Mustang – legendarne królestwo (2010) – Krzysztof Miduch

Jest 5 maja 2010, szósta rano, lotnisko w Pokharze, nasz team (dwóch Polaków Krzysztof i Marcin), przewodnik Bishwa oraz porter Jeevan.  Zamierzamy lecieć do Jomsom – miejscowości wypadowej dla trekkingu przez Mustang. Organizację wyprawy zleciliśmy jeszcze w Polsce drogą on line firmie Splendid High Adventure z Kathmandu i za 1500 USD od osoby mamy opłaconą 17 dniową wyprawę (w tym 10 dni w Mustangu). Do Kathmandu dostaliśmy się  lecąc z Warszawy Aeroflotem do New Delhi a  następnie Jet Airways – wszystko za jedne 2800zł w obie strony.  Pada deszcz a niski pułap chmur  uniemożliwia przynajmniej na razie lot do Jomsom. Wspominam jak to będąc pierwszy raz w Pokharze jakieś 20 lat temu szwendałem się po okolicy, odwiedzając wioski uchodźców tybetańskich, natknąłem się na jednej z górskich ścieżek na karawanę objuczonych osiołków, zapytałem poganiacza gdzie idą, odpowiedział jednym słowem – Mustang.

W ten sposób dowiedziałem się o Mustangu, który z biegiem czasu, wraz ze swą     obwarowaną stolicą Lo Manthang, stał się  dla mnie Shangri La – zaginionym miastem zaginionego raju, równie jak ono niedostępnym. Zresztą Mustang był niedostępny od zawsze,(od strony Tybetu do tej pory) gdyż do 1950 Nepal był królestwem zamkniętym. Krótki okres,w którym można było dotrzeć do Mustangu wykorzystał szwajcarski geolog Toni Hagen, który w 1952, jako pierwszy europejczyk, dotarł do Lo Manthang. Najazd Chińczyków na Tybet  spowodował na powrót zamknięcie tego rejonu w 1957. W tym okresie wojownicy z tybetańskiego plemienia Khampów przedarli się na teren Mustangu by stamtąd prowadzić wojnę podjazdową z Chinami. Powtórne otwarcie Mustangu nastąpiło dopiero po prawie czterdziestu latach tj. w 1992.

Gdzieś około 12.00 pracownik lotniska ogłosił  wszem i wobec , że wszystkie loty do Jomsom są odwołane i należy się stawić jutro o tej samej porze. Wściekli wracamy do hotelu, przesunięcie lotu o tyle nam komplikuje sprawę, że festiwal Tiji w Lo Manthang, na którym chcemy być, zaczyna się 10 maja a normalny trekking z Jomsom do Lo Manthang trwa 5 dni, więc oznacza to, że albo zrobimy tą drogę w 4 dni albo spóźnimy się na festiwal. Wciąż pada, więc  nie mam nic innego do roboty jak tylko siąść i dalej studiować kupioną wczoraj w pokharskiej księgarni klasyczną już pracę Michela Peissela -Mustang  A Lost Tibetan Kingdom. Pisze on, że twórcą królestwa Mustang był Ame Pal potomek tybetańskiego króla Trisun Detsina, który podbił teren będący dzisiejszym Mustangiem,  założył stolicę Lo Manthang sprowadził z Tybetu świętego męża o imieniu Ngorcheri aby wprowadził w jego kraju buddyzm. W 1380 ogłosił się władcą królestwa Lo  tzn.Mustangu.

Odwiecznym szlakiem

6 maja

Wreszcie lecimy. Malutki  samolot zabiera zaledwie kilkanaście osób. Lecimy w przerwie jaka powstała w łańcuchu Himalajów pomiędzy masywem Annapurny a szczytem Dhaulagiri. Wysoko nad nami ośnieżone szczyty a pod nami gęsto zalesiony teren poryty wąwozami o prawie pionowych ścianach – przejść tędy byłoby niezmiernie trudno. Po 20 min. jesteśmy nad Jomsom, samolot robi ostry zwrot kładąc się na skrzydło prawie pod kątem prostym i lądujemy. Jomsom , którego nazwa powstała przez nepalskie zniekształcenie tybetańskich słów dzong sarpa co znaczy nowa twierdza, jest osadą o jednej ciągnącej się kilometrami ulicy.

