne miejsca nazywały się Ayaz-Qala, Toprak-Qala, Qyzyl-Qala, Guldursun-Qala, Qoy Qyrylghan-Qala, Ayaz Qala Yurt Camp (jurty). W jurtach turyści przyjmowani są śniadaniem a jeśli chcą nocować na pustyni to zapewnione mają wyżywienie i nocleg. My zrezygnowaliśmy z tej formy. Jest to bardziej oferta hoteli dla bogatszych turystów, którzy często mają ją wliczoną w koszt wycieczki jako punkt programu. W drodze powrotnej do Urgencz, kierowca chciał nas wsadzić od razu do autobusu jadącego do Nukus. Nie udało się, więc w Urgencz rozpoczęliśmy poszukiwania przystanku, z którego odjeżdżały marszrutki do Nukus. Na dworcu autobusowym dowiedzieliśmy się, że autobusów nie ma, ale jadą z targu. Podjechaliśmy, więc na targ, ale tu okazało się, że jeżdżą tylko taksówki. Za kurs żądali zdecydowanie za dużo pieniędzy. Po jakimś czasie byliśmy już nieźle zdenerwowani, bo taksówkarze wciąż nas nagabywali a okazało się, że niedaleko stoi busik, który jedzie do Beruni za 2500UZS/os. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że kilka godzin wcześniej tędy przejeżdżaliśmy i byliśmy źli na naszego przewodnika, że nam nic nie powiedział. Z Beruni byliśmy zmuszeni wziąć taksówkę za 9500UZS/os. i po 2 godzinach dojechaliśmy do Nukus. Kierowca podwiózł nas pod sam hotel „Nukus”. Za pokój zapłaciliśmy 9USD ze śniadaniem. Naprzeciwko naszego hotelu w domu weselnym odbywało się uzbeckie wesele, więc poszliśmy w tamtym kierunku. Zaczęliśmy robić zdjęcia nowożeńcom a potem zostaliśmy zaproszeni na imprezę. Powtórzyła się historia z Indii, gdzie wszyscy weselnicy wystrojeni a my jak zwykle w turystycznej odzieży. Posadzono nas przy stole, więc pokosztowaliśmy uzbeckich potraw oraz wódki. Uroczystość zaślubin odbywała się na sali weselnej. Obecna była pani urzędniczka, która udzieliła ślubu. Zostaliśmy nawet przywitani po rosyjsku i angielsku. Potem były tańce a wszystko zostało sfilmowane i sfotografowane.

07.09.2009r.-poniedziałek-Nukus-Muinak

Po śniadaniu pojechaliśmy na dworzec autobusowy, skąd o godz. 9.00 odjeżdża autobus do Muinak. Bilet kosztował 4500UZS/os. Po 3 godzinach byliśmy na miejscu. Miasteczko było przedstawiane jako wymarłe, ale to nieprawda. Wygląda przygnębiająco, szczególnie, bez zielonych drzew. Jednak życie toczy się normalnym torem, dzieci chodzą do szkoły, dorośli pracują. Krajobraz jest pustynny, ale nie ma co się dziwić. Znaleźliśmy jedyny hotel w tym miasteczku, gdzie wynegocjowaliśmy cenę 4USD/os. Potem dopłaciliśmy kilka somów za kolację. Hotel czasy świetności ma już dawno za sobą, ale obecnie utrzymuje się dzięki gazownikom pracującym przy szybach gazowych. Okazuje się, że po katastrofie ekologicznej, jaką było cofnięcie się Jeziora Aralskiego o 150km, w dnie odkryto pokłady gazu, więc jest teraz eksploatowany na szeroką skalę. Po upadku przetwórstwa rybnego i turystycznego ludzie szukają zatrudnienia przy wydobyciu i handlu. Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy obejrzeć zniszczoną przetwórnię konserw rybnych oraz wraki statków, które pozostały na wyschniętym piasku. Robi to duże wrażenie, szczególnie, że statki są ogromne i stoją obecnie na pustyni, którą tworzą muszelki i inne pozostałości dna jeziora. Obeszliśmy wszystkie wraki, porobiliśmy zdjęcia a w drodze powrotnej spotkaliśmy się z Nikołajem Piljajewem, który organizuje eskapady nad Jezioro Aralskie. Wszystko jest załatwiane pół legalnie, więc nie chce, aby robić mu reklamę. Wynegocjowaliśmy cenę za 180USD/3os.

