Bhutan – Tomasz Noga (2010/2011)

Wspominki z lotu Aeroswift

Lotnisko w Kijowie. Idę po Cole. Na butelce wpisane jest, że to napój bezalkoholowy. Co za kraj ze trzeba informować ze coś w płynie NIE zawiera alkoholu. Przypominają się “…. Dawne, … dobre, … czasy … dzisiaj noc jest … hmm ….. trzeźwiejsza …”

Znowu przyszło mi lecieć ulubioną linią wschodniego sąsiada. Obok mnie miejsce zajął Hindus od 15 lat mieszkający w Kijowie. Rozdali słuchawki. Działają! I jest muzyka. Szukam monitorów…. każdy ma „swój” w tylniej części fotela poprzedzającego pasażera. Włączyli film. Ogląda kilku szczęśliwców. Hindus prosi po włączenie. Stewardessa mówi ze ten akurat nie działa. A mój ?? … No tez niestety nie. Stewardessa informuje, że około 20 % monitorów jest uszkodzonych.  A czy ja w takim razie dostanę 20 % zniżkę na lot ?  – pyta Hindus. –  A ma Pan wpisane na bilecie Video included ? – pyta stewardessa. – A … czemu ogląda tylko 5-8 osób ? -pyta grzecznie Hindus. – Pozostali pewnie nie maja ochoty – ucina rozmowę stewardesa.

Hindus później poprosił stewardese aby przyszła .. bezskutecznie. Poszedł sam po wodę na tył samolotu. Na pytanie czemu nie reaguje na prośbę podejścia do pasażera usłyszał – Przecież widzi Pan ze jestem zajęta -zakończyła Ukrainka. Wot i zapracowany staff….

-To przez to że jestem Hindusem. Nieważne ze mieszkam 15 lat w Kijowie – podsumował wracając na miejsce.

DELHI

Wysiadam w Delhi I …. Nowy terminal. Jaki wypas. Nie odbiega od zachodnich. Wchodzę do holu i…. wykładzina dywanowa NA CALYM TERMINALU !! Tylko Hindusi mogli to wymyślić. Z wrodzonym narodowym umiłowaniem do sprzątania, żuciem betelu chciałbym widzieć tę wykładzinę za pół roku… Może to tylko chwilowe na Igrzyska dawnych Kolonii Brytyjskich. A potem?  Ściągną, albo będą w kolko czyścić?!!

SIKKIM

Piękny kraj. Obowiązuje zakaz używania plastikowych reklamówek – są nie dostania. I okazuje się że można w ten sposób funkcjonować. Możemy się od nich uczyć. W Sikkimie jest rzeczywiście czysto. Kilka spostrzeżeń. Kosze z rozdzielaniem na plastik, szkło i puszki – pierwszy raz na terytorium Indii. No ale Sikkim to praktycznie nie Indie. Kilka haseł przydrożnych : ” Zakaz sikanie przy drodze. Skorzystaj z toalety”. “Jesteś żonaty ? Możesz się szybko rozwieść – JEŹDZIJ WOLNIEJ ” .

Wracając do tematu sprzątania. W Gangtoku znaleźliśmy kosz na śmieci w kształcie małpki trzymającej pojemnik. Jakie to mile dla dzieci…. Tylko dlaczego ta małpka ma na głowie kask i ubranie śmieciarza ?? . Zajefajne … Uśmiechnięty śmieciarz z pyszczkiem małpy. To się nazywa indyjskie poszanowanie dla pracy kasty sprzątającej.

Rozwieszony transparent z warunkami przyjęcia do wojska. Wzrost 160 cm (nawet ja się załapię), waga około  50 kg (no tak to się załapie jako 2 rekrutów) , wykształcenie 6 klas… (hmmm trochę odstaję…). Armii Herkulesów to oni nie nazbierają.