Postanowiliśmy jednak nadrobić wczorajszy stracony dzień i nie nocować tak jak planowaliśmy w Kagbeni tylko iść dalej. Pakujemy się do wozu terenowego jadącego do centrum pielgrzymkowego Muktinath, płacimy po300 NR  od osoby (1USD = 70 NR) i po pół godzinie jesteśmy w Kagbeni.

Kagbeni – początek królestwa Lo ciągnącego się wzdłuż  Kali Gandaki  aż do granicy z Tybetem. Tutaj Bishwa płaci za każdego z nas 700 USD (w ramach oczywiście tych 1500) aby uzyskać permit na 10 dniowy pobyt w Mustangu.

Wreszcie zaczyna się trekking. Schodzimy w dół aby iść dalej łożyskiem rzeki, która w porze monsunu płynie szerokim na kilkaset metrów korytem, teraz na miesiąc przed początkiem pory deszczowej jest wąską wijącą się górską rzeczką. Teren jest równy, idzie się szybko i słychać tylko chrzęst otoczaków pod stopami. Koryto z obu stron ograniczone jest  pionowymi klifami w kolorach od stali do ochry i co jakiś czas widać wysoko wykute w nich jaskinie.  Jak świadczą odkryte w nich znaleziska były wykonane jeszcze przez ludy jaskiniowe na tysiące lat przedtem zanim niektóre z tych jaskiń wykorzystywali buddyjscy mnisi na swe pustelnie.

Idziemy szlakiem, który od tysięcy lat był jednym z nielicznych dróg handlowych łączących Wyżynę Tybetańską z nizinnymi i tropikalnymi Indiami. Jeszcze przed Ame Palem, wzdłuż Kali Gandaki mieli swe zamki niezależni radżowie, którzy bogacili się pobierając myto lub po prostu rabując przyjeżdżających kupców.

Zawsze szlak Kali Gandaki stanowił łakomy kąsek – zaledwie przejął go Ame Pal a już on i jego następcy musieli  toczyć krwawe boje z królestwem,którego stolicą była Jumla(obecnie mała mieścina na południowych stokach Dhaulagiri). Przez 300 lat  Jumla ze zmiennym szczęście prowadziła wojny z Lo  o  ten szlak handlowy. W końcu jednak ok.1760r król Mustangu stał się lennikiem Jumli i musiał składać olbrzymie daniny, przez co kraj popadł w ruinę. Fortuna jednak kołem się toczy i w międzyczasie na wschodzie Nepalu powstało królestwo Gurkha ze stolicą w Kathmandu, które w 1795r podbiło Jumlę. Królowie Gurkha nigdy nie wtargnęli do Mustangu ale król Lo uznając potęgę tego królestwa zgodził się składać coroczną daninę, która już co prawda w postaci symbolicznej, płacona była do ostatnich chwil królestwa Nepalu.

W pobliżu wioski Tangbe opuszczamy koryto rzeki , mijamy pierwsze trzy chorteny pomalowane na kolory Mustangu: szary, biały i ceglastoczerwony. Szlak teraz przypomina ostrze piły unosi się w górę aby za chwilę opadać w dół i po 5 godz. od wyruszenia z Jomsom docieramy do miejsca naszego noclegu – Chhuksang.