08.09.2009r.-wtorek-Muinak-Jezioro Aralskie

O godz.5.50 przyjechał po nas Nikołaj z kolegą. Rozpoczęliśmy długą i żmudną podróż po „dnie” Jeziora Aralskiego. Ponieważ trasa nie jest zbyt często uczęszczana i ulega zniszczeniu przez ciężkie ciężarówki, podskakiwaliśmy na wybojach jak na trampolinie. Do tego kurzyło się niemiłosiernie, więc całą drogę mieliśmy na twarzach okulary, chusty a po wyjściu z ŁAZ-a, byliśmy ukurzeni jak młynarze. Podróż w jedną stronę trwała 4 godziny. Podjechaliśmy niedaleko linii brzegowej. Jarek chciał się wykąpać, ale wiało i było bardzo zimno. Spróbował wejść do wody, ale zapadł się w gęstą breję, która natychmiast oblepiła mu stopy. Miał wrażenie, jakby zapadł się w mazut. W około nikogo i niczego, na wodzie unosiło się kilka ptaszków, a jezioro coraz bardziej ulega zasoleniu i niedługo będzie drugim Morzem Martwym. Po 2 godzinach postanowiliśmy wracać, aby nie jechać w ciemnościach. Kolejne 4 godziny nie różniły się niczym od poprzednich 4 godzin. Przed wjazdem do miasteczka Nikołaj przyjął zapłatę a pod hotelem panowie dostali jeszcze butelkę wódki na przepłukanie gardła. Należy nadmienić, że ŁAZ miał 31 lat, nie domykały się drzwi a okienka nie miały szybek. W hoteliku pozwolili nam ugotować obiad, zjedliśmy więc pieczone ziemniaki z sałatką wielo-warzywną.

09.09.2009r.-środa-Muinak-Nukus-Taszkient

O godz. 9.00 mieliśmy autobus do Nukus. Pojechaliśmy taksówką za 300UZS do miejsca skąd odjeżdża autobus. Bilet kosztował 4.500UZS/os. Po 3 godzinach byliśmy na miejscu, ale nie dojechaliśmy do dworca kolejowego, więc dalej musieliśmy podjechać marszrutką za 300UZS/os. O godz. 15.06 mieliśmy pociąg do Taszkientu a bilety kosztowały po 31.700UZS/os. Przy dworcu jest kilka małych barów z szaszłykami, więc zjedliśmy obiad. Potem przez 21 godzin tłukliśmy się 1080 km wracając do Taszkientu. Podróż umilaliśmy sobie pogawędkami z Uzbekami, Kazachami wymieniając się wrażeniami na temat naszej wycieczki. Na stacjach kolejowych zazwyczaj stoją „babuszki” z jedzeniem, wiec w czasie drogi można  zaopatrzyć się w coś pysznego.

10.09.2009r.-czwartek-Taszkient

O godz. 12.30 byliśmy na miejscu. Metrem podjechaliśmy do dzielnicy Chorsu, gdzie znajdował się hotel „Hadra” (polecany przez LP). Za pokój zapłaciliśmy po 9USD/os. za potworną norę. Nie polecamy. Pokoje umeblowane w stare graty, brudne, pełno karaluchów -były one tak wielkie, że „porywały dzieci z kołyski”. Łazienka i ubikacja nie miały żarówek a jak kazaliśmy je wkręcić to okazało się, że sanitariaty są tak brudne, że w Indiach mieliśmy czyściejsze. Po awanturze właścicielka zmieniła nam pokój na czystszy, ale i tak poprosiliśmy o proszek do czyszczenia, bo wanna była brudna jak chlew. My mieliśmy spać tam jedną noc, więc jakoś daliśmy radę, ale dłuższy pobyt nie wchodziłby w grę.

Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy zwiedzać miasto. Taszkient nie ma wiele do zaoferowania, więc zobaczyliśmy Qaldirgochbiy Mauzoleum, Shaykh Hovandi Tahur Mauzoleum, stadion Pakhtakor, pomnik Matki, pomnik Amir Timur, Piątkowy Meczet, budynki parlamentu. Tramwajem wróciliśmy do naszego hotelu.

11.09.2009r.-piątek-Taszkient

Zostawiliśmy bagaże u recepcjonisty i poszliśmy na największy bazar w tej części Azji – Chorsu. Miał to być bazar, gdzie planowaliśmy kupić pamiątki, ale okazało się, że jest przede wszystkim spożywczo – tekstylny. Popróbowaliśmy różnych smakołyków, porobiliśmy zdjęcia i ruszyliśmy na miasto. Ponieważ do odlotu mieliśmy jeszcze wiele godzin obejrzeliśmy chodzące po trawniku bociany (w centrum miasta!), zwiedziliśmy stację metra Kosmonawtlar z mozaikami portretów zdobywców kosmosu. Tutaj Jarek chciał sfotografować wizerunki kosmonautów, ale milicjant upomniał go i kazał skasować zdjęcia. Stacje metra, dworce, lotniska, mosty nadal są punktami strategicznymi i nie wolno robić zdjęć. Taszkienckie metro ma 3 linie o długości 37,5 km i 29 stacji. Potem poszliśmy na ulicę artystów zwaną Brodway, gdzie znajdują się sklepy, galerie. Następnie pojechaliśmy do wesołego miasteczka, gdzie Jarek pojeździł na torze kartingowym, potem skorzystaliśmy z Internetu i zjedliśmy obiad. Taszkient jest miastem nowoczesnym, bo cała starówka uległa zniszczeniu podczas potężnego trzęsienia ziemi w 1966r., więc atrakcji w postaci zabytków można szukać nadaremnie. Wieczorem autobusem miejskim pojechaliśmy na lotnisko. Po kilku godzinach czekania rozpoczęła się odprawa, trzeba było wypełnić deklaracje majątkowe. Ja nie wpisałam żadnych pieniędzy a Jarek zadeklarował mniej niż posiadał. Został wezwany na kontrolę osobistą, sprawdzono nam OVIR-y (potwierdzenia meldunkowe z hoteli). Było trochę problemów przez naszą nierozwagę, bo żołnierze chcieli wlepić nam grzywnę po 250USD za niezgodne z prawdą deklaracje. Po długich negocjacjach udało się ich przekonać, że wypiszemy ponownie dokument z prawidłową kwotą. Było to dla nas zaskoczenie, które kosztowało trochę nerwów. Nie wiedzieliśmy, że tak szczegółowo do tego podejdą. Widzieliśmy, że nie tylko my byliśmy w takiej sytuacji. Nikomu nie wzięli pieniędzy. O godz. 4.40 mieliśmy lot do Moskwy, gdzie mieliśmy czekać 13 godzin na samolot do Kijowa.

12.09.2009r.-sobota-Moskwa-Kijów

Obóz rozbiliśmy jak zwykle pod hydrantem. Czas nam mijał na spaniu, czytaniu, zwiedzaniu sklepów wolnocłowych. O godz. 21.50 mieliśmy lot do Kijowa a po 1,5 godz. byliśmy na miejscu. Okazało się, że bagaż Beaty przyleciał do Kijowa lotem wcześniejszym. Spowodowało to trochę zamieszania, bo myśleliśmy, że w ogóle nie doleciał a był przechowywany u strażników. Beata musiała wypełnić kilka formularzy, więc mieliśmy spóźnienie. Spod lotniska do centrum jeżdżą marszrutki za 25 hrywien. Dojechaliśmy do dworca kolejowego, skąd taksówką za 20 hrywien pojechaliśmy do rodziców naszej koleżanki Olgi. Mama już na nas czekała z kolacją i pomimo późnej pory ugościła nas mile. Zadowoleni, z pełnymi brzuchami poszliśmy spać w czyściutkich łóżeczkach.