INDIE

Pociąg indyjski. Nieustający potok sprzedawców, przypominający taśmę montażową samochodów, tylko …. model każdy inny ale z jednakowym pojemnikiem z gorącą herbatą na mleku wzbogaconą indyjskimi przyprawami . …- Czajj, czajj, wołają kolejni, przeplatani sprzedawcami rzeczy hmm… niezbędnych i koniecznych w podróży. Najwięcej jest sprzedawców zabawek różnego rodzaju produkcji chińskiej, ale tych z najniższej cenowej półki. Wszystkich pobija sprzedawca grzebieni z asortymentem tak różnorodnym że wywoływało to podziw…. No bo po co komu grzebień długości około 25 cm ? Sprzedawane są też czasem, bardzo przed laty popularne, toaletowe gadżety nazwane przeze mnie mydlanymi notesikami. To zbiór nasączonych mydłem pojedynczych karteczek, będących jednorazowym mydłem do rąk. Przy pełnej rodzinie i pociągach indyjskich jadących wiele godzin czy nawet 2-3 dni taki zeszycik można zużyć całkowicie. Nie spotykam już tym razem szczoteczek do zębów, będących patyczkami z jakiejś krzewiastej czy drzewiastej rośliny mającej prawdopodobnie  działanie bakteriobójcze. Poranna toaleta to gryzienie zębami tych patyczków i czyszczenie nimi zębów oczywiście bez użycia jakiejkolwiek pasty. Oprócz chińskich zabawek pojawiają się sprzedawcy narzędzi, kłódek, łańcuchów do mocowania i zabezpieczania bagaży i innych gadżetów z rodziny 1001 drobiazgów. No i wreszcie trafiam na swojego sprzedawcę – chodzący kram ze scyzorykami, obcinarkami do paznokci, nożyczkami. Dzień wcześniej w Patnie, stolicy stanu Bihar – niegdyś popularnego wśród kasty złodziei – zostawiając bagaż w przechowalni, obsługujący spytał mnie czemu mam bagaż który nie jest zamknięty na kłódkę. Akceptując to że on za niego nie odpowiada, pogodziłem się z tym że może coś zniknąć. Tradycji stało się zadość i szwajcarski scyzoryk wywędrował z kieszeni plecaka w bezpieczne hinduskie ręce, podtrzymującego złodziejskie stanowe tradycje, Biharczyka. Produkt zastępczy „made in China” odbiegał od oryginału, wagą dwukrotnie (był cięższy) i ceną co mi już nie przeszkadzało płacąc za niego dziesiątą część ceny nożyka z kraju Milki.

Herbatka w pociągu podawana jest w plastikowych kubkach. To się nazywa wprowadzenie nowoczesności. Kiedyś herbatę podawali sprzedawcy w glinianych jednorazowych czarkach przypominających małe doniczki. Po wypiciu kubki były wyrzucane przez pasażerów i rozbijały się na podtorzu… Teraz plastikowe kubki lądują za oknem z dołączonymi do nich tackami po posiłkach. Musi minąć chyba jedna lub dwie generacje żeby coś się zmieniło w mentalności ludzi, ale zanim to nastąpi Indie nie wygrzebią się ze śmietnika który sami mieszkańcy kraju stwarzają.

JALGAON

Ostatnia noc W Jalgaonie. Drzwi w hotelu zamykają się  na zasuwę podnoszoną do góry. Ponad drzwiami uchylone okno pozwala na odblokowanie zasuwy z korytarza. Zastawiam drzwi stolikiem a na nim kładę wszystkie butelki puste i pełne. Niepotrzebna przezorność??  O 3.47 rano – czas najgłębszego snu. Spada butelka. Wstaję i widzę odblokowaną zasuwę i uchylone drzwi z przesuniętym stolikiem. Wychodzę na zewnątrz. Jest ktoś z obsługi i  ktoś kto czeka w kolejce do prysznica. Byłem na tyle zaspany ze nie zaskoczyłem, że nikt raczej nie bierze prysznica o tej porze. Dobrze, że mnie nie poniosło, bo za rękę go nie złapałem. Zasuwam stolik i idę spać. Drugi raz nie spróbują… Rano, po krótkiej wymianie zdań i po moim oświadczeniu, że tutaj kradną, pojawia się okradziony na kilkadziesiąt dolarów Bhutańczyk. Oświadczam że nie zapłacimy i wychodzimy bez słowa.