Kiedyś miasto forteca, jedno z ogniw z łańcucha zamków wzdłuż  Kali Gandaki,         obecnie wioska składająca  się z kilkunastu domostw. Idziemy wąską kamienną uliczką tak wąską, że z trudnością może się minąć dwoje ludzi. Domy zbudowane są z kamieni oraz z wysuszonych glinianych cegieł – z reguły jedno piętrowych. W tradycyjnych domach, parter jest pomieszczeniem gospodarczym, gdzie trzyma się bydło i przechowuje się produkty rolne. Pierwsze piętro , gdzie wchodzi się po kamiennych schodach jest pomieszczeniem mieszkalnym , najczęściej posiada tylko jedno okno a podłogę stanowi klepisko z ubitej gliny. Drzwi do poszczególnych pomieszczeń są ciężkie, drewniane jakby w średniowiecznym stylu a co najgorsze bardzo niskie, jakieś 160cm, więc każdy wchodzący musi się pochylić jeśli nie chce rozbić sobie głowy. Sufit zrobiony jest z drewnianych belek podpartych w środku pomieszczenia przez pionowy słup. Bardzo ważną funkcję spełnia płaski dach ,gdzie można się dostać wchodząc po drabinie zrobionej z jednego  drewnianego pnia  poprzez wycięcie w nim schodków na stopy. Dachy są  również pokryte klepiskiem a krawędzie każdego z nich obramowane są „płotem” z chrustu, który służy do palenia w zimie, w lecie do tego celu używa się wysuszonego nawozu owiec i jaków. W lecie, życie rodzinne przenosi się na dach gdzie od wiatru chronią bariery chrustu.   Wszystkie domy w całym Mustangu pomalowane są na biało.

Docieramy w końcu do  Bhrikuti Tourist Lodge ale jak się okazuje nie ma miejsc . Rozbijamy więc  niesiony przez naszego tragarza ,właśnie na taką ewentualność, namiot.

7 maja

Dzisiaj przed nami najdłuższy etap. Postanowiliśmy dotrzeć aż do Geling.

Idziemy dalej korytem rzeki, mijamy miejsce gdzie część czerwonego klifu  zawaliła się tworząc tunel, przez który płynie Kali Gandaki. Opuszczamy niestety rzekę wspinając się ostro w kierunku wsi Chele. Przekraczamy granicę 3tys.m.n.p.m.Wieś otoczona jest polami ,na których zielenieje wykłoszony już jęczmień. Mijamy wieś i na dobre żegnamy się z rzeką. Szlak ostro wiedzie w górę. Himalaje zaczynają dawać mi lekcje pokory. Mimo że idę bardzo powoli to po 200 – 400 m jestem kompletnie zasapany i muszę się zatrzymywać by wyrównać oddech. Od czasu do czasu mijają nas karawany objuczonych mułów , ale największy mój podziw wzbudzają tragarze, którzy idą pod górę bez oznak najmniejszego wysiłku mając na grzbiecie co najmniej po 30 kg bagażu. Docieramy do pierwszej przełęczy, jest to Chele La na wys. 3624m.Przełęcz jest miejscem przełomowym  i najwyższym   na pewnym odcinku szlaku, więc ustrojona jest olbrzymią ilością flag modlitewnych. Następnie szlak delikatnie schodzi w dół do wioski Samar. Wioska otoczona jest polami z zieleniejącym się jęczmieniem, poza tym widać plantacje topoli, jest to jedyne drzewo poza wierzbą, które rośnie w Mustangu. Jest południe, więc zatrzymujemy się w Hotel Himali aby zjeść lunch. Jest duży wybór dań – oczywiście pierożki momo z różnym farszem  gotowane lub pieczone, chowmein – makaron z różnymi dodatkami jak wszelkiego rodzaju warzywa , baranina i jajko. Thakpa – rosół na gęsto z makaronem , warzywami i baraniną (może koziną ?).Można zamówić sobie również kilka rodzajów zup jak np. pomidorową, makaronową czy nawet  pokrzywową. Na deser polecam sok z sea buckthorn – pomarańczowych jagód rosnących na okalających wioskę krzakach, myślę że nie ma polskiej nazwy na tę

roślinę. Wszystko jest świeże i przygotowywane na oczach zamawiającego. Po godzinie ruszamy dalej. Wioska  żegna nas trzema chortenami pomalowanymi na kolory Mustangu.