13.09.2009r.-niedziela-Kijów-Katowice-Bytom

Po śniadaniu tata Olgi obwiózł nas po Kijowie pokazując najwspanialsze zabytki miasta. Zobaczyliśmy: Sobór Św. Włodzimierza, Operę, Złote Wrota, 13 kopułowy Sobór Św. Sofii, Pomnik Bogdana Chmielnickiego, Monastyr Michała Archanioła, ulicę artystów (pracownie, galerie, obrazy, souveniry), rzekę Dniepr, Cerkiew Św. Andrzeja, Pomnik Przyjaźni Narodu Ukrainy i Rosji, Ławrę Peczerską  z ogromnym klasztorem składającym się z 80 budynków, wśród których  najciekawsza była wystawa mikro-miniatur, stadion Dynamo Kijów z pomnikiem Walerego Łobanowskiego. Pan Tata okazał się dobrym przewodnikiem, bo opowiadał nam ciekawe historyjki o życiu i losach mieszkańców Kijowa. Po południu wróciliśmy do domu, gdzie ugoszczono nas tradycyjną kuchnią ukraińską, czyli barszczem i pysznymi naleśnikami. Następnie zostaliśmy odwiezieni na lotnisko, skąd o godz. 19.30 mieliśmy lot do Katowic. Jarek jeszcze poszedł na imprezę z okazji 40-tych urodzin kolegi.

Podsumowanie:

-Największą trudnością jest załatwienie poparcia wizowego i wizy turystycznej (czyli wszelkie sprawy papierkowe), natomiast podróż po Uzbekistanie jest łatwa i przyjemna.

-Wyprawa do Uzbekistanu pozwala ujrzeć wspaniałe osiągnięcia architektoniczne, można poczuć wiatr pustyni oraz zobaczyć znikające Jezioro Aralskie, a także można zasmakować wspaniałych owoców, które w Uzbekistanie są przeraźliwie tanie i smaczne.

-Uzbecy oczarowali nas swoim złotym uśmiechem (w dosłownym znaczeniu).

-W tym kraju jest gościnność, o której krążą już legendy: gdzie najpierw przez 7 dni Cię witają, a na koniec 7 dni żegnają

Ciekawostki:

-Jezioro Aralskie nazywane przez miejscowych morzem w ciągu ostatnich 50 lat zmalało o prawie 40%, a lustro wody obniżyło się o 15m. Jeszcze w 1984 r Jezioro Aralskie było na 4 miejscu pod względem wielkości, dziś plasuje się na 8 miejscu najrozleglejszych jezior świata. Stało się areną jednej z największych katastrof ekologicznych. Zasolenie zbiornika wzrosło o 24%, wyginęła fauna i flora, porty i wsie rybackie leżą 150 kilometrów od linii brzegowej. Dramat jest widoczny nawet z kosmosu, a rozwiązania problemu na razie nie udało się znaleźć. Niektórzy mieszkańcy Muinak byli ciekawi naszych zdjęć, ponieważ nigdy nie widzieli Jeziora Aralskiego.

-Samarkanda liczy sobie ponad 2 500 lat, czyli jest rówieśniczką takich miast jak Rzym czy Ateny.

-Uzbekistan: 27,6 mln. ludzi, analfabetyzm 1%, średnia długość życia 63,8 lat

-Języki: uzbecki 74%, rosyjski 14%, tadżycki 4%, inne 8%

-Grupy narodowościowe: Uzbecy 80%, Rosjanie 6%, Tadżycy 5%, Kazachowie 3%, inne 6%

-Religia: islam 88%, prawosławie 9%, inne 3%


  • Witaj w świecie globtroterów!

    Drogi internauto, niezależnie czy jesteś uroczą przedstawicielką       piękniejszej połowy świata czy też członkiem tej brzydszej. Wędrując   z  nami, podróżowanie przestanie być dla Ciebie…

    czytaj dalej

  • Jak polscy globtroterzy odkrywali świat?

    Historia „polskiego” poznawania świata zaczyna się całkiem efektownie. Pierwszy – jeżeli można go tak nazwać – polski globtroter był jednym z głównych uczestników…Zobacz stronę

    czytaj dalej

  • Relacje z podróży

    • button_watch
    • button_add

Dołącz do nas na Facebook'u