HALLOWEEN

Tak się czasami dzieje, że niektóre daty zbiegają się przypadkowo z miejscami. Halloween wypada nam w świętym mieście śmierci Varanasi. Śmierć uświęcona i celebrowana z palącymi się stosami ze zmarłymi obłożonymi białym lub kolorowym płótnem. Niektóre zwłoki, tych bogatszych posypane kwiatami i sproszkowanym drzewem sandałowym. Pierwsze zetknięcie ze śmiercią – na następny dzień, w Patnie. Zwyczajny, powszechny widok zmarłego leżącego publicznie na ziemni przykrytego płótnem, omijanego bez reakcji przez przechodniów, czasem z wyłożona tacka na datki, aby nazbierać na drewno do spalenia na stosie. Kolejne spotkanie to znowu Patna w drodze do pociągu. Na peronie, w środku przemieszczającej się masy ludzi, leżą zwłoki pokieraszowane przez pociąg. Przy obciętych idealnie rękach, widoczne są kości w przekroju, a patrząc na wezgłowie pokrwawione bandaże skrywają bezkształtną masę będące kiedyś głową z twarzą. Okropny widok pozostający w pamięci, mimo ze to tylko chwila i kilka spojrzeń w drodze do pociągu tuż przed jego odjazdem. Widok pozostaje w pamięci i nie zaciera go wypadek kilkanaście dni później w drodze do Phuntsolingu. Auto niedługo przed naszym przyjazdem, nie utrzymało się na drodze i spadło w przepaść. Skutki i wyciąganie z przepaści sprasowanej masy blachy oglądamy w wieczornej telewizji.

W Varanasi patrzymy na kilkanaście stosów z płonącymi ciałami – jedne już prawie w pełni spalone, inne dopiero palące się. W pewnym momencie pracujący przy stosach, długim drewnianym drągiem przekłada zwęglony korpus na drugą stronę. Plastyczna mięsista masa upada, po odwróceniu na płonące żerdzie, a nadpalona czaszka wisi bezładnie ledwie trzymana przez kręgi z nadpalonego i zwęglonego z jednej strony korpusu z końcówkami kikutów będących niegdyś rękami. Na nabrzeżu jacyś ludzie z sitami filtrują i wypłukują piasek z dna, piasek zmieszany z prochami skremowanych ciał, szukając kosztowności które pozostały po spalonych. To działanie nasuwające skojarzenia z hienami cmentarnymi jest podobno dozwolone i wyznaczeni do tego ludzie za znalezione precjoza mają dodatkowe wynagrodzenie albo mogą za uzyskane środki palić tych którzy nie są w stanie tego w pełni pokryć. Odchodząc widzimy grupę ludzi wnoszącą umierającą osobę w płótnie zastępującym hamak lub nosze. Kładą ją w pełni przytomną opierając o mur przy jednym z ghatow z widokiem na płonące ciała. Wygląda na to, że dla tej osoby jest to spełnieniem, ale co musi czuć  widząc płonące na stosach ciała i czekając na swoją śmierć. Pogodzenie się ze śmiercią, oczekiwanie na zbawienie czy reinkarnacje? Jakby tego nie nazwać – dla mnie jest to przejmujący widok….

BHUTAN

Granica indyjsko – bhutańska. Przewodnik przyszedł po nas do hotelu, po posłaniu mu smsa i telefonie w którym hotelu jesteśmy. – „Widziałem Was na ulicy, ale Was nie poznałem po zdjęciach z wniosków wizowych” – zaczyna rozmowę. – „No tak, przecież na zdjęciu nie mamy brody” – odpowiadamy. Jasne. A co miał powiedzieć ? Przyznać się, że nie myślał że tych dwóch oberwańców zapłaciło kasę za pobyt w Bhutanie?

Dookoła totalny śmietnik indyjski, zwały śmieci na pasie między jezdniami.