Weszliśmy na wysuszoną na pieprz , pustynio-podobną przestrzeń składająca się z olbrzymich żółtych wzgórz i strzelistych turni. Na horyzoncie niebo było ciemno niebieskie a powietrze krystalicznie czyste. Opuściliśmy już świat wegetacji. Nie widać ani źdźbła trawy, drzewa czy krzaku, jedynie wiatr gwiżdże i sypie piaskiem w oczy. Jak człowiek może tutaj żyć? Przed nami rozciąga się pozornie niekończący się ten sam krajobraz. W dole Kali Gandaki wygląda teraz jak mizerny strumyk, idziemy teraz krawędzią jednego z najgłębszych kanionów świata. Idziemy w górę aby dotrzeć do przełęczy Beg La (3830m)a potem w dół, żałuję dosłownie każdego kroku ,gdyż wiem ,że za chwilę będę musiał straconą wysokość nadrobić. Następna przełęcz to Yamda La na wys.3860m (a nie jak Lonely Planet podaje 4010m).Potem znów następna przełęcz Syangboche La, położona 10m niżej i już schodzimy  do malowniczej, położonej wśród topól i pól wschodzącego dopiero jęczmienia. Gdy dochodzimy do wsi jest już prawie ciemno. Kończy się nasza 11 godz. mordęga.

8 maja

Jeszcze 2 dni drogi do Lo Manthang. Dzisiaj postanowiliśmy dotrzeć do Tsarang (Charang). Jak zwykle wstajemy o świcie, jemy śniadanie, jeśli chodzi o mnie są to dwa jajka, które   popijam tybetańską herbatą tzn. tą właśnie z dodatkiem masła jaka i soloną. Wbrew temu co piszą inni, nie jest ona taka niesmaczna – a może w ciągu dnia wypacam zbyt dużo soli. Po wyjściu z wsi od razu mordercza wspinaczka, całe szczęście, że człowiek jest jeszcze świeży. Docieramy do najwyżej położonej na tym trekkingu przełęczy Nyi La 4010m.Krótki odpoczynek, parę łyków wody i idziemy dalej łatwym szlakiem lekko w dół, docieramy do przełęczy Ghemi La i dalej ostro w dół do wioski Ghemi (3510m), gdzie jemy lunch. Po wyjściu z wioski idziemy wzdłuż najdłuższego muru modlitewnego w Nepalu (mani wall)

mierzącego ok.300m. Mur ten jest obudowany płaskimi kamieniami z wyrytymi na nich mantrami „Om Mani Padme Hum”. Upamiętnia on zwycięską bitwę jaką stoczył tu Guru Rimpoche z demonem nawiedzającym tą okolicę. Jest już po południu i zaczyna jak co dzień wiać wściekły wiatr. Powstaje on na skutek nagrzania się południowych stoków Himalajów, rośnie ciśnienie i powietrze przeciska się przez „szczelinę” pomiędzy masywami Annapurny a Dhaulagiri tworząc wiatr prawie o sile huraganu pędzący na północ w stronę Wyżyny Tybetańskiej. Szlak wiedzie dalej w górę skalnym wąwozem aż docieramy do bogato  udekorowanej flagami modlitewnymi przełęczy Choya La (3870m),mijając ją widzimy daleko w dole drugą co do wielkości miejscowość Mustangu  Tsarang. Mijamy Bramę-chorten i nie mogę powstrzymać zachwytu widząc wspaniałe czteropiętrowe zamczysko usytuowane na krawędzi głębokiego wąwozu. Zamek jakby przeniesiony z średniowiecznej Europy. Nazwa Tsarang wywodzi się ze słów Chaptrun Tsetrang czyli koguci grzebień co wiąże się z wąską skalistą granią ,na której zamek stoi. Po prawej stronie zamku lekko w dół usytuowany jest wspaniały klasztor, którego mury pomalowane są na czerwono a został zbudowany w 1385r.Kiedyś w klasztorze było tysiąc mnichów – obecnie zaledwie kilku.