– „Podjedziemy do Imigration. Zaraz przyjedzie samochód z kierowcą” – mówi przewodnik. „A to daleko ? -Jakieś 300 metrów” – odpowiada. Wsiadamy do Hyundaya ix35. Model typu 4×4, ale exlusive. Na tylnym siedzeniu dla nas wykładzina dywanowa, na drzwiach jeszcze nie do końca ściągnięta folia po wyjeździe z salonu. Może powinniśmy wyprać koszulki ? OK zrobimy to, pralnie mamy w pakiecie – gratis.

Wchodzimy do Imigration. Dwoje odświętnie ubranych turystów załatwia indyjskie pieczątki wyjazdowe dla grupy 6 osób. Jakże oni wyróżniają się w tym indyjskim otoczeniu. Wyglądają jakby się oglądali dookoła, aby się nie pobrudzić. Patrzą na nas dziwnie, że nasza grupa to 2 osoby, że wyglądamy po trampowsku i że się nam Bhutan zamarzył.

Jeśli w Bhutanie będzie inaczej niż w Indiach …może się trzeba będzie przebrać i wyglądać jak inni pierdziele z Package Tours ?? Ale ….Hmmm .. Problem rozwiązany… Przecież nie mamy nawet takich ubrań !!

Wjeżdżamy do Bhutanu. Krajobraz z płaskiego po horyzont – w południowym kierunku (dolina Brahmaputry z polami herbaty) zmienia się gwałtownie. Z płaszczyzny wyrastają nagle góry będące przedgórzem Himalajów Wysokich, a droga raptownie, zaraz po przekroczeniu granicy, zaczyna wspinać się serpentynami do góry. Proszę aby się zatrzymać w miejscu z widokiem na Phuntsoling -pierwsze graniczne miasteczko w Bhutanie, które zostawiliśmy w dole. Zatrzymujemy się…. na tyle wysoko że miasteczko skrywa już mgiełka, ale widok na nie przesłaniają słupy wysokiego napięcia… JEDYNE w OKOLICY.

OK. Przewodnika prosimy na tylne siedzenie. Teraz to my będziemy decydować o miejscach widokowych. Kolejna miejscowość – Chhukha. Wszędzie tłumy ludzi ubranych w ludowe stroje. Kobiety w kolorowych sukniach podobnych do ubiorów z innych rejonów pogranicza Indii i Tybetu. Mężczyźni natomiast są ubrani w bhutańskie gho – ubiory przypominające skrócony, podwinięty szlafrok w kolorowe wąskie paski. Otuleni są białym cienkim płótnem przypominającym szal, taki jak w świątyniach buddyjskich mający przynosić powodzenie, ale świadczący też o statusie, (…………) no i podkolanówki, zwykle ciemne z półbutami sznurowanymi jak do naszych garniturów albo czarnymi mokasynami (niewiązanymi, pewnie aby im się szybko je udawało ściągać wchodząc do świątyń). –„Skąd Ci ludzie idą ?” – pytam. „Dostali błogosławieństwo od duchownego” pada odpowiedź.. Dojeżdżamy do miejsca gdzie gromadzą się ludzie i…..okazuje się, że w tej wiosce jest Je Kenpo będący 21 przywódcą duchownym Bhutanu, traktowany na równi z królem. Król ma władzę polityczną, a ten którego mamy okazje spotkać jest zwierzchnikiem religijnym Bhutanu i kilka razy do roku udziela błogosławieństwa w różnych częściach kraju. To się nazywa mieć farta. Błogosławieństwo dobra rzecz, więc i my udajemy się do kolejki. Nie zaszkodzi, a może pomóc, nawet gdy się jest innego wyznania. Przypominają mi się kopalnie srebra w Potosi, gdzie górnicy będący niemal ortodoksyjnymi katolikami schodząc pod ziemię przynoszą spirytus, liście koki i papierosy do figurki El Tio – bóstwa przypominającego diabła. Piekielne warunki jakie tam panują skłaniają górników do zabezpieczenia sobie opieki także “u drugiej strony” – tak w razie czego. Wiara wiarą, ale lepiej się zabezpieczyć na dwa fronty i zapewnić sobie ochronę i pomyślność – tak uważają. Może to porównanie, tego dualizmu nie jest odpowiednie, ale z całym szacunkiem dla swojej wiary jak i mniej znanego mi buddyzmu, mam tu na myśli podwójną asekurację. Podobną zasadę wyznawała żona Pawlaka w “Sami swoi” zaopatrując go w dwa granaty. – Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie…

DOJEŻDŻAMY DO PARO…

Z zaśmieconych Indii jakbym się przeniósł prawie do Europy. Czysto, dobre drogi, uśmiechnięci ludzie z sympatią patrzący na turystów… no i te domki… Wszystkie budynki w stylu bhutańskim, ze zdobionymi kolorowo otworami okiennymi, i wykończeniami, z namalowanymi na elewacjach bóstwami. Niektóre są porozrzucane po zboczach doliny. Wybudowane później znajdują się  w zwartej zabudowie dwóch głównych i jedynych ulic miasteczka. Widoki skłaniają do wspomnień. Przypominają obrazy które tworzyły się w wyobraźni dziecka czytającego baśnie i wyobrażającego sobie takie krainy z zamieszkującymi je bajkowymi postaciami  – krasnoludami czy hobbitami. Skansen to, plener do filmu czy bajka będąca realnością, ?

Wieczorem planujemy udział w folklorystycznych występach tanecznych. Pod podanym adresem, przy głównej ulicy w Paro, po stalowych schodach wspinamy się na pierwsze piętro. Szyldu jakoś nie zauważam ale po wejściu wydaje się być tutaj całkiem swojsko, jakoś nie po bhutańsku. Lokal okazuje się być normalną knajpą z piwem i innymi napojami. W środku gośćmi są mężczyźni pijący piwo w oparach dymu tytoniowego z papierosów będących w zasadzie używką niedostępną, jako że Bhutan jako pierwszy na świecie wprowadził zakaz sprzedaży i przywozu wyrobów tytoniowych. Dziewczyny w lokalu to w większości tancerki. Nie ma co prawda rurki, ale jest scena, mikrofon a za sceną kolorowe szkło i lustra z różnymi naklejkami gwiazd pop i nazwami zespołów. Tylko co robią tam naklejki z kreskówek z Myszką Miki i Kaczorem Donaldem. Dzieci tu raczej nie przychodzą, a i tancerki są z pewnością pełnoletnie, chodź daleko im do mojego numeru Pesela. Każda ma zeszycik w którym zamawia się występ taneczny, wpisując do zeszytu kwotę i imię darczyńcy. Stawki są oczywiście dobrowolne, ale patrząc na wpisy to występ jest opłacany zwykle banknotem 100 rupiowym. Zupełnie inna proporcja w stosunku do cen dla obcokrajowców w Bhutanie. Chyba tutaj turyści zbyt często nie są przyprowadzani. Dziewczyny tańczą pojedynczo albo czasem w duecie kręcąc biodrami w rytm discopolowej muzyki bhutańskiej, albo raczej nepalskiej bo nie wiem czy w Bhutanie są jakieś zespoły. Kolega zamawia taniec i kolejny występ umila nam młoda tancerka. Ja zamawiając taniec wybieram nieco starsza dziewczynę i chyba trafiam na “ksiegową”, albo “dancing mamę”, liczącą i kontrolującą zyski. –„Co z tańcem” – zapytuję. „Ja nie tańczę, nie potrafię” – odpowiada. – „To może śpiewasz?”- dopytuję się. „Śpiewać też nie umiem”- odpowiada. Nie drążę już dalej tematu jej umiejętności. …