Wchodzimy do wsi kończąc ośmiogodzinny marsz.

Widzę tu po raz pierwszy sławne mastify tybetańskie – kiedyś niezwykle, wręcz  zabójczo groźne psy, obecnie spokojne, misiowate. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wiek, podczas walk Khampów z Chińczykami, psy te potrafiły jednym skokiem zwalić żołnierza chińskiego z konia. Jesteśmy już w samym środku Mustangu. Język jakim posługują się miejscowi to tybetański, swój kraj nazywają Lo a sami siebie Loba (człowiek z Lo).Nocujemy w domu Maya Bista, który pełni rolę hotelu w tej miejscowości. Wieczór spędzamy nad szklaneczką chhang – jest to rodzaj piwa, które waży się w każdym domu. Otrzymuje się go w ten sposób, że ziarno jęczmienia zalewa się wodą, dodaje niewielką ilość drożdży, zamyka naczynie i zostawia na co najmniej 3 tygodnie. Pije się go w tak otrzymanej postaci lub rozcieńczonego wodą. Jest to całkiem przyzwoity trunek szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że piwo Everest kosztuje tu 400 rupii.

9 maja

Ostatni odcinek trekkingu. Szlak lekko się wznosi idziemy przez księżycowy krajobraz o kolorach skał od żółci do czerwieni, towarzyszą nam jedynie mini trąby powietrzne (o wys.2-3m) pędzące gdzieś na północ i jak tu nie wierzyć w demony!

Docieramy do gigantycznego chortenu, który stanowi granicę między Tsarang  a Lo. Szlak przestaje być ścieżką  a staje się drogą, docieramy w końcu do przełęczy Lo La (3950m) skąd już widać obronne mury mitycznego Lo Manthang z sylwetką białego pałacu i trzema czerwonymi klasztorami  wznoszącymi się ponad nim.

Schodzimy w dół i docieramy do pól będących dopiero w trakcie orki pod zasiew.

Na początku naszej drogi w Kagbeni, jęczmień już się pięknie kłosił tutaj go jeszcze nie zasiano. Idąc w głąb Mustangu jesteśmy jak w wehikule czasu, cofamy się jeśli chodzi o kalendarz wegetacji roślin ale również zdążamy ku Średniowieczu jeśli chodzi o ludzi, o ich otoczenie jak również ich zwyczaje, które mają korzenie w odległej przeszłości. Wszak Loba ciągle mają wątpliwości czy ziemia jest okrągła a dusza jest tu tak realna jak każda inna część ciała.    Nasz 5 godz. marsz kończy się przy murach miasta, gdzie zakwaterowujemy się w Mistique Himalayan Resort.

Himalajskie Carcassonne

Po godzinnym odpoczynku ruszamy w miasto. Idziemy wzdłuż muru o wysokości 8 metrów  do jedynej bramy miasta usytuowanej po jego wschodniej stronie. Kiedyś w niebezpiecznych czasach ta olbrzymia drewniana brama była zamykana na noc, dzisiaj już pozostaje otwarta całą dobę. Wokół bramy siedzą staruszkowie i kręcąc  młynki modlitewne czekają na swe owce, które o zachodzie słońca będą przyganiane z okolicznych pastwisk do miasta. Właściwie owce jest trudno odróżnić od kóz, gdyż mają długie podobne do kóz rogi, są czarne i mają prostą długą zwisającą po bokach wełnę. Język Loba posiada 30 różnych określeń na kozę (a może owcę).Legenda głosi, że twórca Mustangu Ame Pal po stoczeniu wielu bitew postanowił założyć miasto, które byłoby stolicą jego państwa. Po całonocnych modlitwach Ame Pal postanowił wyruszyć ze stadem kóz i założyć miasto tam gdzie one zatrzymają się na popas. Tak się też stało i odtąd godłem Lo Manthang jest głowa kozy. A nazwa kraju Mustang wywodzi się właśnie z zniekształconego przez Nepalczyków słowa Manthang.

Wchodzę do miasta liczącego 180 domów  i ok.1200 mieszkańców. Domy są białe, jednopiętrowe,wykonane z cegieł z wysuszonej gliny.

Między rzędami domów uliczki wąskie, wybrukowane z kanałem ściekowym pośrodku. Wychodzę na plac centralny gdzie grupki starych kobiet plotkują i przędą wełnę .Po prawej stronie olbrzymia 3-piętrowa  budowla – to pałac królewski – siedziba Jigme Dadul Palbar  Bista 25ego króla Mustangu.

Włóczę się uliczkami, zaglądam  poprzez uchylone, grube, bogato rzeźbione i malowane drzwi do wewnętrznych dziedzińców domów.

Nad drzwiami przybite rogi kóz, czaszki koni czy jakichś innych rogatych zwierząt. Ich zadaniem jest odpędzać demony. W końcu trafiam do części świątynnej miasta. Najstarszą, sięgającą początków miasta jest  dwupiętrowa  Jhampa Gompa ,

gdzie umieszczony jest olbrzymi posąg Jampy Chenpo (przyszłego Buddy), na ścianach wspaniałe malowidła mandali. Obecnie świątynia poddawana jest renowacji. Zaledwie kilka lat młodszą jest świątynia Thupchen będącą kiedyś w czasach świetności Mustangu, główną świątynią. Tą rolę obecnie pełni Chhoede Go-

mpa gdzie głównie obecnie modlą się mnisi.

Nad ołtarzem znajduje się malowidło przedstawiające Trichhen Rimpoche założyciela szkoły  buddyjskiej Sakyapa, której    wyznawcami są Loba. Przy świątyni jest klasztor a w nim szkoła mnichów. Tradycyjnie, drugi syn w rodzinie zostawał mnichem wstępując w wieku 9 lat do takiej szkoły.

W międzyczasie zrobiło się już ciemno, błądząc krętymi uliczkami dotarłem jakoś do bramy a potem już prosto do hotelu.

10 maja

Festiwal zaczyna się dopiero popołudniu, więc postanowiliśmy odbyć konną wycieczkę szlakiem na północ, który kiedyś wiódł aż do Lhasy. Po 2 godzinach docieramy do Chhoser sławnego z wykutych  w klifie jaskiń. Onegdaj w ok.50 jaskiniach położonych w 5 kondygnacjach mieszkała tu cała wieś. Wstępujemy również do świątyni Nyphu,która jak jaskółcze gniazdo przyczepiona jest do pionowej ściany klifu. Na lunch jesteśmy z powrotem w mieście.

Festiwal Tiji się opóźnia. Tłum zgromadzony dokoła centralnego placu spokojnie czeka w palącym słońcu. Na wysokiej ścianie budynku rozwieszona jest thangka Dorje Sonnu głównego bóstwa festiwalu, wisi również portret Rimpoche przyniesiony ze świątyni.

Za chwilę będziemy światkami najważniejszego święta w Lo – festiwalu Tempa Chi-

rim co znaczy modlitwa o światowy pokój lub jak inni tłumaczą „nadzieja, że Dharma Buddy zatryumfuje na całym świecie”. Zamiast Tempa Chirim używa się

jego skrót „Tenchi”, które z kolei Nepalczycy błędnie wymawiają jako „Tiji” ale

przyjęte powszechnie przez ludzi Zachodu.

Tenchi jest oparty na micie, że Bodhisattva Dorje Shurnu powtórnie się narodził aby pokonać demony i złe siły stworzone przez piekło. Dorje Shurmu poprzez potęgę

tańca,który wykonuje, jest w stanie pobić demony, po to aby zapanował pokój i dobrobyt w kraju. W ten sposób festiwal przedstawia tryumf dobra nad złem.