THIUMPU

W stolicy nocleg jest przewidziany w hotelu Kisa o standardzie porównywalnym z europejskimi czterema gwiazdkami. Znowu tutaj nie pasuję z ubraniem jakie mam na sobie, plecakiem mającym na sobie kurz bezdroży indyjskich i dziwnie się czuję gdy ubrany lepiej ode mnie pracownik hotelu wnosi mi bagaż. Szkoda dnia, szkoda nocy, wychodzimy na miasto. Nocny spacer doprowadza do głównego skrzyżowania słynnego z pustej o tej porze budki policyjnej. Następnego dnia w jej środku dwóch policjantów kieruje ruchem na zmianę, zarządzając kolejnością przemieszczania się nielicznych aut zbliżających się do skrzyżowania. Wygląda to na próbę dorównania do wielkich miast, gdzie ruch uliczny jest problemem. Tylko po co?

Zabawny widok przypominający mi pakistański Gilgit z 1994 roku, z podobnym miejscem w centrum miasteczka przy głównej ulicy, gdzie policjant steruje ruchem na skrzyżowaniu z boczną drogą odchodzącą w kierunku sklepów ze sprzętem górskim. Tam jego praca była dość monotonna i pobudzała go jedynie do działania, gdy ktoś chciał skręcić raz na jakiś czas, dając mu wtedy wiele radości i poczucia odpowiedzialności, a po chwili wszystko wracało do normy i ograniczało się do monotonnego obserwowania rzadko jadących ciężarówek mijających bez zainteresowania z dwóch stron miejsce jego pracy.

Rankiem idziemy na pobliski stadion miejski na zawody….

Dzień wcześniej w Paro trafiamy na turniej łuczniczy mężczyzn. Łucznictwo to obok taekwondo narodowy sport, będący także do niedawna jedyną dyscypliną olimpijską Bhutańczyków. Obydwie drużyny strzelają do tarczy odległej o ponad 100 metrów ustawionej na ziemi z wymalowanym prowizorycznie w środku czerwonym okręgiem. Drużyna przeciwna stoi odważnie w otoczeniu tarczy doceniając zawodników przeciwnika, i wierząc w ich umiejętności to znaczy, że wystrzelona strzała nie minie tarczy dalej niż 2 metry trafiając jednego z nich. Celny starzał (..w tarczę oczywiście), wywołuje poruszenie, drużyna śpiewa i tańczy taniec zwycięstwa trzymając w rękach łuczniczy sprzęt. W Thimpu wchodząc na stadion mijamy bramę przypominającą zabudowania klasztorne i spotykamy tam konkurujące kobiety. Jaką dyscyplinę mogą uprawiać kobiety w kraju w którym mają prawo mieć kilku mężów. Nie mogą pozostawać z tyłu… Taak…łucznictwo i podobnie jak mężczyźni są zawodnikami olimpijskimi w strzelaniu z łuku. Ale znalazły sobie także wersję light – lotki. Nie są to lotki od darta, to nie przystoi twardym himalajskim kobietom. Lotki są znacznie większe, z dużym aluminiowym obciążnikiem z przodu. Lotki rzucane z dużej odległości przypominają niemal rzut oszczepem z łukową trajektorią lotu. Emocje po trafieniu wywołują podobne tańce i zawodzenia jak u mężczyzn, co w przypadku kobiet, często leciwych, przypomina opisywane w legendach rytuały uczestniczek spotkań na szczycie Gór Świętokrzyskich, spotkań zwanych sabatami, choć nie wiem czemu ze względu na turystyczny charakter miejsca nie nazwać ich zlotami, mając na uwadze środki transportu jakimi tam przybywały….


  • Witaj w świecie globtroterów!

    Drogi internauto, niezależnie czy jesteś uroczą przedstawicielką       piękniejszej połowy świata czy też członkiem tej brzydszej. Wędrując   z  nami, podróżowanie przestanie być dla Ciebie…

    czytaj dalej

  • Jak polscy globtroterzy odkrywali świat?

    Historia „polskiego” poznawania świata zaczyna się całkiem efektownie. Pierwszy – jeżeli można go tak nazwać – polski globtroter był jednym z głównych uczestników…Zobacz stronę

    czytaj dalej

  • Relacje z podróży

Dołącz do nas na Facebook'u