Święto to ma 500-letnią tradycję. Główny tancerz zwany tsowo uważany jest za

Dorje Shurnu i wybierany jest wśród mnichów świątyni Chhoede. Festiwal odbywa

się między 27 a 29 dniem trzeciego miesiąca kalendarza tybetańskiego co mniej

więcej wypada między 10 a 25 majem.

Coś się zaczyna dziać, wchodzą mnisi. Centralne miejsce pod thanghą, na czymś w rodzaju tronu zajmuje kilkuletni chłopiec w stroju lamy, jest to wcielenie zmarłego w

2007r Chogye Trichen Rimpoche, głowy odgałęzienia Tsharpa szkoły buddyzmu Sakyapa. Po jego obu stronach miejsca zajmują starsi wiekiem mnisi. Poniżej mnisi

grający na instrumentach. Dookoła placu tłumy Lobów.

Wchodzą tancerze w bogato haftowanych szatach i czarnych kapeluszach zdobionych piórami pawimi. Tańcząc tworzą mandalę w 52 formach tanecznych. W ten sposób

tancerze oczyszczają i poświęcają miejsce, na którym będą się odbywać dalsze uroczystości następnego dnia.

11-12 maja

Drugi dzień festiwalu rozpoczynamy wizytą w świątyni Chhoede gdzie mnisi modlą się przygotowując się duchowo do święta, a następnie chodzimy po mieście odwiedzając domy gościnnych mieszkańców i fotografujemy, fotografujemy.

Drugiego dnia tańce są bardziej aktywne i dużo bardziej ekspresyjne. Honorowymi gośćmi są dostojnicy z następcą tronu Jigme Singhe Palbar Bistą na czele. Król  z racji wieku (a dobiega już dziewięćdziesiątki) już publicznie się nie pokazuje.   Występują tancerze w maskach zwierząt takich jak tygrys, pies, jeleń czy koń. Zwierzęta te przedstawiają otoczenie w jakim przebywa Dorje Shurmu. Pojawia się wypchana słomą kukła demona, którego zamaskowani tancerze usiłują bezskutecznie zabić.

Końcowym aktem występów drugiego dnia jest ostateczne zabicie demona przez

wiodącego tancerza tsowo (który reprezentuje Dorje Shurmu) za pomocą specjalnego sztyletu.

Trzeciego dnia odbywają się dalsze tańce masek zwierząt. Powtarzana jest scena zabicia demona a jego głowa jest zakopywana pod progiem pałacu królewskiego.

Tworzy się procesja, która wychodzi poza mury miasta, gdzie w ogromnym wrzasku, rozgardiaszu, strzelaniu z łuków i starych muszkietów, demony są ostatecznie wypędzane.

13 – 14 maja

Czas powrotu. Wracamy tą samą trasą ale aby się nam nie nudziło robimy ją na piechotę, traktorem i jeepem w ciągu dwóch dni. Nocujemy w Jomsom

w hotelu Tilicho i odlatujemy do Pokhary i Kathmandu, gdzie czeka na nas już następna wyprawa tym razem do Tybetu – ale to już temat na całkiem inną opowieść.


  • Witaj w świecie globtroterów!

    Drogi internauto, niezależnie czy jesteś uroczą przedstawicielką       piękniejszej połowy świata czy też członkiem tej brzydszej. Wędrując   z  nami, podróżowanie przestanie być dla Ciebie…

    czytaj dalej

  • Jak polscy globtroterzy odkrywali świat?

    Historia „polskiego” poznawania świata zaczyna się całkiem efektownie. Pierwszy – jeżeli można go tak nazwać – polski globtroter był jednym z głównych uczestników…Zobacz stronę

    czytaj dalej

  • Relacje z podróży

Dołącz do nas na Facebook'u